Bajzel na kartkach, bajzel na umyśle.

Nie jestem typem fanatyka porządku, przyznaję, raczej wprost przeciwnie. Ale krew mnie zalewa, gdy widzę odchodzenie od zeszytów. Zaczęło się to chyba na fali jakiegoś chorego umysłu, któremu zeszyty kojarzyły się ze szkolnym drylem, a jako takie stanowiły definicyjny przykład wroga nauki lekkiej, łatwej i przyjemnej. Efekt? Dla dzieci żałosny. Zamiast wszędzie prowadzić zeszyty, co nie tylko systematyzuje tok lekcji, ale i uczy pewnego rodzaju porządku [hahahaha!…], przynosi teraz ze szkoły tony kserówek, walających się po domu w miejscach losowych, zajmujących o wiele więcej miejsca i z utrzymaniem dyscypliny myślowej nie mających nic a nic wspólnego.

Ma to również swoje strony praktyczne. Szybka piłka – z czego łatwiej powtarzać lekcje językowe – z prowadzonego porządnie zeszytu, gdzie przerabiany materiał ma swoje odbicie w zapisie zeszytowym na dwóch w miarę sensownie zapisanych stronach, czy z pięćdziesięciu kartek A4 [zeszyt jest o połowę mniejszy], gdzie na każdej kartce są maks. 3-4 słówka w miejscach dowolnych, a same kartki walają się po całym domu? Chore nawyki są tak zakorzenione, że pomimo [pozornego] wyegzekwowania u nauczycielki gonienia Forka do prowadzenia zapisów w zeszycie i tak widzę tam wciąż jakieś chmurki, strzałki i inne pierdółki. Nie znajduję sensownego uzasadnienia, powiadam, do prowadzenia notatek innych, niż w zwartej, sensownej, uporządkowanej formie.

Zresztą to samo – z sukcesem – zmieniłem u siebie na biurku. Dawniej – góra kartek [wykorzystanych notabene w bardzo małym stopniu, co na to ekonazi?…] i każdorazowe odgrywanie Indy’ego Jonesa przy próbie dokopania się do czegokolwiek. A teraz – zabazgrany moimi kulfonami zeszyt, notatki z każdego spotkania pooddzielane poziomą kreską, żyć nie umierać.

A może o to chodzi? Może bajzel i ogólne „nieskrępowanie”, wsparte burdelem stricte edukacyjnym [kultura testów, nauka bezstresowa i takie tam] mają przekładać się na chaos myślowy, niezbędny dla wsobnego chowu ciemnej masy elektoralnej? Twardych dowodów oczywiście brak, ale wcale bym się nie zdziwił, jakby gdyby.

Naprawdę żywię empatię względem biurkowego bajzlu, sam takowy posiadam. Ale kultu karteczek i śmierci zeszytów nie zrozumiem za cholerę.

21 thoughts on “Bajzel na kartkach, bajzel na umyśle.

  1. @pecet: jasne, najlepiej, żeby zupełnie zapomniały jak odręcznie coś napisać, a błędy będzie im poprawiał edytor. Kolejne pokolenie normalnych inaczej.

    @remiq: nie ma nic lepszego niż zapamiętywanie poprzez pisanie. Ja praktycznie w momencie skończenia pisania notki, nie musiałem jej powtarzać na sprawdzian. Po za tym dobrze napisana notka zawsze była w cenie. Można było za to dostać kupę cukierków.

    Lubię to

  2. Przypomina mi to dawne dyskusje o wojsku „W wojsku trzeba być, bo nie jest się mężczyzną” ;-).
    Metod zapamiętywania jest masa. A to co wymusza szkoła jest akurat najmniej skuteczne.

    Lubię to

  3. @pecet: prawda, najpierw pisma nie było i społeczeństwo było głupie, potem pojawiło się pismo i ludzie zaczęli mądrzeć. Teraz pismo zanika, tak jak zanikają ksiażki i znowu ludzkość zaczyna głupieć. Wystarczy rozejżeć się dookoła by się o tym przekonać.

