Niszczarka raz jeszcze.

Parę dni temu Cichy zamieścił link do wywiadu z Marzeną Żylińską, doradcą minister edukacji. O tym, jak szkoła zabija kreatywność, jak wtłacza w system, jak chowa oportunistów, i o paru innych rzeczach. Wywiad [jak na standardy „GW”] z niewielkim sensem, da się go czytać bez piany na ustach, ale niewiele do tego brakuje.

Niewiele, bo jakkolwiek uważam się za kontestatora aktualnego systemu szkolnictwa – czemu niekiedy daję wyraz [albo więcej] na blogasku – to uważam jednak, że proponowane zmiany w celu, nazwijmy to bardzo ogólnikowo, szkoły kreatywniejszej, są zajściem w ślepą uliczkę – kto wie, czy nie gorszą od status quo. Ale do rzeczy.

[prof. Gerald Hüther – przyp. t.] Twierdzi, że egzekwowanie od uczniów w szkołach posłuszeństwa i wykonywania poleceń jest szkodliwe.

Zależy. Wykonywanie głupich poleceń – jak najbardziej. Długo pamiętał będę opisywaną już tutaj sytuację, w której mojemu dziecku w pierwszej klasie pani nakazała dodanie do siebie piętnastu jedynek, a ZAKAZAŁA prostego mnożenia 15*1 [też idiotycznego, nawiasem mówiąc], bo mnożenia nie ma jeszcze w pierwszej klasie. I każdy pewnie ma swój przykład.

Ale nie w tym rzecz. Po pierwsze, egzekwowanie posłuszeństwa i wykonywania poleceń pełni również rolę edukacyjną, przygotowując do roli w społeczeństwie. Załóżmy na moment przy maksimum dobrej woli, że owa „wolna amerykanka” w niewykonywaniu poleceń prowadzona jest mądrze [i że dzieci do niej dorosły, to jest równie naciąganym założeniem]. Dziecko przechodzi przez ową „nieposłuszną” szkołę, realizując swoje marzenia [albo i nie… ale o tem potem] i nagle rozpacz czarna, bo szef w pracy KAŻE! zrobić coś na jutro. Horror! Z wrodzonej dobroci serca nie będę rozwijał wątku nienawyknięcia do poleceń w dowolnej organizacji o strukturze bardziej hierarchicznej, niż zwykła firma, jak chociażby wojsko. Do kroćset, nonkonformizm w pewnych sytuacjach jest przydatny. Ale w pewnych sytuacjach – i samobójstwem jest robienie z tego normy!

Kwestia relacji nauczyciel – uczeń. Napisano już zapewne na ten temat mnóstwo, ale – najogólniej mówiąc – nie wydaje mi się, żeby była ona tylko i wyłącznie pochodną niewyżytego satrapy, któremu marzy się tyrania nad maluczkimi. Asymetria owej relacji wynika bowiem z asymetrii wiedzy. Wykorzystanie nauczyciela ledwie w roli „helpdesku” dla „poszukujących i kwestionujących” na każdym poziomie niższym od uniwersyteckiego [a i tam nie zawsze] wydaje się być stratą czasu obu stron. Nauczyciel prowadzący i kontrolujący postępy wiedzy uczniów MUSI mieć namiastkę władzy, zarówno ze względów porządkowych, jak i technicznych. Ale do tego jeszcze wrócę.

Wystarczy poobserwować, jak niemowlę uczy się siadać, stawać, chodzić. Tyle razy próbuje, aż dopnie swego. Mimo upadków i wysiłku, jaki musi w to włożyć. A jak już nauczy się trochę mówić, potrafi niezmordowanie zadawać kilkaset pytań dziennie: „Co to?”, „A po co to?”, „A dlaczego?”.

Wyjątkowa bezczelność i hipokryzja pani doradcy, zważywszy na fakt, iż właśnie to platformerskie plemię na przekór tzw. ogółowi wprowadziło obniżenie wieku szkolnego, ergo wcześniejsze wtłoczenie dziatwy w tak faryzejsko wyklinany „rygor”. A ja mam pytanie: jak TECHNICZNIE ktokolwiek wyobraża sobie przeprowadzenie jakiejkolwiek lekcji pośród „samorealizujących się” ośmio- czy dziesięciolatków? O ile na lekcji trzeba omówić coś bardziej skomplikowanego, niż pokemony, zaprowadzenie pewnego rygoru „władzy” i „posłuszeństwa” jest wręcz niezbędne. Nawet jeśli ową „władzą” będzie wymóg prozaicznego siedzenia cicho.

