Natręctwo.

Przylazło to do mnie [choć w wersji kanonicznej] i nie chce puścić. Czy to coś znaczy, Kochany Pamiętniczku?

Z dedykacją nieustającą dla wszystkich marud ogłaszających z miną znawffcy, że koncepcja typu „spoko spoko i nagłe pi*olnięcie” to tylko Coma jest [kto kojarzy oryginalną wersję, ten wie, o czym mówię]. No to prosz.

Ale żeby to zagrać w rytmie czaczy… No no no…

Z zamyśleń porannych.

Jak pokonać strach?

Osoba jako tako obznajomiona z dorobkiem kulturalnym białego człowieka natentychmiast wskaże rozumowanie epikurejczyków, dotyczące m.in. ludzkich obaw przed śmiercią. Są one bezzasadne, ponieważ [tłumaczę, gdyż jak widać u Co Poniektórych (TM) powyższego obznajomienia zakładać nie mogę…] albo „jest człowiek i nie ma śmierci”, albo [rozumiane jako XOR] „jest śmierć i nie ma człowieka”, nie ma więc również kto się bać. Rozumowanie poprawne, ale dziwnym trafem ciężko jest je zaakceptować [ale chwilowo mniejsza z tym]. Echo powyższego znaleźć można wszędy, chociażby w słynnej panaherbertowej litanii Bene Gesserit. Zamieszczonej poniżej po angielsku, żeby był większy lans:

I must not fear.
Fear is the mind-killer.
Fear is the little-death that brings total obliteration.
I will face my fear.
I will permit it to pass over me and through me.
And when it has gone past I will turn the inner eye to see its path.
Where the fear has gone there will be nothing.
Only I will remain.

W zasadzie to wyjaśnienie bazuje na mechanizmie leżącym jeszcze głębiej: każdy strach jest w zasadzie i swoim absolutnym sednie strachem przez nieznanym – niezależnie od tego, co widać na pierwszy rzut oka. Wiedzą o tym matki, „wizualizujące” dziecięcy strach przed nieznanym – czy to świecąc światło w ciemnym pokoju, czy to opowiadając o fajnych kolegach i koleżankach do spotkania w szkole po wakacjach. Jeśli oswoimy nieznane i stanie się ono znane, choćby i w najczarniejszych barwach, wówczas strach odlata. Jeśli na sali sądowej gryzie Cię strach przed dożywociem i w momencie ogłoszenia wyroku słyszysz owo dożywocie, Twojego strachu już nie ma [ustąpił on szeregowi strachów pomniejszych, np. tego przed przecweleniem… ale to już zupełnie inna historia]. Jeśli idziesz do prezesa bojąc się, że zostaniesz wychędożony z roboty, boisz się, bo tego nie wiesz. Jeśli usłyszałeś już o swoim wychędożeniu z roboty, Twojego lęku już nie ma… został on zastąpiony lękiem przed nieznaną przyszłością. Wyjaśnienie epikurejczyków nie jest na dobrą sprawę również niczym innym, jak próbą oswojenia nieznanego.

Racjonalnym zachowaniem na drodze do oswojenia strachu zdaje się być więc wyobrażanie sobie najgorszego. Jeśli wyobrazisz sobie najwyższy wymiar kary, największą stratę [na czym notabene bazuje gros długofalowych systemów gry na rynkach kapitałowych], największy ból, wówczas wszystko powyżej tych „stop lossów” będzie już tylko miłą odmianą.

No właśnie. Wychodzi więc na to, że najbardziej opłacalną strategią życiową jest pesymizm. A przecież zarówno teoria, jak i życie, uczą nas czegoś zupełnie przeciwnego [nie dotyczy kolegi z pięterka]. Wot, zagwozdka.

O upadku sklepów i co z tego wynika.

Pisałem o powracającej fali modelarskiej? Pisałem. Otóż podczas mojej ostatniej wizyty w Zaprzyjaźnionej Placówce [TM] na fali dyskusji o przemycie, dumpingu, szarej strefie i innych takich Szef odniósł się był do kwestii obecności modeli w hipermarketach. A potem zeszło.

