Zimny wychów potomstwa, cz. LXXII – Podwieczorne Polaków rozmowy.

Fork Młodszy [aged 3.5] dostał do ręki cztery karty…

– Jeden, dwa, tsy… dupa.
– No wiesz! – spłoniła się Mama. – Jak ty mówisz! To strasznie brzydko i nie wolno tak mówić! Ja, gdybym coś takiego powiedziała, musiałabym ze wstydu chyba wejść pod krzesło!
– Psesiec ty jesteś za duza i nie zmieścis się pod ksesłem.
– I właśnie dlatego nie mówię tak brzydko.

Następnym razem dam jej do ręki pięć kart i będę obserwował rozwój wypadków.

O oczywistej oczywistości.

Jak całkiem niedawno wygadałem się Dandysowi, moje nastawienie do „literatury motywacyjnej” aka „społecznej psychologii amerykańskiej” [określenie moje, nie czepiać się proszszsz] uległo w ciągu paru ostatnich lat zmianie o 180 stopni.

Jeśli sięgamy po literaturę fachową, to na ogół z zamiarem dowiedzenia się czegokolwiek – jest to tak oczywiste, że nie będę poniżał Was przykładami. Cały witz tkwi w tym, że nieświadomy niczego Dan^W^W^Wczytelnik sięga również po „literaturę motywacyjną” z chęci poznania jakiegoś „sedna”. Kupuje lub pobiera np. takiego „Bogatego ojca, biednego ojca” i zaczyna czytać z logicznym skądinąd [w końcu kupił literaturę fachową, nespa?] zamiarem znalezienia przepisu pt. „Jak ósmego marca w południowej Polsce zarobić 3 miliony złotych w 40 dni kalendarzowych – nazwiska, kontakty, adresy”. I amba, bo takich przepisów oczywiście nie znajdzie. I tutaj następuje podział czytelników na dwie grupy.

Pierwsza grupa odkłada książkę i idzie precz. Wypisując po drodze, że to teksty nastawione na robienie wody z mózgu naiwnych ludzi i robienie idiotów. Poniekąd mając rację – bo gotowców na money for nothing and chicks for free brak. A przecież miały być.

Druga grupa dostrzega – czasem dopiero po wielu latach, jak np. Wasz uniżony narrator – że nie o to kaman. Kaman o to, że – przynajmniej jak dla mnie – celem tych książek NIE JEST przekazanie wiedzy [przynajmniej w większej ich części], a uświadomienie oczywistości. Banalnych, głupich, oczywistych oczywistości, które w zasadzie każdy kojarzy jako truizmy, o których pisanie dezawuuje autorów, a o których czytanie dezawuuje czytelników.

Być może. Tyle, że dziwnym trafem gdzieś i z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu – zagonienie? brak refleksji? nieciągłość jakichś łańcuchów poznawczych [nie wiem, nie znam się, improwizuję]? – masa ludzi o tym SŁYSZY. Słyszy, rozumie i zapewne przytaknie w dyskusji. A jednak brak przełożenia na konkret, na działanie, na plan. A w tym wszystkim najważniejszy jest PLAN. Jakim cudem chcesz cokolwiek osiągnąć, jeśli NIE MASZ PLANU?

Ot, chociażby kwestia celów. Gdyby ktoś powiedział Ci, że żyjesz z dnia na dzień, bez wyraźnego celu i planu, zabrzmiałoby to cokolwiek obraźliwie, prawda? Sądzę, że nikt z PT Lurkerów nie zaprzeczyłby stwierdzeniu, że nieposiadanie celu w życiu źle świadczy o człowieku, prawda?

A jednak u sporej większości rzecz kończy się na przyswojeniu takich „fraz motywacyjnych” jedynie w sferze werbalnej. Akceptujemy takie stwierdzenia… i na tym się kończy. Bo taką dostałem robotę, bo tyle płacą, bo tyle mam wolnego wtedy a wtedy, bo znam język, bo nie znam języka, bo to potrafię, bo tamtego nie potrafię.

Brian Tracy, po którego miałem sięgnąć z chęci poczytania czegokolwiek jednego z najsłynniejszych chyba trenerów, a w sprawie którego szalę przeważył ustawicznie o nim blożący llawicki, popełnił „Plan lotu”. A w tej książce – proste ćwiczenie. Cytuję z pamięci, zapewne grubo przekłamując, chodzi o naczelną ideę, o której niżej.

  1. Weź kartkę papieru. Wszystko poniżej robisz w formie pisemnej! [Nawet jeśli nie wierzysz w te bzdury, co Ci szkodzi spróbować? – przyp. mój]
  2. Napisz na niej 10 celów, ku którym dążysz. Ważne: cele powinny być zapisane w mierzalnej i kwantyfikowalnej formie. Nie „chcę mieć firmę”, tylko np. „do końca grudnia przyszłego roku będę miał założoną działalność gospodarczą”. Nie „chcę zobaczyć Angkor Wat”, tylko „w pierwszej połowie lipca wybieram się zobaczyć Angkor Wat”.
  3. Z wypisanych w poprzednim punkcie zaznacz 3, które są dla Ciebie najważniejsze, realizacja których w zauważalny sposób poprawi Twoją jakość życia.
  4. Do każdego celu wypisz czynności / etapy, których realizacja pomoże Ci w jego osiągnięciu.
  5. Dla celu głównego określ jedną czynność, którą możesz wykonać W TEJ CHWILI [no dobrze… wystarczy dzisiaj do 24:00 – przyp. mój], której realizacja przybliży Cię do tego celu.
  6. Zrób to!

