Złoty samorodek w kupie kompostu.

Poranna [joncl] lektura łonetowego forum, acz żadną razą nie stanowi mojego hobby, potrafi czasem błyskiem rozjaśnić mroki ignorancji. Cytata z pamięci.

– Nie wiem, czemu ludzie tak podniecają się tymi neutrinami. Przecież teorię względności rozumie jakiś ułamek populacji.
– Wyobraź sobie, że wsadzam swój palec do twojego nosa. W efekcie ja mam palec w nosie i ty masz palec w nosie. Na tym z grubsza polega teoria względności.

Viira 3 do rozdania. Za darmo.

Wskutek pewnego zbiegu okoliczności mam do rozdania za darmo pełną licencję Viiry, świetnego pakietu do GTD, pierwotnie opracowanego dla blackberry, ale aktualnie działającego również pod Androidem.

Detaliczna cena pakietu to 30 dolarów, dzisiaj torero daje Wam jedną licencję zupełnie za darmo, zupełnie bez zobowiązań, bez żadnych ukrytych opłat i niezobowiązującą absolutnie do niczego. Aby załapać się na tę pełną wersję, należy:

  1. być szczęśliwym użytkownikiem blackberry i orientować się w gtd – niestety klucz dotyczy TYLKO wersji jeżynkowej, więc nie bądź wiśnia i nie blokuj innych, jeśli blackberry w rodzinie ma najbliżej szwagier kuzyna kumpla, a właściwie to zaraz będzie miał, bo za osiem miesięcy zmienia umowę i chce kupić blackberry, bo to takie fajne i czarne,
  2. założyć bez zobowiązań konto na kartamobile.com
  3. odezwać się do mnie na torero siedzącym na jabster kropa pl z informacją o nazwie konta założonego w poprzednim punkcie,
  4. uzbroić się w cierpliwość – cała operacja może potrwać parę dni, a i u mnie z obecnością na jabberze różnie ostatnio bywa.

Do rozdania mam całą jedną licencję. Zastrzegam sobie prawo do arbitralnego wyboru licencjobiorcy. Kartamobile.com udostępnia wersję demo [ograniczenie 14dniowe + ograniczenie ilości zadań, projektów i kontekstów], można więc pobrać i przetestować tym bardziej, że licencjobiorcę – jeśli ktokolwiek w ogóle będzie zainteresowany – wybiorę pod koniec tygodnia albo i później.

Sam program to kanoniczna implementacja panaallenowego GTD [projekty, konteksty, inbox, tworzenie zadań z wiadomości i maili oraz liczenie całek oznaczonych] i narzędzie, bez którego nie wyobrażam sobie funkcjonowania od momentu, kiedy moja e71 odeszła do Krainy Wiecznego Upgrade’u, polecam z całych sił. Występuje w dwóch smakach [Viira solo oraz Viira Outlook Suite aka VOS – do rozdania mam tylko licencję na pierwszy smak]. Może nawet kiedyś go tutaj opiszę… buahahahaha.

Bez orzełka.

W zalewie komentarzy, tyczących się wczorajszej prezentacji strojów piłkarskiej reprezentacji Polski bez orzełka wyłowiłem, co następuje:

Na koszulkach piłkarzy, zgodnie z zaleceniami Unii Europejskiej [podkreślenie moje – torero], nie ma już orzełka – polskiego godła narodowego!

Związek państw, powiadacie? Federacja krajów, powiadacie? A może jednak tworzące się superpaństwo?

Ścinki – appendix optymistyczny.

Przed momentem przypomniałem sobie, że z poprzedniego wpisu uciekła mi rzecz, dla której w zasadzie chciałem go popełnić. Myślę, że dla wszystkich będzie lepiej, jeśli finalne nieumieszczenie jej wytłumaczymy sobie razem moją niechęcią do tworzenia oberdługich wpisów, skleroza byłaby dla mnie wytłumaczeniem nieco obelżywym.

Otóż parę dni temu natknąłem się byłem na moje stare, za przeproszeniem, wiersze i piosenki. Za[d]rżałem. Formalnie i estetycznie to porażka, więc nie liczcie na wrzuty, idzie o coś innego.

Treść. Dacie wiarę, że Wasz uniżony narrator kleił mowę wiązaną o tolerancji, prawach człowieka i demokracji? Poważnie, pisałem wiersze na temat niezrozumienia wobec myślących inaczej [pun intended], lecących kamieniach i takich tam. Zatrważające, ale – jak widać – wyszedłem w końcu na ludzi.

