O nauce języka.

Dziecko poprosiło mnie o pomoc w angielskim. Jako zwolennik metody majeutycznej nie odpowiedziałem wprost. Zacząłem zadawać pytania i się zaczęło.

Póki co, oceny wcale nie nastręczają powodów do obaw [piątki ciążące ku szóstkom], szkoła w zasadzie też niezgorsza, do kroćset [acz nauczycielka dramatyczna, a w swej dramatyczności nieusuwalna, ale to zupełnie inna historia]. Angielski dodatkowy z zupełnie inną panią – „excellent, sir!”. Zadania w miarę kontrolowane i robione, jakieś strzępki, wywiadówki i raportowanie standardowe nie nastręczają powodów do obaw. Parę kartek wcześniej widziałem pytanie z „did you…”… aż tu nagle wtem pytania w simple present nie umie ułożyć. Jakieś „Are you…?” ciężko zapocona wymyśli, ale pojęcia inwersji nie słyszała, więc biorę i tłumaczę. W czwartej klasie podstawówki dziecko kojarzy pojęcie podmiotu lirycznego, ale „podmiotu” per se – już niekoniecznie. Biorę więc zdanie oznajmujące, obtaczam podmiot i orzeczenie prostokątną obwódką, dodaję klocek „do/does/did”, przestawiam strzałkami, tłumaczę. Parosekundowa cisza, zakończona finalnym „Ahaaaaa!”. „Nie wiedziałaś tego?” „Nie, pani tego nam tak nie tłumaczyła”. Pierwsza reakcja – noż xhejn, wszystko opada… Druga – „zaraz, moment. Przecież ja dokładnie tak samo uczyłem się hiszpańskiego!”

Angielski znam dużo gorzej, niżbym chciał, ale w zasadzie raczej bezproblemowo się dogadam i na ogół bezsłownikowo przeczytam, co potrzebuję [no, może za wyjątkiem 0H]. Po hiszpańsku umiem niewiele ponad przedstawienie się. Czynnik różnicujący? Cyryl i jego metody. Cyryl w liceum stosował metodę, którą z braku lepszego określenia nazwę „gestapowską” – pytanie słówek, angielskie materiały dopiero bardzo późno, wcześniej rozbiór gramatyki na czynniki pierwsze, „topiki”, z których byliśmy odpytywani na środku klasy. Efekt? Z profilu bynajmniej nie językowego po angielsku dość dobrze mówi niemal cała klasa, część – po specjalnościach filologiopodobnych. Cyryl „studyjny” [było ich czterech przez cztery lata] – hulaj dusza, piekła nie ma, pełna dowolność, jesteście dorośli, tłumaczenie gramatyki jest staromodne, tylko żywy język, srutututu. Efekt? Z całej grupy dobrze po hiszpańsku mówi tylko jedna osoba. Ale o ile takie metody można na studiach tłumaczyć założeniem dorosłości audytorium [a i to, jak widać, średnio mądrym jest], o tyle w podstawówce tracą one kompletnie sens.

Morał? Zupełnie brak. Może tylko ten, że po wakacjach podejmę desperacką próbę znalezienia starych podręczników do angielskiego i zacznę testować homeschooling w wersji light.

12 thoughts on “O nauce języka.

  1. Cóż, o dobrego nauczyciela trudno (a nauczyciela angielskiego w szczególności). Gramatyka to jednak jest podstawa. Dzięki niej poznajemy „filozofię” danego języka. Teoretycznie rok wystarcza na niezłe opanowanie całej angielskiej gramatyki. Potem pozostaje już tylko trzaskanie słówek i praktyka.

    Przy okazji może taką książeczkę? http://coryllus.pl/?wpsc-product=kto-sie-boi-angielskiego-listonosza-2
    Parę ciekawostek może się przydać, żeby zabłysnąć przed pociechą 😉

    Lubię to

  2. A to nie jest tak, że „żywy język” działa dopiero przy wystarczająco głębokiej „imersji”? Wrzucasz osobnika ludzkiego w język i dajesz mu tyle materiału, że mózg w końcu wyprodukuje sobie wzorce i schematy, a potem będzie próbował je aplikować… i gdy trafi na coś, co generuje dobre sprzężenie zwrotne, to się wzorzec zinternalizuje prawie nieświadomie.

