Wizyta u lekarza.

– To jest poniżające – pani pediatra uśmiechała się tylko ustami. – Proszę sobie wyobrazić. Kilkadziesiąt osób na sympozjum czy prezentacji, wszyscy z tytułami i karierą zawodową. Wszyscy przyjeżdżamy, bo pogłębianie wiedzy, bo poszerzanie kwalifikacji, bo to, bo tamto… I wszyscy na każdej takiej prezentacji prawie się bijemy jak szczeniaki o te naklejki dla dzieci „Dzielny pacjent”. Mam szczęście, że jestem wysoka i silna.
– To nie tylko problem pani branży. Parę-paręnaście lat temu zdarzyło mi się jeździć po różnych konferencjach informatycznych… proszę mi wierzyć, że każdorazowe kompletowanie składu na wyjazd zaczynało się od informacji o hotelu, cateringu i rozdawanych gadżetach.

Odetchnęła z ulgą. A może mam nieaktualne informacje?

Hemar.

Gotowiście na wszystko?
Ha, dobrze, jam też gotów.
Słuchajcie: światem rządzi
Wielka zmowa idiotów.

Dawno się na człowieka zasadzałem, a po lekturze „Karawany literatury”, gdzie jego puentami Łysiak kończy każdy rozdział – zasadzenie mam jeszcze większe, tylko siakoś czasu brak. Po Tuwimie i OMC Kaczmarskim – kolejny Żyd w moim prywatnym panteoniku. Swoją drogą „Karawana” niesamowita; polecam nawet gdybym jakimś cudem nie opisał jej bardziej szczegółowo…

Zimny wychów potomstwa, cz. LXXIX – I znów nie będzie zabawnie.

– Teraz to was jakichś durnot w szkole uczą, pfrr. Za moich czasów w piątej – szóstej klasie [chyba], mieliśmy zadania np. takie. Dziadek i babcia mają razem 140 lat. Dziadek ma dwa razy tyle, ile babcia miała wtedy, kiedy dziadek miał tyle, ile babcia ma teraz. O!
– A jak zareagujesz, jak to rozwiążę? – z chytrym uśmiechem spytał trzecioklasowy Fork Starszy.
– Nooo… szczęka by mi opadła – przyznałem szczerze.
– Nie zrobisz tego zadania – wtrąciła się TŻ.
– Cooo? Ja nie zrobię?.. – zaperzyłem się.
Fork Starszy znika w pokoju [bez neta] i po minucie oznajmia radośnie:
– Dziadek ma 80, babcia 60!
– Pfrrrr. – odrzekłem intelektualnie. – Trafić to każdy umi [!] Sprawdzam! Powiedz mi, cwaniaczku, ile babcia miała lat wtedy, kiedy dziadek miał tyle, ile babcia ma teraz, e?
– 40 – odrzekło dziecię bez namysłu – a czemu pytasz?

Pięć minut później znalazłem wreszcie szczękę oraz babola w układzie równań, który rozpisałem przed wyjściem Forka z kuchni, i siadłem do pisania notki.

Ścinki.

Usytuowanie w Krakowie Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa przy ul. Rzeźniczej ma swój niezaprzeczalny urok. Do Miasta Symboli jak ulał pasowałoby jeszcze przeniesienie Poradni Zdrowia Psychicznego. Np. tu, o.

* * *

Przeczytane… przeczytane mnóstwo, ale specjalnie dla marudów skupimy się dzisiaj na czwartym, zamykającym epos, tomie panagrzędowiczowego „Pana Lodowego Ogrodu”. I z miejsca oznajmiam – cliffhangera brak, tom czwarty wygląda na ostatecznie ostateczny i nieodwołalny. Najgrubszy z czterech trochę na siłę – Grzędowicz nie ustrzegł się dłużyzn, choć w tym kontekście [w znaczeniu miejsca w fabule] zdarzały się one nawet w „Potopie” czy „Panu Wołodyjowskim”, a czerpanie z mistrzów jest godne pochwały [a grzebać w jądrze jest godnie i mądrze, jak mawiają linuksiarze, NMSP]. Nie są to jednak dłużyzny wystawiające czytelnika na próbę, da się je przeżyć – ba, być może nawet nie są to dłużyzny per se, ktoś inny może je po prostu interpretować jako zwolnienie akcji po wariackim w sumie tempie nakreślonym w poprzednich tomach. Całość w dalszym ciągu hasta la victoria czyta się lekko, łatwo i przyjemnie, a dwustuprocentowo drakkainenowskie zakończenie [choć niekoniecznie epilog, najmniej w 50% przewidywalny nawet dla mnie] godne jest Hugo, Nebula, potem znów Hugo, potem znów Nebula i tak jeszcze z pięćdziesiąt razy – odłóżcie jedzenie i picie, zostaliście formalnie ostrzeżeni.