Tę ekshibicjonistyczną mininotkę popełniam dlatego, że pogoda przyjemna, więc i w neta należałoby wlać nieco optymizmu. Jeśli więc na swojej drodze w necie bądź realu spotkacie ….., ….. bądź …….., nie porzucajcie nadziei – wspomnijcie mój przykład, uśmiechnijcie się do syna marnotrawnego, wytłumaczcie mu jego błędy, a za paręnaście lat ziarno rzucone dzisiaj na żyzną glebę przyniesie plon stokrotny. Howgh!

Ścinki.

Ścinki coraz rzadsze, znaczy moja natura staje się coraz bardziej uporządkowana. Pfrrrhahahahaha!…

* * *

Przeczytani wreszcie „Nędznicy”. Uch. Książka wspaniała – choć gdybym przedzierał się przez nią parę miesięcy – shame on me! – jakieś parę lat temu, zestawienie jej oceny i czasu lektury stanowiłoby niepogadzalną sprzeczność wewnętrzną. Pisałem już, że się starzeję się?

Książkę należy czytać z kluczem. Hadko howoryty, ale klucz polega na zastosowaniu wobec niektórych a sporych fragmentów powieści metody [nie mojej] wczesnoszkolnej, stosowanej wobec opisów przyrody. Delikatnie pomijamy, nie czyniąc sobie z tego powodu żadnych wyrzutów; kto przebrnął, ten wie, o czym mówię. Dla reszty wyjaśnienie: książka zawiera kilka, ale za to parudziesięciostronicowych [sic!] dygresji – dygresji wg mnie, wg oficjalnych interpretacji to właśnie wątek stanowi jedynie tło dla opisu Francji czasów rewolucji i porewolucyjnych. Pół biedy zresztą, kiedy owe perory dotyczą np. Waterloo czy [kolejnych] rewolucji, w tych przypadkach owe kilkudziesięciostronicowe passusy można czytać „for educational purposes”. Ale umieszczona w drugiej części fascynująca opowieść [jak najbardziej współgrająca z akcją] o historii powstawania paryskich kanałów ściekowych? I tak przez parędziesiąt minut lektury? Dla kogoś, kto w Paryżu był cały jeden raz, nie znając języka, a kulturę tak o, i dla kogo topografie miejscówek zajedno mogłyby opisywać np. Londyn? Litości, panie Hugo…

Wyjaśniwszy sobie techniczne przygotowania do lektury, skupić się można wreszcie na książce per se. A jest ona doskonała. Ponapoleońska Francja, brud, smród, ubóstwo, krzaki i wilkołaki. W jakimś [memoria fragilis est…] miasteczku zjawia się biskup, personifikujący ewangeliczne ubóstwo i miłość bliźniego. Któregoś dnia na plebanii zjawia się zbiegły galernik, Jan Valjean, w zamiarach niedwuznacznie dobrych inaczej…

Jak wspomniałem, książka jest doskonała. I może nawet w moim homeopatycznym oglądaniu TV tego oglądania jest za dużo, może widzenie świata, z którym polemizuję, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością [podobnie jak feministyczna opozycja wobec masowej – ich zdaniem – dominacji Panów i Władców w domu i zagrodzie, połączonej z takoż masowym dialogiem za pomocą sznura od żelazka i traktowaniem płci pięknej nieledwie niewolniczo], ale książkę ukochałem za pokazanie niezmienności natury ludzkiej i onelinerowe jej diagnozy, funkcjonujące na zasadzie rodzynek w smakowitym cieście. Bo – jak wspomniałem – wizja, z którą polemizuję, zakłada nieustający marsz ludzkości ku lepszemu. A Hugo pokazuje, że nie tylko war never changes, ale ludzie either. Kanalie pozostaną kanaliami, świat nie jest zepsuty do końca, ludzie zawsze będą lecieć na lep idei, mądrych lub mniej mądrych, a ojcowie się starzeją i kiedyś przestaną być całym światem dla swoich córek. Wamać, tego no… nieważne. No i wszędzie zdarzają się wyjątki. Piękny, naprawdę piękny opis natury ludzkiej, czasów, które jak uczy wieszcz, są zawsze przejściowe, przekroju społecznego… mogę tak długo, ale sięgnijcie po tę książkę sami, pamiętajcie tylko o przydługich passusach. Polecam ją przede wszystkim Y., który sam mi ją zarekomendował, a potem nie skończył, dzieląc notabene los innych moich znajomych, którzy mają ją na liście todo od czasów licealnych, sami będąc dawno po studiach 🙂

* * *

Obejrzany panacarpenterowy „Oddział”. Poza arcyzjawiskową Amber Heard – nieszczególny siakiś.

