A w radio powiedzieli…

Nie wiem, na co zbierali w tym roku, szczerze powiedziawszy mało mnie to. Usłyszałem tylko rano w „Trójce”, jak któryś dziennikarz mówił, że na to samo zbierali 11 lat temu. I że od tamtej pory w tę działkę lecznictwa państwo nie wpompowało ani złotówki.

Nie prościej składkę na WOŚP wrzucić do jakiegoś okienka w PIT-37? Efekt ten sam, a oszczędzilibyśmy na sztucznych ogniach, parę osób poczułoby się tylko mniej fajnie.

Beee, beee, beee, sondaże niosą mnie.

Ladies and gentlemen, oto jeden z tych momentów, w których usycha mi inwencja, poczucie humoru zamyka za sobą drzwi, a sarkazm kładzie się do góry brzuchem, co objawia się zerową możliwością komentarza. Może ktoś mnie wyręczy, a może ktoś objaśni – daromar? Cichy? anhalter?… anyone else?…

Rząd planuje obniżenie składki do funduszy emerytalnych, a różnica miałaby trafić na nowe subkonto w ZUS. Równocześnie chce, aby Polacy mogli wpłacać do OFE (możliwe, że też do innych instytucji finansowych) dodatkowe, dobrowolne składki. Mają ich skłonić do tego zachęty podatkowe, a dokładnie możliwość odpisania wpłaconej składki od podstawy opodatkowania. A także perspektywa wyższych świadczeń w przyszłości. [źródło]

torero śpiewa.

Andrzej Waligórski, „Rolnik homoseksualista” [aka „Prekursor”]

Czasza niebios jasna i czysta,
Świerszcze grają w lnie i peluszce,
Rolnik-homoseksualista
Przysiadł sobie na chwilę przy dróżce.

To on pierwszy się zdecydował,
Przedtem tego nie było na wiosce…
Ech, dziedzina trudna i nowa,
Ech, niełatwo wprowadzać postęp…

Nie wydzierży, kto mdły i słaby,
Nie wprowadzi tutaj Europy,
Gdy w dodatku ciągnie go do baby,
A powinno go ciągnąć na chłopy!

Zniechęcony jest i rozbity –
Ot, jak wczoraj mrugnął na Stacha,
To ten Stachu, cholerny prymityw,
Mu odmrugnął i w krzyk: – Co, jest flacha?

Gdy zaś Wojtka pogładził w przelocie,
W oczy przy tym mu patrząc łagodnie,
Wojtek zaraz na niego: – Ty młocie,
Ręce sobie wycieraj o spodnie!

Z Jaśkiem także nie wyszła rozmowa –
Przez godzinę gadał do miernoty,
Że tendencja ogólnoświatowa,
A ten naraz: – Ty, pożycz sto złotych!

Henio, bydlę płochliwe i durne,
Usłyszawszy o tych nowych stylach
Jęknął: – Nigdy! Ja od tego umrę!
I do lasu dał natychmiast dyla…

…wiejski dzionek zakwitał szeroko,
Rolnik w sobie żal i gorycz zdusił,
Splunął, mruknął: – Kit wam wszystkim w oko!
Po czym z ulgą pobiegł. Do Magdusi.

Źródło: w zasadzie nie wiem: z niewielkimi modyfikacjami przeklejam z waligorski.art.pl, ale równie dobrze mógłbym wpisać z pamięci. Śpiewa to Olek Grotowski. La lala lala…

Dwa dni z διάρροια.

W zasadzie po tej notce mogę zostać uznany za jednostkę obrzydliwą*. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Grypa żołądkowa, która męczy mnie od początku tygodnia, okazała się być najostrzejszą, z którą miałem kiedykolwiek do czynienia. Temperatura dochodziła momentami do 39.5, a mój biedny, libertariański organizm jest do tego stopnia skołowany, że od przedwczorajszego wieczora żyję jedynie na dwóch kanapkach i dowadnianiu i wciąż nie czuję się specjalnie głodny, co w każdej innej sytuacji skończyłoby się już dawno rewolucją i rzuceniem się na jedzenie jeszcze wczoraj. Ale ja nie o tym.

Skutkiem ubocznym tych zabawnych perypetii jest petaosłabienie, którego apogeum – mam nadzieję, do kroścet… – przypadło było na wczorajsze popołudnie. Mózg funkcjonuje [w miarę] jasno i wie, że wypadałoby ogarnąć sytuację, ale nie ma siły [uwierzcie, dopiero wczoraj poznałem znaczenie tego wyrażenia] zadysponować czegokolwiek, a gdyby nawet miał, i tak niczego by to nie dało, bo reszta narządów wzięła właśnie urlop na żądanie. Bohaterka z tytułu prosi się na świat, wysuszony gorączką organizm domaga się dowodnienia, wypadałoby wziąść** jakieś leki, a tu – nie. Nie, bo nie.

Chyba właśnie tak musi wyglądać starość. I bez Rodziny naprawdę nie jest to fajne. Memento mori, Lurkerze…

* * *

* – tak, pochodzę z regionu, gdzie kultywuje się polszczyznę tradycyjną i logiczną i „obrzydliwy” znaczy to samo w odniesieniu do ludzi, co do rzeczy. I dobrze mi z tym, ha!
** – chwila dla ortopaparazzich, po tylu latach daremnego polowania należy się Wam.

QOTD.

[synagoga w Birobidżanie, Żydowski Obwód Autonomiczny na Dalekim Wschodzie, Rosja – przyp. torero] Drugi dziwoląg: Dof Kofman, lat 48. Bardzo niski, długa ruda broda, takie same włosy, ale wierzy także w Jezusa Chrystusa. Ukrywa to przed innymi wyznawcami, to znaczy przed Awromem. Opowiada, jak to trzy razy starał się obrzezać.
Napierw w młodości chciał sam to zrobić, ale bolało, więc pomyślał, że kiedy przewiąże zbędną część ciała nitką, to sama odpadnie, jak pępowina u niemowlaka.
– Kłopot był tylko przy sikaniu – mówi Dof i oplata mnie jedwabnymi rzemykami przydymionych swoich spojrzeń. – Za każdym razem musiałem odwiązywać, aż któregoś razu zrobił się straszny supeł.
Walczył cały dzień, ale im bardziej się starał, tym bardziej się supłało. Wdała się infekcja. Spuchł. Krwawił. Stracił przytomność.
Obudził się w szpitalu.
– Pielęgniarki ze wszystkich oddziałów przychodziły, żeby na mnie popatrzeć. Salowa ze śmiechu oblała mnie gorącą zupą.
Dof miał 17 lat i chciał po prostu być Żydem.

Hugo-Bader [„W rajskiej dolinie wśród zielska”] trzyma poziom z „Białej gorączki” [choć chronologicznie jest odwrotnie]. Genialna książka, mocna rzecz, leżę na plecach, fikam nóżkami i polecam bezwarunkowo. Rekomendacja tym cenniejsza, że JH-B pisuje Wiadomo Gdzie [w skrócie WG… choć chronologicznie jest odwrotnie].