    Lubię to

  4. ORLY? Jakoś nie zauważyłem żeby ludzie głupieli, wręcz przeciwnie w czasach gdy byli wg. ciebie mądrzy odbywały się wojny które są przejawem debilizmu własnie, teraz ich nie ma, bo zmądrzeliśmy.

    Lubię to

  5. Nie znajduję sensownego uzasadnienia, powiadam, do prowadzenia notatek innych, niż w zwartej, sensownej, uporządkowanej formie.

    Ludzki mózg nie działa w formie zwartej, uporządkowanej czy nawet sensownej formie. Poczytaj o mapach myśli. Albo ogólnie o działaniu pamięci.
    Oczywiście nie pochwalam tutaj jakiegoś bałaganu z kserówkami, ale jak dla mnie zmuszanie uczniów do prowadzenia „zwartych” notatek jest przegięciem w drugą stronę. Dla przykładu: na studiach nikt ci zeszytu nie sprawdza, sam możesz sobie co najwyżej pluć w brodę, że czegoś nie umiesz znaleźć.

    Lubię to

  6. Ludzki mózg nie działa w formie zwartej, uporządkowanej czy nawet sensownej formie.

    Niech po wsze czasy jako dowód mojego opanowania i samokontroli pozostanie w internetach fakt braku umieszczenia tutaj komentarza do ostatniej części poprzedniego zdania. Howgh!

    Poczytaj o mapach myśli. Albo ogólnie o działaniu pamięci.

    A próbowałeś przy pomocy mapy myśli zaprojektować jakikolwiek algorytm? Albo napisać artykuł naukowy w takiej formie? Podziel się efektami.

    Wiesz, korzystałem nawet z FreeMind. I chyba jestem jakiś ponadprzeciętnie liniowy, bo wytrzymałem z nim całe pół dnia.

    Dla przykładu: na studiach nikt ci zeszytu nie sprawdza, sam możesz sobie co najwyżej pluć w brodę, że czegoś nie umiesz znaleźć.

    No to wybierz jakiś inny przykład, bo ja pisałem o osobach na nieco innym poziomie rozwoju i przyswajających wiedzę jakby innego rodzaju. Zaraz zapewne uznasz opisywanie liniowego strumienia informacji chmurą tagów czy czymśtam jeszcze za coś najnormalniejszego pod słońcem, ale jednak pozostanę przy swoim zdaniu i mocno liniowych notatkach.

    Lubię to

  7. Oj tam, wszystko jest kwestią indywidualnych preferencji i może też czasem charakteru problemu. U mnie w pracy jeden gość w pokoju oblepia monitor i okolice karteczkami, drugi smaruje wszystko w zeszycie, ja robię zapiski w formie drzewka w pliku tekstowym i żaden z nas ani myśli zmieniać metody, a wszyscy wykonujemy taką samą pracę. Nie wiem, o co tu się kłócić.

    Lubię to

  8. Niech po wsze czasy jako dowód mojego opanowania (…)

    A przeczytałeś moją wypowiedź dalej? To zrób to.

    A próbowałeś przy pomocy mapy myśli zaprojektować jakikolwiek algorytm? Albo napisać artykuł naukowy w takiej formie? Podziel się efektami.

    Zawsze tak robię. Zawsze działa. Ty też tak robisz, tyle, że nie jesteś tego świadom.

    Wiesz, korzystałem nawet z FreeMind. I chyba jestem jakiś ponadprzeciętnie liniowy, bo wytrzymałem z nim całe pół dnia.

    Jak wspomniałem, czy chcesz czy nie, umysł (tak, twój wspaniały i uporządkowany też) opiera się na skojarzeniach. To, że nauczyłeś się i przywykłeś już do jakiegoś konkretnego sposobu pracy, czy zapisu, to kwestia indywidualna.

    Zaraz zapewne uznasz opisywanie liniowego strumienia informacji chmurą tagów (…)

    Pudło! Czas na sepuku. Żartowałem.
    Na zakończenie popieram Cichego.