Dziecko się buntuje, chce jeszcze czegoś się dowiedzieć, zrozumieć – dostaje uwagi do dzienniczka i etykietkę „niegrzecznego”.

Najwyraźniej jakaś misterna nić w konstrukcji zdarzeń komuś pękła, bo z całej swojej edukacji nie przypominam sobie, żeby KTOKOLWIEK z mojego otoczenia dostał kiedykolwiek uwagę za dociekliwość czy chęć zrozumienia. Pozostaje mi jednak wierzyć na słowo redaktorom „GW”, koniec końców tamto środowisko najwyraźniej dużo bardziej obraca się wśród patologii…

Dziecko gotowe jest postępować wbrew swojej naturze i potrzebom, byle tylko zadowolić opiekunów. Gotowe jest godzinami wypełniać nudne ćwiczenia, przestać pytać, wstrzymuje siku całą lekcję, by znowu zobaczyć uśmiech na twarzy mamy, dostać piątkę od nauczycielki albo stempelek z uśmiechniętą buźką, a w końcu świadectwo z czerwonym paskiem. Tylko że za tę przemianę – z odkrywcy w wykonawcę poleceń – dziecko słono płaci. Traci wewnętrzną motywację, która kazała mu niestrudzenie poznawać świat, próbować, tworzyć.

I w zasadzie tu leży całość psa pogrzebanego. Otóż – choć bez wątpienia parę talentów zdarzyło się szkole zabić – nie wszyscy nadają się na odkrywców. A nawet ci, którzy się nadają, nadają się selektywnie, potencjalnych doktorów wszechnauk można policzyć na palcach jednej ręki. Trędowatego. Przyszły matematyk zanudzi się prawdopodobnie na historii. Biolog – na fizyce. Prawnik – na WFie. Przy status quo nie ma wyjścia, nudne ćwiczenia są w pewnym stopniu konieczne, o ile nie zrezygnujemy z „paradygmatu” obowiązkowego szkolnictwa i gangreny pn. podstawa programowa. Jeśli chcecie [ja nie chcę] tworzyć społeczeństwo, gdzie przedsiębiorstwo pn. szkoła ma wypuszczać produkt w postaci podstawowo zorientowanego człowieczka, nie ma innego wyjścia, niż pogodzić się z faktem, że „by design” skazujemy się na próbę wtłoczenia owych człowieczków z ich różnorodnością w sztancę pewnego wspólnego tzw. „minimum”. Zadania z matematyki fascynowały dwoje-troje dzieci z mojej klasy [w zależności od okresu… i tyle w temacie „obiektywnego fascynowania”], filozofia na studiach – chyba tylko mnie.

Argumenty takich reformatorów jak prof. Hüther to twarda nauka. Z badań wynika, że wśród dzieci poniżej piątego roku życia 98 proc. jest kreatywnych na poziomie geniuszu. Znajduje wiele niestandardowych rozwiązań dla jednego problemu. Wśród dzieci w wieku 8-10 lat już tylko 32 proc. Wśród 15-latków – 10 proc. W grupie powyżej 25. roku życia – 2 proc.

Znów bezczelność na poziomie $DEITY zważywszy na fakt, iż aktualna sitwa promuje kulturę testów; cóż z tego, że krytykowanych poniżej?

Jednym z najbardziej przejmujących obrazów z „Alfabetu” jest twarz innego prymusa, chińskiego chłopca, wielokrotnego zwycięzcy olimpiad matematycznych. Stoi przy matce, która z dumą pokazuje do kamery jego medale i dyplomy. Spojrzenie chłopca jest nieobecne. To spojrzenie więźnia. Razem z filmowcami zwiedzamy chińską szkołę, która jest tak ambitna, że dzieci uczą się po nocach, by przerobić program w rok zamiast w ciągu dwóch lat.

A ja na to: cecha osobniczo zmienna.

Córka znajomej, w kadrze Polski na którąś dyscyplinę gimnastyczną. Bywa w domu najwcześniej o 20:30, a ma dwanaście lat. I nie wyobraża sobie życia bez treningów, i nie chce przerwać. To kwestia podejścia rodzica do dziecka i jego – czasem przerośniętych – ambicji, nie systemu. A jeszcze inna kwestia, że ryzyko między wychowaniem nieszczęśliwego człowieka a wychowaniem osoby umiejącej docenić codzienną harówkę jako receptę na ogólnie pojęty sukces rozkłada się pół na pół.

