Jest nieźle.

Runda dokoła Błoń, pierwszy raz od… hohoho, chyba od siedmiu lat? 25’20” – wynik taki o, rzekłbym: referencyjny, ale uzyskany bez kolki i w zasadzie na bezproblemowych nogach. Tylko potem po nocnej pobudce zasnąć hadko. A może to zbieg okoliczności?

I – nie, nie biegam w butach do squasha.

Moja siatka.

W weekend zacząłem zastanawiać się, na ile w moim przypadku słuszne jest twierdzenie o max. 5 „ogniwach pośrednich”, łączących mnie z dowolną osobą na świecie. Guglać za samą teorią nie chce mi się, zresztą słyszał o niej już chyba każdy, a z tego, co wiem, nie do końca jest dodefiniowane chyba „ogniwo pośrednie” [osoba, którą uważamy za przyjaciela? Ktoś, czyje imię znamy – i vice versa?] Założywszy jednak, iż tym ogniwem jest osoba, o której jesteśmy w stanie powiedzieć cokolwiek [bez asysty] i którą znamy bez przedstawiania [wszystko koniecznie vice versa], zrobiłem miniprzegląd, którego efekty wyglądają niezgorzej. Wyszło mi bowiem, iż do grona znajomych mogę zaliczyć paru wielkich [albo przynajmniej głośnych] tego świata, takich jak [w nawiasie prawdopodobna liczba „ogniw pośrednich”, oparta na możliwie najbardziej realnych przesłankach, o jakich wiem]:

  • Barack Obama (3)
  • J. Św. Benedykt XVI (2)
  • Adam Michnik (1)
  • lcamtuf (1)
  • członkowie rządu RP (2)
  • Włodzimierz Putin (2-3)
  • Franciszek Smuda (2)

Działa? Jeszcze jak!…

Od teraz również w Waszym przypadku! Wystarczy tylko na ogół liczbę ogniw pośrednich powiększyć każdorazowo o 1.

Wszechobecna podejrzliwość.

Ledwie biednemu i zaryczanemu Forkowi Młodszemu obeschły łzy na buzi po pójściu do przedszkola, a już biedactwo dopadło jakieś uczulenie. Tak orzekł lekarz wraz ze stwierdzeniem, że malec może chodzić do przedszkola, grono zostało poinformowane. A jakaś matka zadziałała po projekcji, wymyśliła sobie, że do przedszkola ładujemy dziecko z galopującą ospą i zażądała zaświadczenia od lekarza, że dziecko jest zdrowe i może chodzić. Zaświadczenie oczywiście przedstawiliśmy, Fork wrócił, hyr na matkę.

Nie podoba mi się jej gęba. Bardzo mi się nie podoba. Prawdopodobnie widziałem ją na jakimś liście gończym podczas przeglądania stron z wystawionymi ENA. Intensywnie zamyślam nad zażądaniem od pani zaświadczenia o niekaralności z CRS nie starszego, niż dwudniowe.

The poor stay poor, the rich get rich, czyli torero kupuje buty do squasha.

Duże centrum handlowe w prężnym ośrodku akademickim, gdzieś w południowej Polsce. Godziny definitywnie pozaszczytowe, co w zasadzie ma znaczenie. Wasz uniżony narrator próbuje nabyć wzmiankowany obuw, albowiem na przedostatnim wejściu pogonili go – dosłownie – w skarpetkach [przyczepność niezgorsza, ale przyspieszenie siakieś nieszczególne]. Swoją drogą jakim cudem czarne adidaski jednego parkietu nie rysują, a drugi i owszem, pozostanie dla mnie zagadką. No ale mniejsza.

Sklep pierwszy. Ekspedientki, sztuk trzy. Ja. Pierwsza ekspedientka z telefonem wywalonym na ladę omawia jakieś dostawy lub czasopisma. Druga – porządkuje sterty ubrań. Trzecia – błąka się. Gdyby ktoś szukał pracy w sklepie, dam adres, najwyraźniej szukają czwartej osoby do obsługi klienta. Wyszłem [blisko, bo na korytarz, kto się przyczepi, ten sigvatr albo nie zna Bałtroczyka].

