Jak schudłem 10 kg w dwa miesiące.

Abstrakt: Jest koniec stycznia. Od ponad miesiąca udaje mi się utrzymywać 10kg obywatela z wyższym wykształceniem mniej, niż pod koniec października, z Bożym Narodzeniem w tzw. międzyczasie. Detale poniżej. Wpis poniżej zawiera dużą dawkę wtrętów motywacyjnych – zostaliście ostrzeżeni. Roi się nadto od „obiegowych opinii z internetów”, nie mogę więc brać odpowiedzialności za zastosowanie tychże rad, choć u mnie one zadziałały i cieszę się w zasadzie dobrym zdrowiem. Ważne rzeczy – w moim mniemaniu – zaznaczyłem. Jako soundtrack zapuszczamy Zwierzchowską i kontynuujemy lekturę.

Prolog: końcem października przeglądałem pewne nagranie z pewnej konferencji. Zobaczyłem siebie z 20-kilogramową nadwagą i stwierdziłem, że w trybie pilnym trzeba coś z tym zrobić – tym bardziej, że ów nadmiar inaczej prezentuje się na koszykarzu, a inaczej na kimś… no, może niekoniecznie wzrostu siedzącego psa, ale plasującego się raczej w dolnej strefie stanów średnich.

Nigdy nie aplikowałem sobie diety. Żadnej. W ostatnim czasie przeczytałem parę książek o diecie Dukana, ale na przeczytaniu się skończyło – raczej na szczęście, bo znajoma lekarka widziała przypadek, gdzie osobie chorej na cukrzycę dieta Dukana mocno zdewastowała nerki.

Ważne #1: internety podają, że każda kolejna próba odchudzenia jest trudniejsza – organizm zaczyna się przyzwyczajać i lekce sobie waży przejściowe niedobory kalorii. Logiczna konkluzja: jeśli już bierzesz się za odchudzanie, od razu rób to na poważnie, każda „próba na spróbowanie” to bardziej stroma droga w przyszłości.

Jestem leniwy i [podobno] bez ambicji. Dlatego też nie wybrałem odchudzania przez sport [na który nie mam czasu], ani też specjalną dietę [po namyśle stwierdziłem, że nie chce mi się]. Przyjąłem starożytną dietę polską – PŻ. Dla świeżo odhibernowanych: PŻ oznacza po prostu „Połowę Żreć”.

Wiadomość zła: mogę obiecać tylko krew, pot i łzy. Przez ten czas chodziłem w zasadzie permanentnie głodny. Jadłem w zasadzie trzy posiłki, ale „P” z nazwy diety okazywało się naprawdę ciężkim wymaganiem. Na śniadanie: jedna kanapka zamiast dwóch – trzech. Koniec z grubszą przegryzką w porze lanczu [czyli np. McD około pierwszej plus obiad w domu wieczorem]. Dwie trzecie dotychczasowej porcji ziemniaczków na obiad, a czasem i bez zupy. Nie ma cudów, to musiało boleć. I bolało, jak nie wiem co. Ssanie w żołądku, chodzenie po ścianach i takie tam. Ułatwioną sytuację miałem z „very junk foodem” ;), ponieważ coli [nie licząc McD] i chipsów w zasadzie nie jadam w ogóle. Ale coś takiego trzeba usunąć na wstępie, mniemam.

