Na marginesie pewnego komcia.

Spokojnie, to żaden shitstorm… choć w związku z paroma wydarzeniami z paru ostatnich dni mnie korci. Ale nic to, Basieńka, jestem wyluzowanym kwiatem lotosu na nieruchomej powierzchni jeziora.

Moja poprzednia notka z niewypowiedzianym zarzutem, iż zadawanie trzecioklasistom układu trzech równań z dwiema niewiadomymi [co byłoby rozwiązaniem zdecydowanie najelegantszym] bez znajomości tegoż słabe jest, spotkała się z komciem, gdzie zaproponowano rozwiązanie oparte na kombinacji. Kombinacji imo mocno na wyrost, jak na umysł trzecioklasisty [nie obeznanego swoją drogą jeszcze z pojęciem równania i tkwiącego wciąż w epoce kwadracików], ale nie w tym rzecz.

Cała sprawa – „mykologia” vs. twarda wiedza – jest pewnym dodatkiem do prześmierdniętej lekko dyskusji u n3m0 [górnolotne określenie, ta „dyskusja”… chociaż nie; nie zostałem tam oskarżony o bicie Murzynów, mataczenie, ignorancję, nierozumienie niczego, tolerowanie pedofilii {jak 90% piszących tutaj} i łgarstwa, a na koniec nie usłyszałem „won!”, więc chyba jednak można nazwać to dyskusją]. Uczyć tak, żeby zaciekawiać, czy uczyć tak, żeby nauczyć?

Powyższe jest naprawdę śliczną ilustracją tego tematu. Otóż można zapoznać dzieci z pojęciem układu równań liniowych [zapoznawszy je wprzódy z pojęciem równania per se] i takie zadania zaserwować w trakcie ćwiczeń do tegoż… można również zadania takie wsadzać przy opisanym stanie wiedzy, ucząc mykologii. Uczyć o jakichś gupich równaniach, a na drugi dzień zrobić kartkówkę i połowę klasy posadzić z jedynkami, czy pokazywać w trzeciej klasie ciekawe i fascynujące zadania matematyczne?

Zdecydowanie jestem zwolennikiem pierwszego rozwiązania.

Po pierwsze, pospolitość skrzeczy. Przytłaczająca większość nauczycieli [zapewne również „mój”] odfajkuje to zadanie, sprawdzając rozwiązania i przechodząc nad nim do porządku dziennego. Śmiem więc twierdzić, że dzieci nie nauczą się nic.

Po drugie, znajomość aparatu matematycznego stojącego za „kanonicznym” rozwiązaniem przyda się o wiele bardziej, niż umiejętność kombinowania w tym przypadku [zupełnie niepotrzebna nawiasem mówiąc, WYSTARCZY tutaj mechanicznie zastosować reguły]. Ta druga sprowadzi nas po prostu do kształcenia pokoleń ludzi o BYĆ MOŻE rozwiniętym zmyśle kombinacyjnym, który jednak zamiast wykorzystywać do kreacji będą zmuszeni używać do nadrabiania braków w wiedzy teoretycznej. Wiem, co mówię – pewnego razu przyciśnięty do muru w epoce przedinternetowej musiałem na szybko wynaleźć od nowa mechanizm sortowania bąbelkowego i parę innych rzeczy. I wynalazłem. W takich przypadkach „kombinatoryka” nie staje się jednak nijak „wartością dodaną”, lecz jedynie protezą na braki w wiedzy ogólnej.

Po trzecie, aparat matematyczny jest rzeczą znacznie praktyczniejszą [zakładając roboczo XOR w sytuacji ograniczonej ilości czasu]. Mykologia pomoże w rozwiązaniu zadania, ale przepali nam bezpieczniki we łbie i potopi w karteczkach [a finalnie i tak okaże się pewnie bezradna] w sytuacji, gdy życie postawi przed nami układ chociażby sześciu – siedmiu równań.

Last but not least – po osiągnięciu pewnej [niedużej] wprawy obsługa aparatu daje znaczną przewagę czasową nad mykologiem. Za wyjątkiem jednego przypadku – sytuacji, gdzie tak często zdarza się jakąś „monotechnikę” uprawiać, że wchodzi ona w krew…

… tylko czym taka „wypracowana monotechnika” różni się od twardej wiedzy?

Chyba tylko brakami w ogólnej edukacji. I dużo większą ilością czasu, który trzeba poświęcić na opanowanie.

10 thoughts on “Na marginesie pewnego komcia.