    Lubię to

  9. Dyskusja zeszła trochę z tematu – czas ją naprostować. Zdaje się, że jestem (czy raczej byłem) uczniem czasów przełomu w omawianej materii. Kiedy chodziłem do gimnazjum, kserówki były jeszcze rzadkością, natomiast kiedy poszedłem do liceum, nagle zalały mnie wysoką falą. I krew razem z nimi. Ciągle się gubiły, a zeszyt, z którego przywykłem się uczyć świecił pustkami. Jednocześnie w późniejszym życiu przez kilka tygodni byłem nauczycielem, więc mogę spojrzeć na problem i od tej strony.

    Od tej ostatniej kserówki są rzeczą szalenie wygodną. Zdecydowanie przyspieszają proces notowania, który podczas lekcji zawsze (choćby nie wiem co nie wymyślać) trwa za długo. Zwłaszcza podczas lekcji 45-minutowej po prostu nie ma na to czasu. Co więcej takiej kserówki rozdanej wszystkim uczniom bardzo ułatwia omówienie problemu, który wymaga ilustracji. Nie ma już potrzeby rysowania na tablicy, którą można wykorzystać do czego innego; rysunek jest schludniejszy i czytelniejszy, a nadto uczeń może zabrać go do domu i nie musi nic przepisywać. Słowem z perspektywy nauczyciela – same zalety. Nic dziwnego, że tak zawrotną karierę kserówki zrobiły.

    Nieco inaczej to wygląda od ławki strony. Jak już ktoś słusznie zauważył, to co samodzielnie zapisane, najlepiej zapamiętane. Przynajmniej ogromna większość z nas tak ma. Kiedy byłem w I klasie liceum, kserówki rządziły lekcjami biologii. Nic z nich nie pamiętam. Moja wiedza biologiczna ogranicza się właściwie do wyniesionej z podstawówki. Do tego wady opisane przez Torero.

    Siłą przyzwyczajenia na studiach zawsze robiłem notatki własnoręcznie, liniowo i w zeszycie. Od czasu do czasu pojawiał się jakiś diagram, czy schemat klasyfikacyjny albo tabela. Poza tym tekst, tekst i jeszcze raz tekst. Doskonały efekt to dawało na wykładach z historii, gdzie notatka podążająca za narracją wykładowcy przekształcała się w niezłą opowiastkę z wplatanymi tu i tam przeważnie tylko dla mnie zrozumiałymi żartami i aluzjami, które też doskonale ułatwiały zapamiętywanie. Te płody były dość rozchwytywane, nie chwaląc się, więc nie tylko mnie dobrze służyły. A ja? Pamiętam na oko jakieś 50-60% z tego bez żadnego powtarzania.

    Lubię to

  10. @pecet: komp nie komp, jeśli jakoś się tego nie usystematyzuje, wszystko robi się OKDP. Zeszyt ma tę funkcjonalność OOTB, ksera nie mają. Komp… dobrz, komp ma częściowo. Ale obiły mi się gdzieś o uszy badania wykazujące korelację między równym pismem ręcznym a bliżej niepomnymi dobrymi cechami charakteru.

    @Cichy: oczywiście masz rację, wszystko zależy od natury problemu. Ale nie łudźmy się, większość ludzi NIE MA pracy stricte kreatywnej i wszystko z czasem zmienia się w liniową rutynę. Polscy emigranci na Zachodzie po komunistycznej szkole nie mieli na ogół nigdzie problemów z kreatywnością i wszędzie byli uznawani za złote rączki i ludzi o olbrzymich horyzontach, za to odwrotnie i owszem – jeśli u młodych [wychowanych na strzępkach informacji właśnie] z czymś teraz jest problem, to z konsekwencją ciągu myślowego i porządkiem właśnie. Nie mówiąc o jakości wiedzy per se, no ale to zupełnie inny problem.

    Posunąłbym się nawet do stwierdzenia, że pieron jeden wie, czy jedną z przyczyn np. takiego ADHD – poza np. dynamicznymi kreskówkami – nie jest właśnie taki sposób przyswajania wiedzy, gdzie pętak nie ma porządku nawet na kartce, tylko skacze wzrokiem tu i tam. W zasadzie nauka i wdrażanie dyscypliny myślowej zanikła już zupełnie – program matematyki w strzępach, logiki prawie brak, w TV wspomniane kreskówki, w zeszytach bajzel, a do tego wszystkiego dochodzi jeszcze fragmentaryczna percepcja tekstów… I zastanawiam się, czy pogląd, w myśl którego „ADHD było zawsze, tylko wyganiano go rózgą albo ignorowano” nie jest przypadkiem tylko frazesem, ukrywającym istotniejsze przyczyny tego zjawiska.