    Raczej nie ma szans zadziałać przy raptem paru h tygodniowo.

    Lubię to

  3. @Hoppke

    A to nie jest tak, że „żywy język” działa dopiero przy wystarczająco głębokiej „imersji”?

    To najbardziej naturalna metoda. Wszak w ten sposób wszyscy od dziecka uczą się rodzimego języka. Niestety z wiekiem zdolność przyswajania różnych rzeczy spada.
    Tak czy inaczej, żeby to zadziałało należy eksportować się gdzieś za granicę. Najlepiej tam, gdzie kontakt z innymi polskojęzycznymi jest maksymalnie utrudniony.

    Lubię to

  4. Zdaje mi się, że Hoppke ma rację. Rozbiór zdania i studium gramatyki przydaje się na samym początku, żeby uczeń poznał nie tyle nawet konkretne struktury gramatyczne, co właśnie filozofię języka i schemat, wg którego się te reguły wyłapuje. Wówczas może się rzucić w żywy język i nauczy się struktury języka przez obserwację. Zauważyłem to właśnie na sobie.

    W liceum miałem angielski advanced i było sporo materiałów, ale prawie albo dokładnie tyle samo gramatyki, z której prawie nic już nie pamiętam, choć z pewnością potrafię zastosować w praktyce wszystko albo prawie wszystko, co tam było. Tym niemniej obecność w testach na tym poziomie zadań pod tytułem wstaw pasujące słowo w odpowiedniej formie uważam za pomyłkę.

    Często gęsto struktur gramatycznych uczyłem się za to ze zdań, które mi się wyjątkowo spodobały w czytanych tekstach, i które zacząłem nawet od czasu do czasu stosować. Szczególnie u Cohena, z jedna czy dwie rzeczy z Tolkiena, a zwłaszcza nie tak dawno u Martina. Na zawsze chyba zapamiętam, że Tolkien nagminnie używał w Silmarillionie słowa „save” w znaczeniu „except of”, czego uzasadnienia nie byłem w stanie znaleźć w żadnym słowniku. Widać sięgałem po zbyt nowoczesne. :p

    Z drugiej strony już na studiach uczyłem się francuskiego na dużo niższym poziomie (to było chyba coś około intermediate), a to była wyjątkowo dobra lektorka. Teksty, teksty, teksty, więcej tekstów. Przede wszystkim mnóstwo czytania. Gramatyka tylko jeżeli ewidentnie okazało się, że ktoś czegoś nie potrafi odmienić, albo ewentualnie kiedy pojawiało się coś na tyle nowego (np. nowy czas czy tryb), że trzeba było to wprowadzić teoretycznie. Ale zaraz potem znów tylko czytać, czytać, czytać. I dyskutować o tym, co przeczytane. W kółko, do zmęczenia. Powoli przestawałem babkę lubić pod koniec, ale po dziś dzień jeszcze co nieco z tego francuskiego pamiętam dzięki niej, choć nie używam wcale. Od czasu do czasu nachodzi mnie ochota, żeby rzucić się na Dumasa w oryginale. Kiedyś zbiorę się w sobie.

    Lubię to

  5. Gramatyka to jednak jest podstawa.

    A to nie jest tak, że „żywy język” działa dopiero przy wystarczająco głębokiej „imersji”?

    Zdaje mi się, że Hoppke ma rację.

    OK. Wy to wiecie, ja to wiem… najwyraźniej ministerialni dydaktycy tego nie wiedzą. Albo wiedzą, ale nie chcą powiedzieć.

    Wyjaśnienia są trzy. Albo oni mają rację, co – patrząc po wynikach – wątpliwym jest. Albo oni nie wiedzą, co stawia pod znakiem zapytania sens „reformy” nauczania języka [licealnych podręczników do języka po polsku z łopatologiczną gramatyką nie widziałem od matury] i ich kwalifikacje. Albo wiedzą, a nie mówią z premedytacją, czego jedynym wyjaśnieniem jest teoria Układu i niszczenia Rzplitej z premedytacją. Dziękuję za uwagę.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s