A skoro o systemie mowa, przykład chiński jest podany zupełnie od czapy.

Hüther cytuje Johna Lennona: „Kiedy miałem pięć lat, mama mówiła mi, że szczęście jest kluczem do prawdziwego życia. Gdy poszedłem do szkoły, zapytali mnie, kim chcę być, gdy dorosnę. Odpowiedziałem: chcę być szczęśliwy. Powiedzieli mi, że nie zrozumiałem pytania”.

Szkoda tylko, że Hüther nie zacytował [wierzę, że chciał; problem stanowił zapewne dostęp do źródeł] Lennona, któremu zepsuł się samochód albo zatkała toaleta. Zapewne pomogli wtedy mu [Lennonowi] ci, którzy zrozumieli pytanie…

Przebadano kilkulatki, wśród których panowała moda na te bajkowe postaci. Okazało się, że znają więcej pokemonów niż zwierząt. A to nauka o zwierzętach jest przecież w programie przedszkolnym.

Ależ pani doradco, PODSTAWA PROGRAMOWA. I obowiązkowe szkolnictwo! Zwracam uwagę, że DOBROWOLNĄ „nauką pokemonologii” zajęły się instytucje PRYWATNE, niemające żadnej podstawy programowej, a działające tylko we własnym interesie. Dostrzega pani problem – a może to pani właśnie [i pani ministerstwo] jest problemem?

Polecenie typu: proszę przepisać do zeszytu definicję fenoli i nauczyć się jej na pamięć, to całkowita strata czasu.

Że nie jest to [być może] najoptymalniejsza metoda – zgoda. Ale strata czasu?

Języków uczyłem się trzema metodami. Angielskiego – metodą „gestapowską” – przepisywaniem do zeszytu słówek, odpytywaniem przy tablicy i rozkładaniem całości na czynniki pierwsze. Rosyjskiego – podobnie jak angielskiego z tym, że dochodził silny czynnik negatywny [język wroga!] i program merytorycznie skonstruowany był tak, żeby nie nauczyć za wiele. Hiszpańskiego – metodą całkowicie „partnerską” – mnóstwo ciekawych sytuacji z życia, śmieszne sytuacje i takie tam. Efekt? Jako tako umiem dogadać się po angielsku. Po rosyjsku mam bazę, którą stopniowo zapominam. A po hiszpańsku umiem tylko tyle, ile nauczyłem się samodzielnie z „książki z definicjami”, napisanej – excuse le mot – do urzygu nudno i z ochnastoma pierdylionami definicji i schematów.

Mózgi dziecięce potwornie tego „trwonienia czasu” potrzebują. Pomarzyć, posnuć się po ogrodzie, pobujać na huśtawce. Byle to „nicnierobienie” nie oznaczało niewolniczego konsumpcjonizmu: telewizor, konsola, zakupy.

Ten cytat zamieszczam w celu wykazania pierwotnego osądu, że nie cały tekst nadaje się do wyrzucenia. I wracamy po przerwie.

To ty jesteś ten zdolny Jasio pianista? To proszę: odtąd dotąd z nut na za tydzień. I tak przez 12 lat.

Najwyraźniej pani doradca nie ma znajomości pośród „imprezowych gitarzystów”. Bo ich losy właśnie stanowią rację bytu wzmiankowanych historii. Z nut granych okazjonalnie można nauczyć się grać… ledwo okazjonalnie. I tak chyba jest ze wszystkim. Coś mi umknęło, czy „repetitio est mater studiorum” przestało obowiązywać?

Świat się zmienił i dziś nie potrzebujemy już ludzi posłusznie wykonujących polecenia przełożonych.

Otóż nie. Świat zmienił się, ale o tyle, że coraz głośniej krzyczą ci, którym wydaje się, że mają jedną prostą receptę na… spełnienie swoich własnych wizji. Do naprawy sedesu nie przyjdzie do pani doradcy genialny wizjoner i marzyciel, ale ktoś posłusznie wykonujący polecenia przełożonych.

– Rywalizacja jest w naturze człowieka.
– W naturze człowieka jest współpraca, co zostało udowodnione naukowo.