Ważne #2 [wiadomość dobra]: jeśli na dzień dobry podzieliłem stałe porcje żywieniowe przez pół [no dobra, czasem bez jednej trzeciej], stać mnie było na dojadanie w tzw. międzyczasie. Naprawdę często zachodziłem do McD [ale uwaga: tylko W ZASTĘPSTWIE obiadu w sytuacjach podbramkowych, nigdy obok, no i tylko na średnie zestawy, nigdy powiększone. Czyż muszę mówić, że shake’ów i innych słodyczy nie tykamy?], ograniczyłem również mocno [zamiast zupełnej eliminacji] jedną małą bułeczkę francuską ok. 11:00. Kiedy naprawdę głód dopadał mnie w domu poza normalnymi posiłkami, zagryzałem plasterkiem sera albo jakimś kawałkiem wędliny albo jakimś kawałkiem wędliny, owiniętym kawałkiem sera. Potężna zaleta takiej diety w porównaniu do diet „tematycznych” to fakt, że nie trzeba sobie zawracać głowy żadnymi „balansami wartości odżywczych” ani niczym takim; zaleta to wbrew pozorom potężna, bo i tak będziesz mieć wystarczająco zajętą głowę odpieraniem mentalnych szturmów na lodówkę, żeby jeszcze zajmować się tym, czy w tej zjadanej połówce masz wystarczająco dużo błonnika… Gdybym poza walką z pokusą dojedzenia miał jeszcze zastanawiać się, co mogę zjeść, a co nie, chyba bym ześwirował do reszty.

W zasadzie moja dieta PŻ nie zawierała żadnych zmian żywieniowych poza dwiema, raczej niewielkimi i do końca nie wiem, czy koniecznymi. Po pierwsze, częściej niż zazwyczaj kupowałem chleb razowy. Po drugie, zacząłem raz dziennie pijać czerwoną herbatę. Tutaj uwaga: herbaty czerwonej nie należy pijać z cukrem ergo ani jako przepitki do słodkiego, bo internety podają, że traci wtedy swoje zalety. I podobno nie należy chyba kupować Ruibosa [or sth], bo to albo podróba, albo nieskuteczna. Aha: herbata czerwona jest O-HYD-NA, you’ve been warned.

Nie umiem stwierdzić wpływu większego relatywnie odsetka razowca w diecie i czerwonej herbaty na całość diety. Ale raczej nie zaszkodziły.

Spadek w czasie – generalnie na początku niemal błyskawicznie 5kg [zdaje się, że w pierwsze 2 tygodnie], potem nieco wolniej, potem siadło zupełnie aż do teraz. Aktualnie okopuję się na pozycji.

Ważne #3: PODSTAWOWĄ sprawą przy diecie, o której chyba nie wspomina nikt, jest… głowa. Moja głowa była JEDYNĄ zaporą chroniącą mnie przed namiętnym wyjedzeniem całej lodówki – i ta głowa też jest JEDYNĄ zaporą teraz, kiedy waga pokazuje swoje, a trzeba pamiętać o tym śmiesznym efekcie jojo. Nie idzie nawet o silną wolę – trzeba po prostu uświadomić sobie [szczególnie po tym pierwszym, najfajniejszym czasie, kiedy prawie chudniesz w oczach], że rzucenie się na jedzenie teraz jest jak odpadnięcie 200m przed metą. Albo też – tu głęboki ukłon w stronę wzgardzonych lokalnie pisarzy literatury motywacyjnej – wystarczająco dogłębnie uświadom sobie CEL. Zapisz to sobie, wytatuuj w miejscu widocznem i głoduj na zdrowie. Głoduj, licząc się z tym, że myśl o jedzeniu potrafi zdominować Twoje życie na jakiś czas. Że może ucierpieć Twoja robota [wskutek myślenia nie o tym, co trza], relacje rodzinne [niewinne „nałożyć ci jeszcze?” potrafi działać z siłą bomby wodorowej] i jeszcze pewnie kilka innych rzeczy. I bądź czujny/a PODWÓJNIE w chwilach, kiedy mózg życzliwie wyłącza Ci myślenie, żeby wrzucić coś do paszczy.

Potężnym handicapem, który miałem, ale którego nie dostąpią wszyscy, był brak większej konieczności przebudowy nawyków żywieniowych [McD nie traktuję jako nawyku, bardziej jako quasi-optymalny wybór] – amatorzy popcornu i całego tego świństwa mają w tym miejscu generalnie przegwizdane. Zupełnie prywatnie i teoretycznie uważam, że nie ma co łapać dwóch srok za ogon; wpierw zrezygnować z głupich nawyków żywieniowych, a dopiero potem brać się za odchudzanie per se. W tym miejscu lektura obowiązkowa: wspominana już tutaj kiedyś „Siła nawyku” powinna się przydać.