Chyba trudno o gorsze unaocznienie potrzeby tego typu książek. Ile celów udało Ci się wypisać? Nie „wymyśleć”. Nie „kurna, co ten trollero znów pisze”? Nie „wypiszę wieczorem”. Nie „LOL”. Ile udało Ci się wypisać TERAZ? Na leżącej przed Tobą kartce bądź w otwartym pliku w kompie. Konkretnie, w dających się skwantyfikować ramach – ilościowych, pieniężnych, czasowych, łotewa – z wyszczególnionymi, ściśle określonymi etapami i – co gorsza – sprecyzowanymi środkami jego realizacji. Czym / z czyją pomocą / z jaką ilością środków / zamierzasz realizować swoje cele. NA KARTCE PAPIERU. Mi wg powyższego udało się wypisać… cały jeden po parunastu godzinach wewnętrznej burzy mózgów. Poważnie. Nie jedno marzenie – takich mam ich całe mnóstwo, ale najwyraźniej dopóki ich nie doprecyzuję, nie wyjdą poza etap mrzonek. Jeden cel, który mógłbym skwantyfikować [a i to z biedą] i dodefiniować naprawdę precyzyjnie.

A Tobie? Dalej twierdzisz, że Twoje życie jest poukładane, celowe i podporządkowane realizacji planu przez wielkie P? A może udało Ci się wypisać owe dziesięć celów z precyzyjnymi etapami, terminarzem i środkami jego realizacji? Chylę czoła – ja nie znam nikogo takiego, nie wyłączając swojej osoby.

* * *

Czytajcie takie książki, powiadam. Dobre są, naprawdę. Ale tylko wtedy, kiedy zaakceptujecie fakt wewnętrznego nieakceptowania truizmów.

Michalski w „Krytyce Politycznej” o Rybińskim.

Tu, o. Doprawdy, pakowanie kogokolwiek wzorem Baader-Meinhof do bagażnika i płacz na tym samym wydechu, że z kimśtam „od nas” nie da się rozmawiać, to jest… to bezczelność jest. Po prostu. Zwykła, chamska i prostacka bezczelność złodzieja, wrzeszczącego „Okradli mnie!”. I pomyśleć, że dla co poniektórych tutaj KP jawi się jako matecznik opinii normalnych i wyważonych… Oczywiście szanujemy ich.

QOTE.

(…) I chociaż widzimy, że z jednej strony katastrofa pod Szczekocinami została wykorzystana wzorowo, aż do ostatniego okruszka, do ostatniej kropli krwi – to z drugiej strony została ona całkowicie i bezpowrotnie zmarnowana.

Mam oczywiście na myśli informacje o mieszkańcach pobliskich Chałupek i innych okolicznych miejscowości – że pospieszyli ofiarom katastrofy z ofiarną pomocą [chodzi pewnie np. o link#1, link#2 – przyp. torero]. To, że ta informacja jest całkowicie prawdziwa, niczego nie wyjaśnia, ani nie usprawiedliwia.

Wiadomo bowiem, że jeśli trzeba, to na poczekaniu tworzy się albo sławne „fakty prasowe”, albo tak zwane „wersje”, w których szczególnie wyspecjalizował się „światowej sławy historyk” Jan Tomasz Gross.

Gdyby na teren katastrofy ściągnąć albo jego, albo przynajmniej red. Annę Bikont z „Gazety Wyborczej”, to któreś razu by zauważyło, że mieszkańcy Chałupek oraz innych okolicznych miejscowości zbiegli się do wykolejonych pociągów, by obrabować zabitych i rannych pasażerów, a zwłaszcza – by bez znieczulenia powyrywać im złote zęby. [źródło]

Żona pijaka z ośmiorgiem dzieci.

W czerwonych dywagacjach na temat nieludzkości eksmisji [podobnie jak w innych duszoszczypatielnych opowieściach] bohaterami opowieści – przenoszonych później do „Uwagi” czy innych programów dla podkuchennych – są na ogół tytułowa żona bezrobotnego pijaka z ośmiorgiem dzieci, w ostateczności staruszka z jedną nogą. Czerwonym jest miło i ogólnie przyjemnie móc postawić się w roli obrońcy uciśnionych [rolę obrońców za cudze pieniądze opanowali wszak do perfekcji], toteż wklejanie takich linków brzmi w takich sytuacjach jak, excusez le mot, głośny pierd w towarzystwie. No ale nikt nie obiecywał, że będzie tu miło i ogólnie przyjemnie.

Deleguracja.

Trudno o lepszy przykład antystaranności, partactwa i zaciemniania prawa, niż ustawa deregulacyjna. Zamiast powykreślać odpowiednie zapisy w ramach jakiegoś pakietu nowelizacji, tworzą nową ustawę, no ale „fokus” pozwala przecież pokazać się w świetle lamp. Co następne, ustawa o upraszczaniu ustaw? Eeeee…