W porze godowej w korporacjach daje się zauważyć zachowania nastawione na współpracę. Pracownicy chętnie dzielą się między sobą zasługami i premiami kwartalnymi, wzajemnie współpracując w celu uzyskania dostępu do najatrakcyjniejszych partnerek. Czytała Krystyna Czubówna.

Arno Stern uciekł do Paryża w latach 30. przed Hitlerem. Można sobie łatwo wyobrazić, dlaczego miał dosyć systemu przycinającego dzieci do gotowego szablonu [nie posłał syna do szkoły – przyp. t.]. Jednak pierwsza rzecz, o jakiej myślę, gdy patrzę na Arno Sterna, to że jego wybór nie jest wyborem dla mas.

To po co ten cały speech o zdolnościach, indywidualizmie i całej reszcie? Chyba tylko po to, żeby na koniec stwierdzić: jest źle, ale szkoła to instrument systemowy i nie będziemy z niego rezygnować?

Na jednej z konferencji podszedł do mikrofonu utytułowany profesor. – Panie profesorze Hüther – zwrócił się do kolegi – tak pan narzeka na szkołę. A przecież pan ją skończył, ja skończyłem i teraz jesteśmy profesorami. Na co Hüther odpowiedział: – Ale kto wie, kim moglibyśmy zostać, gdybyśmy naprawdę mogli w szkole rozwijać nasze uzdolnienia.

No właśnie. KTO WIE? Część chce wiedzieć. Ryzykanci to niewielki procent ogółu, a i z tego niewielkiego procenta część nieudaczników posłuży jako przykład negatywny. Skąd więc to parcie do niewiadomego?

Nie istnieje żaden idealny model czy system, który mógłby zastąpić ten dzisiejszy. Najważniejsze jest zadawanie pytań: czy ma sens, żeby moje dziecko robiło to czy tamto. Musimy wiedzieć, po co wysyłamy dzieci do szkoły. Czy celem jest przygotowanie do zdawania testów, czy może zależy nam na tym, by w szkole nie straciły chęci do uczenia się i by mogły rozwijać swoje talenty.

Zapewne nie istnieje. Ale po przeżyciu kilku reform – czy to jako mięso armatnie, czy w charakterze „obserwacji uczestniczącej” – jestem za systemem z komuny, oczywiście po niewielkich poprawkach. Bo przyjdzie wypalenie zawodowe, zmienią się czasy, technika i cały wszechświat, a wiedza podstawowa pozostanie. A pomiędzy uczeniem [się] tego, czego się chce, a robieniem tego, co się chce, istnieje przepaść. Ale to już zupełnie inna historia.

14 thoughts on “Niszczarka raz jeszcze.

  1. A rodzice [i dzieci] drżą przed czwartą klasą, kiedy aktualnie kończą się oceny opisowe i zaczynają normalne.
    Wylicz stypendium dla ocen opisowych. Powodzenia.
    Oceny opisowe może mają sens w innym matriksie, ale nie tutaj, gdzie widziałem je przepisane ze świadectwa z jednego roku w drugie.
    Mniej lub bardziej świadomie nie-filozofowie porównują się zawsze do czegoś lub kogoś [nie ma obiektywnej biedy lub obiektywnego bogactwa, nawet samcem alfa albo klasową ofermą jesteś zawsze w jakiejś grupie]. Aż tu nagle bach! i tworzymy nową socjologię. To paranoja jakaś.

    Polubienie

  2. Przyszły matematyk zanudzi się prawdopodobnie na historii. Biolog – na fizyce. Prawnik – na WFie. Przy status quo nie ma wyjścia, nudne ćwiczenia są w pewnym stopniu konieczne, o ile nie zrezygnujemy z „paradygmatu” obowiązkowego szkolnictwa i gangreny pn. podstawa programowa.

    Wiele zależy jednak od personelu. W ciągu swojej edukacji w zależności od nauczyciela matematykę kochałem albo nienawidziłem… najlepiej było na studiach, tam rozwiązywanie całek to poezja była.
    Skoro już mamy szkolnictwo powszechne to powinno oferować dość szeroką wiedzę ogólną. Specjalizacja na poziomie gimnazjum/liceum to porażka.
    Oczywiście nie da się ze wszystkich zrobic odkrywców, w gruncie rzeczy wszystko zależy co i ile wyniosło się z domu…

    Z badań wynika, że wśród dzieci poniżej piątego roku życia 98 proc. jest kreatywnych na poziomie geniuszu. Znajduje wiele niestandardowych rozwiązań dla jednego problemu. Wśród dzieci w wieku 8-10 lat już tylko 32 proc. Wśród 15-latków – 10 proc. W grupie powyżej 25. roku życia – 2 proc.