    Owszem, zalety „swobodnej myśli” podkreśla nawet np. Allen [twórca GTD]. Tyle że primo z własnego wieloletniego doświadczenia mogę powiedzieć, że nie ma róży bez kolców – skutkiem ubocznym owej jest często nieprzyjemna sytuacja, gdy np. umysł uwolniony od rozróżnienia pracy i czasu wolnego włącza się „pracowo” również w czasie wolnym, co nie bywa przyjemne. A secundo – nawet Allen pomimo pochwały „wolnego umysłu” jako jeden z punktów dobrego systemu GTD wyróżnia dobrze opisane archiwum, a to w wizjach, preferujących swobodę nauki nade wszystko, można policzyć na palcach jednej ręki trędowatego, bo przecież ma być bezstresowo i nie wolno zniechęcać szczawiu gonieniem go do porządków 😉

    @Drax: i oszczędność miejsca. W nauce zeszytowej do sprawdzenia lekcji dziecka wystarczą dwa stołki i stół. W „kserowej” – jakieś 6m2 mieszkania 😉

    Lubię to

  11. To nie wina karteczek jako sposobu zapisu informacji tylko ludzi, którzy chyba nie do końca zrozumieli jak takie coś ma działać.

    Dla przykładu: do wszystkich „kartkówek” (tak nazywaliśmy godzinne sprawdzenie z wiadomości z materiału przygotowawczego na pracowni) i „kolokwiów” (tak nazywaliśmy półroczne sprawdzenie tych wiadomości razem z praktycznym ich wykorzystaniem) uczyłem się właśnie z kartek. Nie z gotowców zawalonych informacjami tylko z własnych, starannie opracowanych kartek, przygotowanie których zajmowało mi zazwyczaj około 1-1.5h / strona.
    Takie kartki były posegregowane wg. działów, każdy dział miał jedną kartkę ze skompresowanymi, pogrupowanymi informacjami, podkreśleniami i pogrubieniami w odpowiednich miejscach i uproszczonymi niektórymi faktami do formy prostych piktogramów, map myśli lub skojarzeń.

    Dzięki wypracowaniu takiego, a nie innego systemu nauki byliśmy w stanie z kolegami nauczyć się materiału z niekiedy 50-60 stron A4 w jedną noc, bez żadnych magicznych białych specyfików czy innych dziwnych wspomagaczy. Ludzie, którzy uczyli się z zeszytów dzielili się na tych, którzy wkuwali strony na pamięć ucząc się „na blachę” i bez zrozumienia, tych, którzy czytali całość ciurkiem kilkanaście razy licząc, że coś tam zostanie i tych, którzy skakali jak pojebani między kartkami, bo część działów miała elementy wspólne i trzeba było sobie to co chwilę przypominać (pamiętając przy tym gdzie dany element wspólny wcześniej się znajdował). Strata czasu, energii i mózgu 😉

    A twój fork niech przestanie się opier… i zrobi to, o co go pani w szkole prosiła, bo nie wierzę, żeby dzieci nie dostały przykazania założenia segregatora na te wszystkie karteluszki. My też kiedyśtam tak mieliśmy i takowe przykazanie dostaliśmy. Tyle, że 90% z nas to olało 😉

    Lubię to

  12. Jest różnica między samodzielnie przygotowaną notatką zbierającą w skrótowy sposób całość materiału z danej lekcji, czy działu, a luźną kartką z ćwiczeniami lub tekstem (w przypadku języka), z której ostatecznie do zapamiętania są 2-3 linijki lub słówka. Zdaje się, że od początku rozmawiamy tu o tych ostatnich. Co do segregatorów – to już całkiem inna bajka. Jeżeli posiada się w segregatorze notatki takie, jak te opisane przez Ciebie, to będzie to właściwie to samo, co zeszyt. Ale nie powiązane ze sobą lub luźno tylko powiązane karteluszki z ćwiczeniami nawet w złoconym i grawerowanym segregatorze zeszytu nie zastąpią.