  1. Fantastyczne zadanie! Przecież trzecioklasiści tak pałają żądzą inspirujących łamigłówek, że z sali matematycznej niemal siłą trzeba je wypędzać! :p Nie, zadanie jest bezsensowne dla dziecka, niewiedzącego, co to równanie. Jest natomiast bardzo sensowne dla dziecka z tą wiedzą zaznajomionego, jako wstęp do rozwiązywania układów równań. Tylko… czy ktoś potrafi mi wyjaśnić, na wała jest to trzecie równanie? Bo nie potrafię jakoś sobie wyobrazić kombinacji, która by je miała wykorzystywać (wykorzystując jednocześnie obydwa pozostałe)…

    A skoro już o kombinacjach mowa, uczmy dzieci grać w szachy. Śmiem twierdzić, że możliwość rywalizacji, drewniane figurki i symulacja bitwy znacznie lepiej działają na wyobraźnię dziecka niż kolorwe kubełki. A i nauczyć się można dużo więcej. 😉

    Lubię to

  2. Heh, Świętomir, dobry pomysł z nauką szachów u dzieci.
    Przypomniało mi to kumpla, którego czwórka dzieci w szkole właśnie miała dodatkowe zajęcia szachowe. Okazało się, że przez to, że w domu grały na zmiane ze soba każde z każdym, to i częstsza gra i częsta zmiana partnerów szachowych sprawiła że ogrywały pozostałe dzieci 🙂

    Lubię to

  3. Bym się spierał, Autorze. 🙂

    Oczywiście nie ma co na siłę wymyślać samemu całej matematyki (chyba że ktoś uważa, że ma szansę wymyślić lepszą…). Tego nie powiedziałem.

    Ale nie uważam, żeby dobrym pomysłem było tylko nauczenie się schematu rozwiązania, które ktoś nam podaje. Wkucie czegoś na pamięć (dosłownie lub przez wyrobienie sobie nawyku) to nie nauka. To nawet, nierozumne przecież (na razie), maszyny umieją. I są w tym lepsze, więcej zapamiętają i nie mylą się. Zresztą, po co wtedy szkoła. Wszystko jest w książkach.

    My mamy wymyślać nowe schematy, nowe rozwiązania. Dlatego musimy nauczyć się kombinować. Dlatego często lepiej jest spróbować coś samemu wymyślić, zanim sięgnie się po sprawdzone rozwiązanie.

    To szkoły, które wymagają pamiętania schematów, regułek, twierdzeń, produkują kaleki niezdolne do samodzielnego myślenia, wymagające, żeby życie podało im wszystko na tacy.
    Zakuć, zdać, zapomnieć (zapić).

    Lubię to

  4. Ale nie uważam, żeby dobrym pomysłem było tylko nauczenie się schematu rozwiązania, które ktoś nam podaje.

    Nie „schematu”, a raczej nie tylko. Przede wszystkim NARZĘDZI, a potem pewnych procedur. Do obsługi tokarki nijak nie potrzebujesz zmysłu kombinatorstwa. Wystarczy, że a) wiesz, co to tokarka, b) wiesz, co można nią zrobić, c) umiesz ją obsłużyć, d) znasz schematy, co pozwala Ci na oszczędności czasowe. A wszystkie cztery powyższe nabywasz wyłącznie w drodze systematycznej – i często nużącej – nauki.

    Nie każdy – a w zasadzie znakomita mniejszość – ma / będzie mieć pracę kreatywną. Cała reszta prędzej czy później trafi w schemat, nawet tak wydawałoby się twórcza czynność jak kodzenie z biegiem lat wpada w schematy i rutynizuje się.

    My mamy wymyślać nowe schematy, nowe rozwiązania. Dlatego musimy nauczyć się kombinować. Dlatego często lepiej jest spróbować coś samemu wymyślić, zanim sięgnie się po sprawdzone rozwiązanie.

    Jw. A poza tym domeny kombinacji i pracy rutynowej są w dużym stopniu rozłączne. Wyobrażasz sobie np. szkolenie szyfrantów wojskowych trybem kreatywnej pracy ze studentami ASP?

    I jeszcze jedno – wiedza [nie mylić z rutyną] POSZERZA pole do działania dla „kombinatoryki”. Prosty przykład: masz adresową bazę danych, na jej podstawie masz powysyłać pierdylion korespondencji. Ile czasu zajmie realizacja tego przy pomocy „kombinatoryki” od zera, bez wiedzy o narzędziach – a ile, jeśli chociażby będziesz wiedział o istnieniu wynalazku pn. korespondencja seryjna? Z drugiej strony wiedząc o istnieniu k.s. wszystkie potrzebne Ci do tego dane będziesz w przyszłości organizował w formę pozwalającą na ich wykorzystanie w tym celu.