Ważne #4: na zejściu z wagi walka się nie kończy. Czujny jak pies podwójny należy być jeszcze długo, dopóki nie przebudujesz nawyków. Niby banał, ale jakoś pomijany chyba.

Sport. Wspominałem, że jestem leniwy i zarobiony jednocześnie? Sportu w zasadzie niestety nie uprawiam, nie licząc godziny squasha w tygodniu i prawie codziennych jakichś piętnastominutowych spacerów. Ale jakoś udało mi się schudnąć.

Ważne #5: brak aktywności fizycznej – wbrew temu, co mówi ulica – NIE przeszkodzi Ci w skutecznym odchudzaniu, nie przeszkodził przynajmniej mi. Przeszkodzi w czym innym. Jeśli wierzyć prywatnej konsultantce, w sytuacji ograniczenia puli kalorycznej organizm jako rezerwę dorywczą traktuje [tadam!] mięśnie, a dopiero w ostatecznej ostateczności – tłuszcz. Ostateczna ostateczność ma miejsce właśnie w trakcie ćwiczeń fizycznych, gdzie mięśnie udowadniają swoją rację bytu, ergo „przesuwają się w drabince dziobania kalorii” nad tłuszcz. Tak przynajmniej to zrozumiałem. Możesz więc chudnąć, nie ćwicząc, choć ekstremalne zastosowania diety PŻ doprowadzić mogą w konsekwencji do tego, że przy malejącej wadze będziesz składać się w coraz większej części z tłuszczu i kości, a w coraz mniejszej – z mięśni 🙂

W tym miejscu kończy się epos o dzielnym teoretyku odchudzania. Stoję 10kg od górnej granicy BMI – na całe szczęście już nie w obszarze „otyłość”, tylko gdzieś pośrodku [bo nawet nie z brzegu, ha!] poletka oznaczonego jako „nadwaga”. Stoję… i zbieram siły do kolejnego etapu. Teoretycznie powinno być ciutkę lżej; jeśli zabiorę się za to odpowiednio wcześnie, może wyrobię się w Wielki Post. A teraz 15 minut dla prasy. Pani w czerwonym bereciku ma zdaje się jakieś pytanie?…

Wpis dedykuję narcystycznie samemu sobie, jak wiadomo bowiem z literatury motywacyjnej publikacja swoich planów wpływa na naszą podświadomość, pomagając nam w realizacji celów 🙂

12 myśli w temacie “Jak schudłem 10 kg w dwa miesiące.

  1. Wpis dedykuję narcystycznie samemu sobie, jak wiadomo bowiem z literatury motywacyjnej publikacja swoich planów wpływa na naszą podświadomość, pomagając nam w realizacji celów 🙂

    Gadasz! Ja właśnie ostatnio w sposób ostateczny rozstałem się z obwieszczaniem swoich planów, zwłaszcza na blogu. Wstyd z powodu klęski jest daleko mniej dokuczliwy, gdy nikt o nim nie wie. :p

    A tak poza tym to granulacje, pff, gratulacje znaczy. 😉

    <zakładając czerwony berecik>Gdzie się podziały te chrupki?</zdejmując czerwony berecik> ;P

    Polubienie

  2. Jeśli wierzyć prywatnej konsultantce, w sytuacji ograniczenia puli kalorycznej organizm jako rezerwę dorywczą traktuje [tadam!] mięśnie, a dopiero w ostatecznej ostateczności – tłuszcz.