    Kserówki mają jeszcze i tę wadę, że nie uczą dzieci samodzielnego notowania, co jest umiejętnością szalenie przydatną niezależnie od tego, czy potem będzie się do tego używać ołówka, tabletu, czy Bóg jeden wie, co tam jeszcze wymyślą.

    Lubię to

  13. W ogóle, to całe objawienia autora, jawi mi się jako takie narzekanie starców: „za moich czasów było lepiej”. Albo: „ta dzisiejsza młodzież”…
    Najbardziej bawi mnie, jak to właśnie niedawni gimnazjaliści narzekają na kolejne pokolenie. Naprawdę wątpię, żebyś uzdrowił bolączki tego świata sprowadzając zeszyty do szkół.
    A, i chyba nikt nie wspomniał, o tym amerykańskim stanie, gdzie już nie uczy się pisać ręcznie.

    Lubię to

  14. Jeśli chodzi o kserówki… W szkołach to pewnie nie ma szans tak działać, ale miałem niedawno świetne zajęcia językowe, na których prowadzący korzystał z kserówek na zasadzie: „Nic nie notować, wszystko będzie w materiałach”… po czym dawał nam taki wycisk (wcisk do pamięci), że po kilku tygodniach słówka wracały podczas spaceru po mieście. A moja chłonność była nieszczególna, bo robiłem dwa kursy intensywne jednocześnie, śpiąc po jakieś 5h na dobę.

    Lubię to

  15. Bardzo fajny temat.
    Należę do osób, które wszystko miały idealnie zapisane w zeszycie, łącznie z podkreśleniami tego, co ważne, z podziałem na kolory (definicje na zielono, to co się przyda na testach na czerwono, itd), ciekawostki zapisywałam na marginesie itd. Jestem cholerną bałaganiarą, ale jeżeli chodzi o notowanie – byłam skrupulatna do przesady. To się przekładało na oceny, bo od gimnazjum uczyłam się jak studentka – pod koniec semestru. Jednak oceny mało kiedy spadały do 3, przeważnie balansowałam około 4, jakby przysiąść do nauki to pewnie i 5 by częściej się zdarzało.
    I co mi to dało oprócz dobrych wyników i większej ilości czasu wolnego? 🙂 Bardzo wiele
    1. Do dzisiejszego dnia WSZYSTKIE informacje które znajdę w internecie mam gdzieś zapisane. Do każdej informacji dotrę w parę chwil. To świetna sprawa.
    2. W pracy szalenie przydatne przyzwyczajenie. Zwłaszcza, że co raz mi się regulaminy zmieniają. Mam jeden plik ze ściągami w excelu, podzielony na pare arkuszy, zamiast się przekopywać przez regulaminy po pare razy, to jak coś się zmieni, to aktualizuję ściągę. Wszyscy pracownicy z moich ‚notatek’ korzystają.
    3. Springpadit.com – bardzo fajny notatnik z dostępną wersją offline na androida oraz z wtyczką do chrome – marzenie:)
    4. Na mailu mam permanentny porządek z masą kategorii i regularnie kasowanymi rzeczami nieprzydatnymi
    5. Superregularnie prowadzony kalendarz
    Brzmi może jak paranoiczna potrzeba notowania wszystkiego (i może faktycznie tak jest;)) jednak to czyni moje zycie uporzadkowanym, i w przypadku potrzeby znalezienia CZEGOKOLWIEK wszystko mam pod ręką. Dla mnie marzenie:)

    Uważam jednak, że kserówki to głupota, powinny być zastąpione PDFami i tabletami. Zamiast PDFow przydaloby sie cos specjalnie przeznaczonego do prowadzenia klasycznych ‚zeszytow z kserowkami’ i tam powinny byc wrzucane podreczniki w formie elektronicznej. Plus do tego standardowy zeszyt (bo takiej matematyki nie widze na tablecie:))
    Wszystko w jednym miejscu, uporzadkowane, a i drzew nie szkoda;)
    pozdrawiam

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s