    To właściwie czego ma dowodzić?
    Bo tak a propos kreatywności:

    Że nie jest to [być może] najoptymalniejsza metoda – zgoda. Ale strata czasu?

    Bo może zamiast kazać przepisywać całe definicje należy nauczyć efektywnego prowadzenia notatek (system Cornella?). Jeśli szkoła powinna uczyć czegoś praktycznego to właśnie tego.
    Chociaż z drugiej strony, znając ten system skończyłoby się na kartkówkach z metodologii notowania i prowadzenia notatek dla nauczycieli a nie dla skutecznego uczenia się.

    Polubienie

  3. Heh, podejście nauczycieli… W gimnazjum byłem olimpijczykiem z Fizyki, 2 lata liceum byłem łaskawie przepuszczany dalej, po czym nauczycielka poszła na chorobowe i znowu wróciłem na poziom „jeden z lepszych wyników na maturze”. Poziom mojego zaangażowania chyba aż tak nie latał.

    Polubienie

  4. Ja może się odniosę na razie tylko do oceny opisowej. IMHO świetna sprawa jesli nauczyciel się do niej przyłoży. Bardzo fajnie oddaje obraz tego jak dziecko się zachowuje w szkole i podchodzi do nauki. Jednak moim zdaniem sama ocena opisowa jest o kant d… itp. Młoda miała w klasach 1-3 tzw punkty od 1 do 5. W żadnym razie nie było to nazywane ocenami 😉 Razem z oceną opisową dawały pełnym obraz postępów i podejscia do nauki 😉 Przejście do 4 klasy to był u nas pikuś. W zasadzie nic się nie zmieniło poza tym, że zniknął opis i punkty nazwano ocenami.
    Patrząc teraz na dziecko kolezanki z pracy to my trafiliśmy na dobrą szkołę i wychowawczynię. Oni mieli chmurki i słoneczka oraz przesadne cackanie się a teraz w 4 klasie mają masakrę piłą mechaniczną.

    Polubienie

  5. @takieGadanie:

    Skoro już mamy szkolnictwo powszechne to powinno oferować dość szeroką wiedzę ogólną. Specjalizacja na poziomie gimnazjum/liceum to porażka. Oczywiście nie da się ze wszystkich zrobic odkrywców, w gruncie rzeczy wszystko zależy co i ile wyniosło się z domu…

    A może zamiast Wielkich Reform Znów Przewracających Świat, w trosce o naukę praktycznych rzeczy prozaicznie przywrócić np. pracę technikę? Po podstawówce [ośmioklasowej] umiałem posługiwać się suwmiarką, [jakoś tam] lutować, znałem podstawy rysunku technicznego, a skale Poldiego, Rockwella i Brinella będę pamiętał do końca życia * 🙂 Wystarczyłby niewielki lifting [z poprawką na metody komputerowe choćby] i pożytek byłby dużo większy, niż np. z takiego WDŻ, na którym nauczyciele z krępacji [słusznej zresztą] nie omawiają niczego „merytorycznego”.

    Oświata za komuny była dobra, powiadam, wymagała tylko lekkiego upgrade’u merytorycznego [ale nie metodycznego]. Ale do takiej konstatacji – zamiast przewracania wszystkiego do góry nogami w imię jakiejś idee fixe – trzeba mieć aspiracje do myślenia samodzielnego, a nie dawać się z łapanki zatrudniać na decydenta, gdzie legitymacją jest stopień cielęcego zapatrzenia na Zachód.

    @Ika:

    No widzisz; „teoretycy” nie dostrzegają, że wszystko pięknie wygląda, gdy nauczyciel się przyłoży. Ale jeśli kładzie lagę, to wszystkie „systemy nowożytne” przegrywają sromotnie, jeśli spojrzeć globalnie.

    Nie mówiąc o kolejnych straconych na ołtarzu „reform” rocznikach.