    Lubię to

  5. „Do obsługi tokarki nijak nie potrzebujesz zmysłu kombinatorstwa.” — Dlatego istnieją i całkiem dobrze spisują się obrabiarki numeryczne. Podobnie ze spawaniem i innymi nużącymi i na dobrą sprawę głupimi czynnościami. Raz prowadzi się robota za „rączkę”, a on potem grzecznie to powtarza.
    Tam, gdzie robot nie może, posyła się człowieka. A wiesz, gdzie robot nie może? Ano właśnie tam, gdzie trzeba pokombinować.

    „Nie każdy – a w zasadzie znakomita mniejszość – ma / będzie mieć pracę kreatywną.” — a reszta przyuczy się do zawodu w parę tygodni lub miesięcy. Jesteś kolejną osobą, która uważa, że wszystkie szkoły to zawodówki. Akurat szkoła podstawowa jest po to, żeby nabyć tam podstawowych umiejętności życiowych. Jeżeli uważasz, że „kombinowanie” (co, nawiasem mówiąc, wolałbym nazywać po prostu myśleniem) nie przydaje się w życiu, to się nie dogadamy.

    „Z drugiej strony wiedząc o istnieniu k.s. wszystkie potrzebne Ci do tego dane będziesz w przyszłości organizował w formę pozwalającą na ich wykorzystanie w tym celu.” — Widzisz, przy Twoim podejściu albo ktoś mi da tę k.s., albo będę ręcznie adresował pierdylion listów (albo powiem, że nie zapewniłeś mi odpowiednich warunków pracy i, bo ja wiem, pozwę Cię do sądu pracy czy coś…). Ja wolę swoje podejście, w którym chociaż nie wiem o k.s., to spróbuję „pokombinować”. A ponieważ to nie pierwszy raz, w którym spotykam się z problemem, który muszę sam rozwiązać, to nauczony doświadczeniem wiem, że lepiej najpierw poszukać gotowego rozwiązania.

    Przy okazji: jak robisz tu takie ładne blockquote?

    Lubię to

  6. W kontekście szkoły stawiam na twardą wiedzę. Taką wiedzę potrafi wbić w głowy uczniom nawet tępy trep. Natomiast rozwijać ciekawość i umiejętności kojarzenia oraz „kombinowania” tylko nauczyciele z prawdziwego zdarzenia. Tych drugich w zawodzie jest znacznie mniej.

    Lubię to

  7. Na studiach nauczyłam się, że trzeba swoje odsiedzieć w książkach i przed przystąpieniem do zajęć praktycznych nauczyć się pewnych aparatów matematycznych czy po prostu suchej teorii. Przy częściach od samolotu lepiej nie dłubać nie mając wiedzy.

    Lubię to

  8. Jesteś kolejną osobą, która uważa, że wszystkie szkoły to zawodówki.

    Ależ skąd. Zawodówki tylko / aż dla nieumiejących lub nie lubiących myśleć abstrakcyjnie. Studia dla osób z pewnym „zacięciem abstrakcyjnym”, które będą w stanie rozwiązać problem, posługując się chociażby analogią, samodzielnie docierając do źródeł czy zsyntetyzować wiadomości z pozornie różnych dziedzin wiedzy. Sam jestem w szoku, gdy uświadamiam sobie chociażby, ile znaczeń słów w językach obcych „wykombinowałem” dzięki kojarzeniu brzmienia z zupełnie innych języków [jak choćby z łaciny, której nigdy nie uczyłem się formalnie, ale o którą „poocierałem się” dość dużo w trakcie właśnie owej nudnej nauki].

    Ja wolę swoje podejście, w którym chociaż nie wiem o k.s., to spróbuję „pokombinować”.

    Tylko że widzisz… umiejętność kombinowania nie jest zerojedynkowa, i w jakimś tam stopniu jest pochodną inteligencji. A Twoje podejście nie zawsze jest słuszne. W zależności od okoliczności zewnętrznych na kombinację może nie starczyć czasu. OTOH pozostawienie Ciebie samego z k.s. może ze strony szefa być testem albo na Twoją wiedzę, albo na kombinatorykę, albo na jedno i drugie. Z tym, że jeśli masz niewiele czasu, to kombinowanie bez wiedzy na wiele Ci się właśnie nie przyda…

    Przy okazji: jak robisz tu takie ładne blockquote?

    Kombinuj 😀 😀 Od znaku większości.

    @takieGadanie & viatora: sapienti sat 🙂

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s