Na bazie konstatacji, iż producenci modeli szybciej wyszli z hipermarketów, niż tam weszli [zestawy napółkowe, z których statystyczni „dobierali” sobie brakujące części lub całe wypraski wręcz, wracały do producentów jako wybrakowane i niech oni się martwią] Szef stwierdził, że podobna rzecz zaczyna dziać się nawet u nich w sklepie. Nie ma co prawda aż takiego bezczela, ale sporo osób całkiem grzecznie chce zobaczyć model organoleptycznie, dziękuje, po czym wraca do domu, siada przed kompem i kupuje identyczny u misia w necie, z ceną pomniejszoną o ułamek kosztów wynajmu oczywiście, a często gęsto również o podatki. Na moją sugestię, że to samo dzieje się w wielu branżach, choćby AGD [sam bym tak zrobił], usłyszałem, że w przypadku sklepów odzieżowych i obuwniczych – po wybraniu modelu, rozmiarówki, etc. – to już jest plaga.

Pora na wniosek. W walce konkurencyjnej o cenę rzeczywistość wzięła się za skracanie łańcucha dostaw. W miarę zmian nawyków konsumenckich [hm… następne pokolenie?] sklepy typu odzieżowych, obuwniczych, etc. zaczną coraz bardziej pełnić rolę wielkich wystaw [z prawdopodobnie wąziutkim segmentem ukierunkowanym na snobów, gotowych być może w ramach szpanu przyszłości pokazywać się z torbami pełnymi zakupów]. Jedyną przeszkodą na drodze ku ich całkowitemu zanikowi stanie się potrzeba wizualizacji towaru przed zakupem, której statyczne zdjęcia w necie nie zaspokoją, przynajmniej nie do końca. I o ile nie bardzo widzę techniczny sposób na wizualizację np. jakości obrazu oglądanego telewizora, o tyle w momencie pojawienia się kolejnej generacji holoprojektorów czas sklepów modelarskich wydaje się być policzony.

A sklepy odzieżowe? Cóż… Z pozoru nic nie zastąpi realnej przymierzalni i przejrzenia się w lustrze. Do momentu, aż jakiś pryszczaty nastolatek nie napisze skaneru ciała pod Kinecta, nie sprzeda interfejsu [z softem wizualizującym] firmom odzieżowym i nie stanie się gościem, któremu GóraCukru w kwestii rocznych zeznań podatkowych będzie mogła czyścić buty [kolegom owego pryszczersa włamywanie się na serwery i wykradanie profili koleżanek również dostarczy zapewne wiele niewymuszonej radości]. Gdyby był to ktoś z PT Czytelników tej notki… cóż, wiecie gdzie mnie szukać, żeby się odwdzięczyć.

Lifehacking: ogarnij swoje finanse.

Idziesz na studia, zakładasz konto w banku, na które wpływa stypendium. Rodzice dorzucają coś do kieszeni. Pełna kontrola, jasna strona totalitaryzmu, życie jest piękne.

Idziesz do pierwszej pracy na etat. Dostajesz stałą, miesięczną pensję i prawdopodobnie jakieś lewizny do kieszeni, które spisujesz na oddzielnym arkusiku. Jesteś wszak profesjonalistą, życie wciąż jest piękne, po niebie przesuwają się białe obłoczki.

Bierzesz kredyt hipoteczny. Jednym z jego warunków jest założenie konta w banku, który zupełnie Ci nie pasuje, i robienie na nim obrotów, inaczej bezpłatne konto zrobi się niebezpłatne. Zachmurzenie słabe i umiarkowane.

Żenisz się / wychodzisz za mąż. Do swojego konta dokładasz konto TŻa. W zasadzie moglibyście mieć jedno konto, ale po pierwsze nie ma czasu, żeby to załatwić, a po drugie na jednym są niskie opłaty, a na drugim fajny limit, a w nagłych razach wychodzi to taniej, niż karta. Tyle że od czasu do czasu trzeba przelewać środki z jednego konta na drugie i z powrotem, co mocno podważa Twoją wiarę w zdolności zarządzania pieniędzmi.

A właśnie, karta kredytowa też nie jest głupia. Pogodne dotychczas niebo Twojego panowania nad pieniądzem pokrywa się burzowymi chmurami. Nie masz czasu na uzupełnianie tych arkuszy kalkulacyjnych, kolekcjonowanie paragonów i nawet jeśli nie padasz ofiarą bankowych marketoidów i nie żyjesz ponad stan, świadomość kontroli nad własnymi finansami opuszcza Cię w tempie jednostajnie przyspieszonym.