* * *

Uporczywie poszukuję innego wytłumaczenia coraz trudniejszych i dłuższych wejść w życie zawodowe po urlopach, niźli upływ czasu. Lenistwo, narastający sybarytyzm i wypalenie zawodowe już przerabiałem. Hmm… globalne ocieplenie brzmi wyjątkowo przekonująco.

* * *

Dziwna sprawa z tym moim hiszpańskim. Niby go nie umiem – nigdzie nie twierdziłem, że jest inaczej. Słownictwa nie znam. Niby go nie umiem, nie potrafię sklecić zdania skomplikowańszego, niźli proste w trybie oznajmującym [bo już tryb rozkazujący to mission impossible], ale siakoś dziwnym trafem ile razy przychodzi mi przetłumaczyć coś prościusieńkiego, tylekroć okazuje się, że umiem to zrobić bez słownika. Może więc jednak nie jest aż tak dramatycznie, jakby się mi mogło wydawać? Może są jakieś fundamenta do dalszej nauki? Brakuje mi chyba po prostu motywacji… dawno nie czytałem widać żadnej literatury motywacyjnej 😀

* * *

Obejrzana „Droga” [a uprzednio przeczytana oczywiście książka]. I dziwna rzecz. Wszyscy znani mi chwalą ją pod niebiosa, kupiłem ją zresztą pod wpływem entuzjastycznych opinii właśnie, a mnie nie zachwyca. Literatura niezgorsza, ale nie zachwyca i już.

Pierwszy zarzut – formalny i w sumie lżejszy. Pod adresem książki. Otóż przez cały czas towarzyszył mi niedosyt z racji niewytłumaczenia genezy przewodniego stanu rzeczy – nie zaspoiluję chyba za mocno stwierdzeniem, że akcja toczy się na spustoszonej, pustynniejącej, nieustannie zachmurzonej Ziemi. I być może niedokładnie czytałem, być może jakoś mi umknęło, ale chyba nigdzie w książce nikt nie wyjaśnia, skąd się to wzięło. Tak jest i już. Z filmem jest ciutkę lepiej, pokazuje to dość dokładnie w retrospekcjach, z kapitalnym udziałem Charlize Theron [choć oświadczam jednoznacznie, że w kwestiach Charlize Theron obiektywny nie byłem, nie jestem i być nie zamierzam].

Zarzut drugi – dziwny jestem. Naganiaczy ujął, jak mi się zdaje, nastrój wszechogarniającego smutku, beznadziei i ogólnej – potocznie mówiąc – padaki, obraz zezwierzęcenia „korony stworzenia” w bezwzględnej walce o jutro… kto nie czytał, temu lista nic nie powie, a kto czytał i się podoba wie, za co chwalić. A mnie nie. Nie wiem, kuźwa. Za stary jestem? Za pesymistyczny? Nie umiem cieszyć się życiem? Patrzę za daleko? Za bardzo wystygłem na takie wzruszenia? Może naganiacze wiodą tak szczęśliwe życie, że owo uczucie wszechogarniającej padaki jest dla nich czymś tak dalece odświeżającym i nieznanym, że książka z tej racji [ukazująca owo poczucie beznadziei, trzeba obiektywnie przyznać, po mistrzowsku] warta jest dla nich każdej nagrody? Zazdraszczam anyway.

A może z tej całej czeredy tylko ja przeczytałem na studiach panałysiakowy „Kuter”? Radkowiecki da Wam suchy tekst, w „MW” wrażenia dopełnią chociażby wklejki z obrazami Friedricha / Radziwilla. Może więc ów zachwyt i „tąpnięcie uczuć”, na które dałem się… dobrze, może nie „nabrać”; „zarekomendować”… przysługuje dziewiczo, tylko na raz na całe życie? Przed momentem nie wytrzymałem, doszedłem do połowy „Kutra” i poczułem się jeszcze gorzej.

* * *

Zapowiada się wyjątkowo parszywy rok.