    * – mam wrażenie, że pracę technikę aka ZPT skasowano… ze względów ideologicznych. No bo jak to tak: zagonić dziewczyny do lutownic, a chłopaków do szydełkowania, żeby wszyscy nudzili się jak mopsy, czy podejść normalnie i tradycyjnie, narażając się na szczekanie GW i paru egzaltowanych mam [bo tatusiów narzekających na to, że ich córki uczą się szydełkować, jakoś ciężko mi sobie wyobrazić]? I tak źle, i tak niedobrze. A wybór nie wchodzi w grę… w zasadzie z powodów identycznych, jak p. 1.

    Polubienie

  6. Hmmm… Ale oni mają jakieś ZPT. Paskuda robi na tym różne dziwne rzeczy (strusie z opakowań plastikowych i w ogóle jakieś fajne rzeczy) i mają książkę do rysunku technicznego i do prac ręcznych (a co!) 😉
    Mnie lutowac nauczył ojciec, szydełkować mama, reszty dziergania nauczyłam się sama, bo tego w szkole u nas nie było. Robiliśmy sałatki, kanapki, mieliśmy rysunek techniczny i jakieś dziwne teorie których już nie pamiętam. Jak zwykle wszystko się pewnie rozbije o to że jak nauczycielowi się chce i ma możliwości techniczne to przepchnie praktycznie wszystko 😉 Szkoła szkole nierówna nawet mimo tej śmiesznej „podstawy programowej” bo znowu wracając do koleżanki z pracy to oni tam mają co innego niż Paskuda mimo że idą już tym samym „nowym” trybem.

    Polubienie

  7. @Ika: dziwne z tym Waszym ZPT. Moja nic takiego nie ma… ergo w podstawie programowej tego raczej nie ma prawa być [o ile podstawa programowa jest wszędzie jednakowa, bo już nic z tego nie rozumiem :)].

    Polubienie

  8. Co do dyscypliny – nie wylewajmy dziecka (nomen omen) z kąpielą, pani Żylińskiej chyba nie o to chodzi, żeby dyscypliny nie było w ogóle, tylko o to, żeby ją ograniczyć do niezbędnego minimum, żeby relacja nauczyciela z uczniami nie przypominała relacji klawisza z więźniami. Podobnie z większością zarzutów – sporo w tym wpisie przejaskrawiania i łapania za słówka.

    Co do ocen liczbowych – są one mocno przereklamowane. Jakąś orientację dają i zrezygnować z nich się raczej nie da, ale lepiej je traktować z przymrużeniem oka. Obecny kult testów to zresztą pochodna kultu ocen – skoro muszą być one jak najbardziej obiektywne, bo wszystko od nich zależy, to i kryteria ich przyznawania muszą być do bólu precyzyjne, bez marginesu na widzimisię.

    Co do komunistycznego systemu edukacji – problem w tym, że skuteczne wbijanie do głowy podstawowej wiedzy było bodaj jedyną jego zaletą, ja przynajmniej innych nie pamiętam…

    Polubienie

  9. @Ika: już wiem, najwyraźniej szkoły specjalne mają inną podstawę programową 🙂

    Cichy:

    tylko o to, żeby ją ograniczyć do niezbędnego minimum, żeby relacja nauczyciela z uczniami nie przypominała relacji klawisza z więźniami

    C’mon, gdzie przypomina? A może to nie oświata wariuje, tylko społeczeństwo robi się coraz bardziej rozlazłe? Domaganie się ciszy na lekcji czy egzekwowanie zadań to „relacja klawisza z więźniami”? Chyba mówimy już innymi językami albo szkoła od moich czasów jakoś niezauważalnie przeewoluowała w getto…

    Obecny kult testów to zresztą pochodna kultu ocen – skoro muszą być one jak najbardziej obiektywne, bo wszystko od nich zależy, to i kryteria ich przyznawania muszą być do bólu precyzyjne, bez marginesu na widzimisię.

    Źle! Ocena zezwala na interpretację – niekonieczną może przy przedmiotach ścisłych, ale absolutnie konieczną przy humanistycznych. Maturę z polskiego zdarzyło mi się napisać w połowie z własnych lektur, oczywiście wykazując się znajomością programu – choć pisałem na otwarty temat. Śmiem wątpić, czy taki numer przeszedłby teraz. Idzie zresztą o sprawy znacznie poważniejsze.

