Ścinki.

Z racji przebywania Reni w zakładzie korzystam ostatnimi czasy dość często z usług taksówek [… nie, nie łaska!]. Po odbitym na VWs, oplach, skodach, mesiach i beemkach żołądku, nerkach, bolącej głowie i pozostałych naruszeniach wszystkich możliwych układów jeszcze raz utwierdzam się w przekonaniu, że jedyną skuteczną ripostą na niedorobionych dowcipasów raczących mnie co jakiś czas śmiesznym w ich mniemaniu pytaniem: „Masz samochód czy francuza?” może być tylko odpowiedź „A ty, masz auto francuskie czy wóz drabiniasty?” Pewnie już to tu było, ale co mi tam.

* * *

Wczora z wieczora wyciągnąłem z szuflady niezrealizowane [baczność!] projekty serwisów internetowych [spocznij!] i się napawałem się. Nie wiem, co dzieje się z moim zmysłem samokrytycznym: zjechał do poziomu gruntu, czy raczej wychodzę z jakiejś chorobliwej obsesji perfekcyjności, koniec końców mogę się na te opusy magnumy moje kochane patrzeć bez obrzydzenia, a rzekłbym nawet, iż z pewną dozą sympatii. Może na starość wezmę się za projektowanie stron? Na razie czeka mnie minidoktorat z RWD. W zasadzie „grrrr…”.

* * *

Oni rozpylają coś w powietrzu, czy to zbieg okoliczności, że wszyscy dokoła chodzą jak naćpani?

* * *

Fork Starszy na polskim miał napisać jakieś jednozdaniowe uzasadnienie. Napisał, że Gabrysia cośtam, albowiem cośtam. Pani skreśliła „albowiem” i napisała „bo”. Chyba przejdę się do szkoły i jakiekolwiek uzasadnienie usłyszę, wzruszę tylko ramionami i spytam: „Zali wżdy?”

* * *

Jestem zdrowy [albo niedoinformowany, co w sumie na jedno wychodzi], delegowanie zadań wychodzi mi niezgorzej i w ogóle przegość ze mnie. Ale. Im więcej tematów jeno pobieżnie muskam [a można w ogóle nie muskać pobieżnie?], tym bardziej frustrującym staje się uczucie, że kuźwa nie zdążę, nie zdążę… Nie idzie nawet o zdążenie z czymś zdefiniowanym, bo to w zasadzie jest tylko pochodną mojej samodeterminacji, ha! [i oczywiście w jakimś niewielkim stopniu kasy, ale moje plany podboju świata są raczej niskobudżetowe]; nie zdążę po prostu nawet wszystkiego musnąć w stopniu zbliżonym do zadowalającego. Przekleństwo [ultra]szerokich horyzontów; może chowanie dzieci na jednostki ograniczone czy w ogóle świadome ograniczanie horyzontów nie jest aż takie złe?

* * *

Przeczytana „Samsara” Tomka Michniewicza. I nie dziwię się osobom, które po lekturze tej książki biorą autora za egocentryka, a jego książki – za tło dla autoprezentacji. Co jednakowoż mi nie przeszkadza; czyżbym wbrew szumnym deklaracjom świata był jednym z nielicznych, umiejących oddzielić formę od treści? Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to pompowanie balona na początku; zapowiada się panazjatycka pogoń za Nieznanym z „N” pisanym inicjalnie najmniej na pół strony, a wychodzi ledwie nieco chaotyczna [acz wciąż wciągająca] relacja z Festiwalem Wegetariańskim – formalnie spełniającym kryteria, ale jakby nie do końca. Ale to pierwsza książka Michniewicza, więc można to wybaczyć; „Gorączka” i „Swoją drogą” już [dużo] lepsze.

* * *

Przeczytane… przeczytane całe mnóstwo, ale o miernotach nie bardzo chce mi się pisać, wywiad z Ratzingerem i panagriffinowy „Finansowy potwór z Jekyll Island” czekają na respawn, a panahongbingowej „Wojny o pieniądz” nie chcę spostponować bylejaką wzmianką. Więc nie będzie nic, jak za Kononowicza i wyborów samorządowych AD 2014, mharharharhar.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s