    E, to jestem bezpieczny. Mięśnie najpierw trzeba mieć, żeby je zgubić podczas chudnięcia 😛

    Polubienie

  3. Generalnie utrzymanie prawidłowej wagi to nic innego jak zrównoważony bilans energetyczny, czyli ile zużyjemy na ruch/ile dostarczymy jedząc. Wszelkie nadwagi i otyłości nie spowodowane chorobą albo zaburzeniami, to konsekwencja zaburzenia tego bilansu. Odchudzać się można na dwa sposoby albo zwiększając jeden wskaźnik (ruch) albo zmniejszając drugi (jedzenie).

    Polubienie

  4. W sklepach dla sportowców można dostać magiczne pigułki po których żołądek nie ssie.
    Jeśli chodzisz na squasha możesz rozważyć kupienie takiej wysokobiałkowej papki która uzupełni ubytek białka.

    Ja mam problem w drugą stronę, nie mogę przytyć ponad 66kg, co przy moim wzroście kwalifikuje mnie na dolnej granicy normalnej wagi w bmi. I nawet gainer mi nie pomaga.

    Polubienie

  5. Ojej. Takiego nagromadzenia chaosu, mitów itd. dawno nie widziałem. Po kolei:

    „I podobno nie należy chyba kupować Ruibosa [or sth], bo to albo podróba, albo nieskuteczna.” Czemu nie ma nic o czerwonym winie albo barszczyku? Też czerwone, barszczyk też ciepły… Rooibos to nie herbata. Zupełnie inny gatunek rośliny. I skoro „źródło internet” to również pomaga przy odchudzaniu, bo przyspiesza przemianę materii. Jest jeszcze yerba mate… Jakikolwiek napój herbatopodobny będzie skuteczny, jeśli pobudza przemianę materii i nawadnia organizm, dodatkowo wypełniając żołądek.
    Wysoce bawi mnie dieta i stołowanie się w McD. Grunt to dobry nawyk. Mniej więcej jakby się chipsami odchudzać. Shake to zło, hamburger to dobro też bawi. Ogólnie polecam przestudiowanie tabelek, które podają na opakowaniach. Za dużo tłuszczu i/lub cukru, zwł. procentowo. Ze spożycia, to tylko kawę można czasem u nich wypić…
    Przekąska ser + wędlina. Kaloryczne. I jak dla mnie rozpaczliwe wołanie organizmu o składniki odżywcze (białko?). Ja bym prędzej podgryzał marchew OSLT, lub orzechy/pestki dyni OSLT. Zalety takie, że sporo składników odżywczych i wolno się to je (oczywiście wersja w skorupkach/łupinach).
    Błonnik. Piszesz, że nie zwracasz uwagi, ale więcej razowego chleba. Otóż razowiec ma znacznie więcej błonnika. A błonnik ładnie wypełnia, likwidując uczucie głodu. I sprzyja racjonalnemu odżywianiu. Więc gdybyś jednak przemyślał i zadbał o błonnik w pożywieniu, to pewnie nie męczyłbyś się tak.
    Ćwiczenia. Niezależnie, czy odchudzasz się dla wyglądu, czy zdrowia, ćwiczenia są najlepszą rzeczą, którą możesz zrobić. Po pierwsze, jak ktoś ćwiczy, to nawet będąc otyłym wygląda lepiej. Kwestia jędrności, rozkładu masy, postawy, sposobu poruszania się. Spacery 15 min itp. się nie liczą. Patrz http://rozie.blox.pl/2011/05/Aktywnosc-fizyczna-informatyka.html Poza tym, jeśli trenujesz, to automatycznie zaczynasz zwracać uwagę na to, co jesz (no bo po co się narobić i zaraz efekt wywalić do kosza?). A z drugiej strony możesz mniej zwracać uwagę na jedzenie, bo tak czy inaczej spalisz. Last but not least: im łatwiej się ruszać, tym chętniej się ruszasz.
    To o czym piszesz na końcu. Czy to nie jest wycieńczanie organizmu? Skoro gubisz głównie mięśnie, to coraz trudniej się ruszać. Plus męczysz się, bo organizm „woła” o np. białko[1]. Nawyków (więcej ruchu, lepsze jedzenie) nie zmieniasz, więc pewnie prędzej czy później pękniesz. Albo pojawi się jakiś powód, że będziesz musiał więcej jeść (choćby wspomniane niedobory). Mi to wygląda na prostą drogę do efektu yoyo, niestety.