* * *

Po „Nędznikach” z radością stanąłem przed półeczką z książkami, gdzie licznik niedoczytanych pokazuje już jakoś grubo ponad 50. Stanąłem, po czym wybrałem zaczytaną już chyba wielokrotnie panagrzędowiczową „Księgę jesiennych demonów”. Czysta przyjemność, czysta rewelacja. Nawet, jeśli bohaterowie podczytują w tle „Gazetę Wyborczą”.

* * *

Obejrzane „Łowca jeleni” [cicho tam!] i „Liga niezwykłych dżentelmenów”. Recenzji pierwszego nie będzie, nie chcąc ubliżać Waszej znajomości klasyki, druga… jest filmem ciekawym, choć z mocno imo zmarnowanym potencjałem. Steampunkowa historia, w której dla ratowania świata spotykają się Sean Connery, Kapitan Nemo, Dorian Gray, niewidzialny człowiek i parę innych indywiduów, zaczyna z wysokiego C, a kończy… może niekoniecznie w rejestrach basowych, ale z pewnością nie jest to tenor. Warto obejrzeć, ale jak dla mnie niedoścignionym mistrzem gatunku pozostaje „Wild Wild West”. Choć prawdę rzekłszy niedoścignionym nie z racji poziomu arcydzieła, ile wskutek nieszczególnie starającej się konkurencji.

* * *

Wszystko generalnie niedługo rypnie, aż pójdą drzazgi, czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy. Bez dwóch zdań – nie wiadomo tylko, kiedy i czym to się skończy; czy tylko ten patologiczny system wypieprzy się do góry kołami, czy nocą kolbami w drzwi załomocą; zapewne są twierdzący inaczej… oczywiście szanujemy ich. O Har-Magedonie ćwierkają już wszak nawet nie pojedyncze ptaszęta, ale całe, calusieńkie stada wróbelków [cholerni eurosceptycy z ostatniego linku btw., nie?]. W zasadzie cieszyłoby mnie to… gdyby nie to, że wciąż nie mam Planu. Mniejsza nawet o wiedzę, naprawdę – nie kończyłem MBA, ale nauczyłem się również, że o ile w grę nie wchodzi wiedza wysoce specjalistyczna, całą resztę można ogarnąć, często metodą prób i błędów. Ale moja zasadnicza wada – monstrualna [choć inni i tak mają gorzej] trudność przejścia z planów do działania – pozostaje. I to mnie martwi, bo czasu [i niezwiązanych środków] naprawdę mało…

* * *

Ku mojemu zdumieniu do „przegranych” gier doszedł niedawno [wreszcie]… DIRT. Ani to mój ulubiony gatunek, ani czasu specjalnie nie ma… Gdyby przyjrzeć się bardziej, przyczyn znalazłoby się jednak kilka: żal niewykorzystanej zabawki [niewykorzystanej do końca tak czy śmak… ręczna skrzynia biegów ze sprzęgłem czy pełny obrót są zdecydowanie ponad mój próg podnoszenia komputerowych kwalifikacji zawodowych…], starannie kultywowany kategoryczny imperatyw kończenia rzeczy już rozpoczętych, możliwość odstresowania się czy płynnie zrobiony system możliwości obserwacji swoich postępów – na najwyższym poziomie nie zagrałem co prawda ani razu, ale za to wyścigi nie do przejścia podczas prób po kilkudziesięciu minutach przechodziłem parę oczek wyżej. I nie wiem, co teraz – gier tanich jak barszcz zalega już cała półka, parę wieczorów znów spędzę pewnie na planowaniu średniego okresu.

* * *

Nadmierne teoretyzowanie i niemożność praktycznej realizacji planów zaczyna przybierać formę patologiczno – karykaturalną. Co mogę zrobić, odkładam, jak tylko się da. A co chciałbym zrobić – muszę odkładać ze względu na obecność osób trzecich na mojej ścieżce krytycznej. Ale może to tylko jesień.

* * *

Jaki masz plan na nadchodzące czasy przejściowe?…