Sklep drugi. Łubudubu, łubudubu. Joł. Zdecydowanie nie jestem targetem. I – sądząc po pustkach – nikt nie jest. Całe szczęście, że wzmiankowane łubudubu leciało stereo, bo przy przekazie monofonicznym mózg wypłynąłby mi stroną przeciwpołożną wskutek różnicy ciśnień. Wyszłem.

Sklep trzeci. Na regałach, o dziwo, buty. Sprzedawca, o dziwo, przszdł; też miał blisko. I o dziwo zagadał. Asortyment sprawił wrażenie mocno monotematycznego, no ale zagadałem. W sklepie obuwniczym z obuwiem sportowem, mającym jakieś 50m2, hali sprzedawca nie miał butów do squasha – jak się później dowiedziałem się, wystarczyło zaproponować buty do gry w hali, no ale tu nie ja sprzedaję obuwie, do kroćset. Sprzedawca przymilnie się uśmiechnął się i przekierował mnie na przeciwpołożny /dev/intersport. Wyszłem.

/dev/Intersport tu kończy się moja narracja i pomysłowość. Obuw zanabyłem, sprzedawca kompetentny a cierpliwy się znalazł się, pogadał, poszukał, pomierzył, bohater poszedł na squasha, grało mu się świetnie, pojął księżniczkę za żonę i ja tam byłem, miód i wino piłem, a com wypił i zagryzł, w WC umieściłem.

A niedługo znów przeczytam pewnie jakiś dramatyczny list, w którym całą sytuację i zwolnienia zwala się – w zależności od opcji politycznej – albo na wraże koncerny i korporacjonizm, albo na wykupywanie Polski przez obcy kapitał. Śnijcie dalej, misiaczki.

QOTD.

Revolution. It’s a funny word when you think about it. In political terms, ‘revolution’ conjures images of heroes battling tyrants, of all-out forcible insurrection in the name of freedom and change.

From a celestial perspective, however, ‘revolution’ denotes one complete orbit of a planetary body around its center, as in the earth’s revolution around the sun. In other words, after a revolution, you end up right back where you started. [Źródło]

Chiński cyrk, czyli wakacje z agentem.

Wychodząc naprzeciw tendencjom globalizacyjnym chcę zapisać Forka na chiński. I żeby było przyjemniej i na moich warunkach, chcę zorganizować grupę. I tu zonk. Jedna kwęka, bo bardziej się jej podoba hombre, niźli 男. Rodzice drugiej zdali sobie właśnie sprawę z wyścigu szczurów i pomimo odsyłania ichniejszego Forka na zajęcia dodatkowe każdego dnia zabrakło im czasu akurat na [bliżej jeszcze nieokreślony terminowo] kurs. Trzecia ma poważne problemy ze zdrowiem, co akurat jest usprawiedliwione. Czwarta ma w rodzinie podróżnika, który po wyjeździe do Kitaju nabawił się jakichś dziwnoszemranych spraw i odczuwa bojaźń. W całym Krk znalazłem do tej pory trzech nejtiwów, z których jeden odesłał mnie na drzewo w trybie instant. A szpiedzy cesarza dogadują z offu [i prawdopodobnie wiedzą, co mówią, w końcu to moi ludzie], że Chińczycy w RPRL dzielą się na dwie grupy: bazarowych handlarzy i – nomen omen – szpiegów cesarstwa. Że niby ichniejsi wykształceni prędzej skisną, niż dostaną paszport bez wytycznych z KC do mandatoryjnego [bardzo mi to słowo tu pasuje] wykonania.

A ja chcę zapisać tylko Dziecko na naukę obcego języka w dużym mieście wojewódzkim i prężnym ośrodku akademickim…