    Dla jasności: w życiu się nie odchudzałem. Modulo zbijanie wagi przed zawodami, ale to raz w życiu i raptem 2-3 kg.

    [1] Taka dygresja z okresu, kiedy przestawiałem jeść mięso i uczyłem się gotować inaczej, niż typowo po polsku, czyli ziemniaki + mięso (albo może jeszcze nie gotowałem sam, tylko ziemniaki z surówką, głównie?). Jak zauważałem, że jem i za chwilę (dłuższe kilkadziesiąt minut) jestem znowu głodny, to świetnym rozwiązaniem była jajecznica z żółtym serem. Nie wnikając, czy za mało było białka, czy tłuszczu (IMVHO znacznie łatwiej o niedobory tego drugiego przy zmianie kuchni), taki posiłek rozwiązywał niemożliwości najedzenia się… Nie że trwale, ale na długo. Rzędu dni.

    Polubienie

  6. @czytelnik:
    Zależy od człowieka. Jedni mają szybki metabolizm i mogą jeść ile chcą, a i tak nie przytyją, a inni nie stracą wagi nawet na głodowych porcjach jedzenia raz dziennie.
    Należę do tej pierwszej grupy i jakoś sobie z tym radzę, mogę przez kilka miesięcy jeść po 3 tabliczki czekolady dziennie (i normalne posiłki do tego), a nie przytyję, testowałem 🙂
    Rodzina @Ktosiu dziwnie się patrzyła na moje zapasy czekolady na 2 tygodnie 🙂

    @Rozie +1

    Ps. Jestem wege gdzieś od 3 roku życia, typ była moja decyzja 🙂

    Polubienie

  7. @rozie, dzięki za fachowy komentarz.

    McD to NIE JEST mój nawyk. Cokolwiek sądzić, jest to wypadkowa dostępnego czasu, ceny i paru innych czynników. W ogóle nawyków żywieniowych nie próbowałem zmieniać, ale szczerze mówiąc nie sądzę, żeby ich zmiana mogła w sensie mentalnym stanowić dla mnie jakiś problem. Hund begraben leży gdzie indziej – weź z marszu przebuduj jadłospis dla całej rodziny w sytuacji środka sezonu w fabryczce, gdzie dla każdego [poza mną] oznaczałoby to albo konieczność zmiany przyzwyczajeń, albo dodatkową pracę, a najbliższe pół roku zapieprz taki, że nie ma kiedy załadować…
    Podgryzanie pestek zamiast sera / wędliny? Ciekawe, przemyślę.
    Jeśli chodzi o ruch… w świetle tego, co piszesz, to dziwna sprawa, ale spadku sprawności nie odczuwam, raczej wprost przeciwnie [na korcie jest jednak ta dyszka mniej do wprawienia w ruch]. Nigdy nie byłem typem całkowicie zasiedziałym za biurkiem i jakkolwiek ruch nie jest dla mnie prawie żadną atrakcją, to mając do wyboru paręset metrów MPK albo na butach często wybieram to drugie – a takich sytuacji mam śmiem twierdzić więcej od przeciętnej, zdarza mi się łazić po górach, okazyjnie na rolki, łyżwy, basen… Anyway o ile nie zestawiam się z ludźmi młodszymi o np. 10 lat czy ćwiczącymi półwyczynowo, powodów do niepokojów nie widzę i mam nadzieję, że mój osąd jest prawidłowy. Ale zupełnie inną kwestią jest mój brak czasu i priorytety, a to już całkiem inna historia…
    Skoro już jesteśmy przy „prostej drodze do jojo” – masz jakieś informacje, w jakich warunkach można przestać się tego obawiać? Bo o ile McD nie wykluczyłem wciąż z moich map – aczkolwiek jak mówię mogę odstawić to w dowolnym momencie bez szkody i chyba po lekturze Twojego komcia chyba tak ostatecznie zrobię – to jednak zauważam, że na codzień przyzwyczajam się chyba powoli do jedzenia po prostu mniej. Inaczej: wiesz może, jaki jest najdłuższy czas, po którym można zacząć twierdzić, że e.jojo nie zadziałał?