Bierzesz Fukitol i zakładasz firmę. Idzie Ci nieźle, ale kontrahenci płacą różnie. No i żyjesz od zlecenia do zlecenia. Potrzebne jest nowe konto – starych nie masz za bardzo jak zamknąć, bo fajne limity, no i szkoda czasu. Zadłużenia / debetów / limitów nie zwiększasz, więc jest dobrze, ale któregoś dnia zdajesz sobie sprawę, że poza ogólnie dobrym samopoczuciem swoich finansów nie ogarniasz już kompletnie. Bo gdyby Tamten zapłacił, bylibyśmy do przodu tyle. Ale dwa dni później okazuje się, że Tamten wbrew pozorom zapłacił, ale Owemu odbiło i zapłacił tylko połowę. W tzw. międzyczasie trzeba dokupić łóżeczko, więc na kartę [tę bez limitu] trzeba było przelać środki z drugiej, a dodatkowo a konto łóżeczka zwiększyć limit, którego koszty zapomniałeś w zeszłym miesiącu wrzucić do zestawienia i teraz już naprawdę za ciężką cholerę tego nie ogarniasz, bo mówiłeś jej, że będzie sobie mogła kupić tę kolię, więc w dobrej wierze kupiła 300 zł droższą [trzeba to będzie kiedyś wrzucić do arkusza, jak w końcu siądziesz przed kompem], a teraz okazuje się, że na całym miesiącu jesteście w plecy, co w zasadzie jest nie do końca prawdą, bo przecież jak Ów dopłaci do piątego, to w zasadzie przecież tak, jakby zapłacił jeszcze w poprzednim miesiącu, no nie?… aha, no i jeszcze Ten wziął się na ambicję i zapłacił przedwczoraj trzy zaległe faktury za jednym razem, w zasadzie dobry z niego człowiek, tylko czemu do k*y nędzy ich nie poopisywał???…

Któregoś dnia przychodzi do Ciebie doradca kredytowy i proponuje przeniesienie kredytu hipotetycznego do nowego banku z lepszymi warunkami. 300 zł miesięcznie do przodu to nie w kij dmuchał, przemnóżmy to jeszcze przez 20-30 lat… Idziecie do banku, przenosicie kredyt i zakładacie kolejne konto bankowe. Wieczorem TŻ znajduje Twoje ciało nad stosikiem wydruków z rachunków bankowych i jakimś duszoszczypatielnym listem pożegnalnym. Powiedzmy, że atak serca, bo posiadanie broni jest nielegalne i strzelać do siebie z rozpaczy mogą przecież w tym kraju tylko emerytowani generałowie.

* * *

Sposób jest piękny, prosty i skuteczny, jak każde genialne rozwiązanie. Nie musisz bujać się z paragonami, ślęczeć nad excelami, zmniejszać wartości w komórkach o każdą niezapłaconą fakturę…

Licz salda. Na początek to i tak za dużo. Dla każdego rachunku / kieszonki na pieniądze / karty kredytowej / whatever spisz stan na początek miesiąca i na jego koniec. Dla każdej kieszonki odejmij jej stan początkowy od końcowego i zsumuj delty. Suma owych delt [różnic] to właśnie Twój najrealniejszy, pozbawiony ozdobników, miesięczny wynik finansowy. Jeśli Twój ror w Banku#1 przytył z 1700 pln na początku miesiąca do 3200 pln na koniec miesiąca, ale zadłużenie na karcie w Banku #2 w przeciągu tegoż wzrosło z 5900 do 7234… wiesz już, co masz robić. A nie, moment, bo pierwszego miałeś w dżinsach stówę, a teraz masz ich sześć. Voila! Na tym etapie odpuść sobie dociekania, kto kogo, dlaczego [i dlaczego nie] oraz za ile. Skup się na gołym saldzie i od tego zacznij.

W zarządzaniu swoim szlamem to tylko pierwszy etap. Ale w pewnym momencie – najważniejszy [od Salda Namacalnego można zresztą przecież „schodzić w dół”, odejmując „koszty okazyjne” i dochodząc z grubsza do kwoty, za którą da się przeżyć, jakby co – albo do innych kwot, jakby inne co]. Przy ochnastu pierdylionach źródeł dochodów [poprzesuwanych oczywiście w czasie i nie do stuprocentowego przewidzenia], rachunków, kieszeni i kart nie sposób brać się za bary z racjonalnym zarządzaniem pieniędzmi, nie mając najsampierw rzeczywistego „big numbera”. Zaimplementuj tę metodę, a Twoje nędzne dotychczas życie zyska sens, racjonalne podstawy i nowy wymiar 🙂