Z zamyśleń przedpołudniowych.

Władza do trucizna, to wiadomo od tysiącleci. Obyż to nikt nigdy nie pozyskał władzy materialnej nad innymi! Ale dla człowieka, który wierzy, że jest nad nami coś wyższego – i jest dlatego świadomy własnej ograniczoności – władza nie jest jeszcze śmiertelną groźbą. Dla ludzi bez owej wyższej strefy władza to jad trupi. Jeśli się nim zarażą, to nie ma ratunku. [A. Sołżenicyn, „Archipelag GUŁag”]

Egoizm jest siłą sprawczą. Wszystkiego albo prawie wszystkiego.

Specyficznym rodzajem egoizmu jest „egoizm chrześcijański”, nakazujący dbać o własne zbawienie. Z tego wynika przykazanie miłości i wszystko inne, sprowadzające się w jakiejśtam [dużej] części wspólnej do uniwersalnego imperatywu etycznego „nie bądź mendą”. Tyle, że osoba kierująca się uniwersalnym imperatywem etycznym na dobrą sprawę działa wbrew własnemu egoizmowi, za alternatywę wobec doczesnych uciech i smacznych owoców s*syństwa mając na ogół „jedynie” poczucie „zgodności etycznej”. Logika „egoizmu chrześcijańskiego”, obiecująca nad poczucie tejże zgodności życie wieczne, daje znacznie więcej.

I dlatego wizja, w której wychowanie ateistyczne miałoby en masse z sukcesem zastąpić wychowanie religijne [a nawet wg niektórych fantastów przebić je „skutecznością”], może budzić co najwyżej politowanie.