    Polubienie

  8. Ser z wędliną jako przekąska? Trochę zbyt kalorycznie może lepiej coś z owoców czy warzyw. Orzechy są bardzo kaloryczne (porównywalne z czekoladą) suszone owoce czy bakalie mniej ale też sporo (porównywalne z serem właśnie), z tym że znacznie zdrowsze niż chipsy. No chyba że orzechy włoskie czy laskowe będziesz musiał najpierw wydobyć z łupinek, przy fistaszkach za niski poziom trudności 🙂
    Bym się trzymał zasady im mniej przetworzone tym lepsze.

    Co do 15 min spaceru, to za krótko i za wolno. Albo dłużej a najlepiej i dłużej i szybciej. Ja bym proponował dłużej i zacząć od szybkiego marszu po kilku razach marsz przechodzący chwilami w trucht, na pewno nie zaczynać od biegania. Może później jakieś interwały? (ale przed poczytaj z czym to się je)
    To że dużo chodzisz pieszo to jedno i to jest plus, ale ważne jest żeby spacer nie polegał na tym że za 20 min musisz być na przystanku bo odjeżdża autobus. Mniej stresu więcej luzu to lepiej dla organizmu.

    Co do jojo, jak zaczniesz jeść więcej i odpuścisz ruch to przytyjesz. Ktoś napisał o bilansie energetycznym, jak zjesz więcej niż spalisz to gdzieś to wyjdzie.

    Polubienie

  9. @torero Żaden on fachowy.

    Jak to jest nie tylko dla Ciebie, ale całej rodziny, to już zupełnie nie rozumiem. Ani w kontekście zdrowia, ani budowania nawyków, ani cen. Ja rozumiem, że czasem trzeba się zapchać kaloriami po prostu, ale wtedy to nie ma IMO różnicy, czy chipsy, czekolada czy McD. Kilka razy do roku da się przeżyć taką akcję bezkarnie, ale czemu od razu daleko idące wnioski, że McD lepszy od słodyczy? Poczytaj to RDA na etykietach. Chyba już – jak to cała rodzina – to jakiś catering wyjdzie taniej? Nawet z dostawą.

    BTW przypomniał mi się kumpel. Trochę za dużo ważył (przekleństwo IT) i przeszkadzało mu to. Nie wiem, czy gotowali mu te posiłki, czy tylko ułożyli jadłospis (dietetyk znaczy), ale zjechał elegancko z wagą. Faktem jest, że trochę trzeba wydać na taką imprezę, ale widuję go i nie przytył. Dowiem się co i jak, bo to może być interesująca opcja.

    Wtręt filozoficzny: czy to co robisz ma sens, jeśli nie masz czasu normalnie zjeść?

    Powinno być dobre, ale… musisz łuskać. Ergo poświęcić czas na przygotowanie jedzenia. Bo min. jedną rękę będziesz miał zajętą…
    Jak na siedzący tryb życia mam całkiem dobrą kondycję? 😉 Dyszka mniej to sporo, fakt. I dobry moment by zacząć się ruszać. 😉 Ja nie widzę powodu by nie zestawiać się z ludźmi o 10 lat młodszymi (czy starszymi). Szczególnie, że nie mówimy tu o jakichś ekstremalnych czynnościach. Jak popatrzę na treningi, to trenujący nie ukrywajmy amatorsko w tym momencie „dziadkowie” pewnie sprawnością sporo młodszych nawet o 20 lat świeżaków zawstydzą.
    Brak czasu i priorytety – Twój wybór. Niemniej chciałbym zauważyć, że na przeglądanie netu i wpisy o nich na blogu czas masz. Więc właśnie, priorytety. 😉 Coś ktoś ostatnio twittował o 7 min ćwiczeń dziennie. Może mieć sens. Jak znajdę linka to podeślę.
    Myślę, że po 10 latach masz mniej więcej pewność, że udało się zrzucić. 😉