    Koleżanka wykładająca zarządzanie opowiadała mi niedawno, że studentom wychowanym na testach – STUDENTOM! – musi wbijać do głowy, że istnieje wiele rozwiązań jakichś case’ów. A oni po systemie testowym są tak potwornie zafiksowani, że szukają odpowiedzi PRAWIDŁOWEJ. To jest porażka nawet nie dydaktyczna. Systemowa!

    Co do komunistycznego systemu edukacji – problem w tym, że skuteczne wbijanie do głowy podstawowej wiedzy było bodaj jedyną jego zaletą, ja przynajmniej innych nie pamiętam…

    Bo dyskutujemy na zbyt niskim poziomie. Pytanie nie powinno brzmieć: „który system jest lepszy?”, tylko „jakimi cechami winien charakteryzować się optymalny system edukacji?” Wbijanie do głowy podstawowej wiedzy jest wg mnie naczelnym kryterium skuteczności tego czy owego systemu’; nie rozumiem, czego wg Ciebie w takim razie tamtemu brakowało.

    „Fajność formy” przekazywania wiedzy wg mnie NIE JEST i NIE MOŻE BYĆ kryterium oceny sensowności poważnego systemu edukacji – tj. dobrze, jeśli jest, ale nie ma wielkiej krzywdy, gdy jej nie ma. Tym bardziej, że często „fajność” wyklucza „rzetelność”. Art wspominał o samodzielnym projektowaniu roweru czy jakichś wycieczek – no i świetnie, ale tą metodą da się zaprojektować tylko tak słabo złożone systemy. Jeśli chcesz nauczyć projektowania wieżowców, potrzebna jest wiedza przekazywana w dużo bardziej upierdliwy sposób – szczególnie, jeśli dusza artystyczna rwie się do projektów oper, a tu trzeba policzyć wytrzymałość ściany nośnej.

    Polubienie

  10. Mnie tam śmieszy ta niby pragmatyka Torero.
    Szkoła taka jest jaka jest. To kim jesteśmy wynika i tak z naszych zainteresowań i motywacji. Nie ma co wymagać od zasiłku intelektualnego, żeby był prywatnym uniwersytetem Yale.

    Polubienie

  11. C’mon, gdzie przypomina?

    Pytanie, gdzie nie przypomina. Według mnie głównie w tym, że nauczycielowi nie wolno stosować przemocy. Poza tym schemat bardzo zbliżony, wystarczy się przyjrzeć.

    Koleżanka wykładająca zarządzanie opowiadała mi niedawno, że studentom wychowanym na testach – STUDENTOM! – musi wbijać do głowy, że istnieje wiele rozwiązań jakichś case’ów. A oni po systemie testowym są tak potwornie zafiksowani, że szukają odpowiedzi PRAWIDŁOWEJ. To jest porażka nawet nie dydaktyczna. Systemowa!

    Żadna nowość, dogmat jedynej słusznej odpowiedzi jest stary jak szkoła. Komunizm był jeszcze ciepły, kiedy po raz pierwszy się przekonałem, że interpretacja wiersza jest dobra wtedy, gdy pokrywa się z interpretacją nauczycielską. Pierwszy, ale dalece nie ostatni. Testy pewnie to zjawisko wyostrzyły, ale go nie stworzyły.

    Pytanie nie powinno brzmieć: „który system jest lepszy?”, tylko „jakimi cechami winien charakteryzować się optymalny system edukacji?” Wbijanie do głowy podstawowej wiedzy jest wg mnie naczelnym kryterium skuteczności tego czy owego systemu’; nie rozumiem, czego wg Ciebie w takim razie tamtemu brakowało.

    Optymalny system edukacji powinien przede wszystkim stymulować rozwój intelektualny, uczyć samodzielnego myślenia i uczenia się – a chyba się zgodzimy, że stary system robił dokładnie odwrotnie. Nie żeby obecny miał w tych kwestiach wielkie osiągnięcia…

    „Fajność formy” przekazywania wiedzy wg mnie NIE JEST i NIE MOŻE BYĆ kryterium oceny sensowności poważnego systemu edukacji

    Niby czemu? Jeśli edukujemy (przynajmniej na początku) dzieci, to bez „fajności” mamy właśnie takie efekty, jak wspomniany w wywiadzie, gdzie wiedza o pokemonach przewyższa wiedzę o zwierzętach. Czy aby nie dlatego, że pokemony mają fajniejszą formę niż klasówka z biologii?

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s