    Polubienie

  10. Czekaj, powoli. Jeszcze raz – nie piszę o zmianie nawyku z McD. Piszę o tym, że wszyscy jadamy raczej tradycyjnie, typu rosół, pierogi, ziemniaki z mięsem… I o zmianie nawyków pisałem w kontekście takiej właśnie diety, a nie żeby nagle przestać chodzić do fastfoodów.

    Temat fast foodów w ogóle proponuję już odłożyć, bo jakoś nietrafiony mi wyszedł. Skończę podsumowaniem: przed „kuracją” jadałem często, w trakcie jadanie kilkanaście razy nie przeszkodziło mi w zrzuceniu wagi, a teraz… teraz trzeba będzie jeszcze raz się spiąć i albo odłożyć to zupełnie, albo przynajmniej ograniczyć do przypadków naprawdę sporadycznych.

    Ad wtrętu: wszystko się kiedyś kończy, na koniec niemania czasu też liczę. I proszę się nie śmiać, to poważne założenie jest.

    Sprawdzę anyway.
    Widzisz… Układ, w którym tkwię, nie jest typu ‚orka 7-19, potem kolacja, potem net, potem spać’. To raczej sytuacja typu: co rano dostaję 14 nowych godzin, z czego pozycji ściśle określonych czasowo jest w porywach na cztery godziny, ale za to reszta to pozycje z gatunku ‚na tydzień temu’. Priorytety nie muszą się tyczyć [i nie tyczą się więc] zagadnienia ‚czemu dać pierwszeństwo w życiu’, tylko ‚które rzeczy / sfery ruszyć i zostawić w nowych koleinach najpierw, a które później’. Z racji telewizora, mebli i małego fiata zwalczanie sadła jest tylko po prostu… cóż, mniej dynamiczne, niżbym tego chciał w swoich wizualizacjach. Ale nasza rozmowa naprawdę wpływa na mnie motywująco 🙂 i sieje parę ziaren postanowień.
    Tego ostatniego punktu mogłeś nie pisać. Naprawdę nie dałeś rady go nie wiem, zignorować? 😉

    btw. Co trenujesz?

    Polubienie

  11. Nowa numeracja, bo coś markdown sobie ubzdurał i dziwnie podzielił. 😉

    Jak jadacie tradycyjnie, to wiesz, niekoniecznie trzeba rewolucję robić. Zadbaj o surówki, warzywa i – co już padło – mniej przetworzonego jedzenia i będzie lepiej. Co do ziemniaków to mam prywatny hate i przeszedłem na kasze/ryż głównie dlatego, że primo kupuje się suche i nie nosi wody, secundo nie trzeba obierać, tertio gotują się krócej. Więc pewnie jemy nietypowo, bo u nas pyrki pojawiają się na talerzu w domu góra raz na tydzień.
    Sprawdź.
    Nie bardzo wierzę w drogi na skróty w czymkolwiek, więc w odchudzaniu też nie. Odchudzanie/przytycie to proces. I zawsze jest coś za coś.
    Ojtam ojtam.

    https://pl.wikipedia.org/wiki/Brazylijskie_jiu-jitsu a bardziej przybliżając: zapasy w kimonach. 😉 Ale to co piszę tyczy się każdego sportu angażującego fizycznie, niekoniecznie walki. Nie ma specjalnego znaczenia co trenujesz, jeśli się ruszasz i poruszasz w okolicach maksymalnej wydolności. Fajnie, jeśli angażuje przy tym wszystkie partie ciała. 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s