QOTD.

Eryk Mistewicz, specjalista ds. marketingu politycznego, twierdzi, że polscy politycy ze względu na istnienie w internecie, w serwisach społecznościowych, dzielą się na trzy grupy: polityków XIX wieku, którzy „są daleko od mediów” i polityków, którzy interesują się nowymi mediami na 3 miesiące przed wyborami oraz na polityków, którzy sprawnie istnieją w cyberprzestrzeni. [źródło]

Yay! Sądzę jednak, że naszych polityków dzieli o wiele głębszy podział, niż przedstawił to Specjalista Ds. Marketingu Politycznego. Gołym okiem widać bowiem, że polityków można podzielić na trzy grupy wg znacznie głębszego kryterium: tych, którzy codziennie chodzą w dżinsach, tych, którzy zakładają je od czasu do czasu, i polityków XX XIX XVIII cholera jasna… XVII wieku, którzy o dżinsach w ogóle nie słyszeli.

Wyższa kultura biznesu.

Zadzwoniła, chciała pogadać, ale poprosiłem o maila zamiast. Zadzwoniła ponownie za godzinę z przeprosinami, że znów, ale chciałaby dopytać się o nazwisko, żeby nie przekręcić, czym oczywiście mnie ujęła. I ani razu „panie Jurku”, poważnie! Przesłała Ofertę. 4 akapity, pińćset zdań, w tym zero zdań bez litrówek i powtarzające się „napewno”. Ale moje nazwisko napisała faktycznie bez błędów. Jednak co klasa, to klasa. Barbarzyńca w ogrodzie, jak pragnę zdrowia.

Zimny wychów potomstwa, cz. LII – Wszyscy artyści to prostytutki.

– Tatuuuuś…
– ?
– Jak miała na imię moja prababcia i mój pradziadek ze strony babci M.?
Powiedziałem, ale mnie zaintrygowało.
– Czemu pytasz? Mówiliście na lekcji o rodzinie?
– Uhm.
– I macie się przygotować i dowiedzieć, kto był pra, a kto prapra?
– Pfrrr. – prychnęło z pogardą dziecko. – Połowa klasy i tak znów dostanie nieprzygotowanie, bo oni nawet nie wiedzą, kto jest ich tatusiem…

.

(…) rząd polski (reprezentowany na posiedzeniu Rady przez ministra spraw wewnętrznych Jerzego Millera i podsekretarza stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości Igora Dzialuka) poparł kontrowersyjny (sprzeciwiały się mu Niemcy i Rumunia) zapis w artykule 21 proponowanej dyrektywy, przewidujący, że „jeżeli usunięcie stron internetowych zawierających lub rozpowszechniających pornografię dziecięcą nie jest możliwe, państwa członkowskie podejmują środki, ustawodawcze i nieustawodawcze, niezbędne do tego, by możliwe było blokowanie dostępu do stron internetowych zawierających lub rozpowszechniających pornografię dziecięcą użytkownikom Internetu na ich terytorium”. [źródło]

Ot, macie swój liberalny rząd,
masz, Cichy, brak konkretów na początki cenzury inetu,
macie swoje obietnice i „konsultacje społeczne”,
macie „rezygnacje z RSiUN”,
macie swoje PO.

Partia też Was, jak widać, ma.

Garaż za 500 zł.

Pod moim blokiem stoi sobie prehistoryczny malacz. Wypchany po dach narzędziami, opakowaniami i czym się tylko da. Raz na rok ma miejsce Migracja. Właściciel [szerszemu ogółowi nieznany] wsiada do auta [nie wiem, jak] i przeparkowuje go. I biada wtedy klatce, pod którą będzie wolne miejsce parkingowe. NIe będzie go przez najbliższy rok, albo i dłużej.

Dzisiaj przyuważyłem właściciela. Umieszczał kolejną skrzynkę narzędziową. Na moją grzeczną uwagę: „W zasadzie to prosilibyśmy [były kartki od mieszkańców klatki] o przeparkowanie w jakieś inne miejsce, bardziej oddalone od bloków, bo tu mało miejsca, a pan jednak rzadko jeździ…” odparł: „OK, popatrzę, czy jest gdzieś jakieś wolne miejsce”. I poszedł. Drzymała się znalazł, psiakrew.

Crescite et multiplicamini.

Zaczęło się niewinnie, po prostu przeczytałem lekko prześmierdnięty nius o tym, jak facet ożenił się z poduszką*. A kiedy przeczytałem już całość, pozostały niepokojące pytania.

Czy facet pozostający w związku małżeńskim z kozą to jednak wyklinana i wogle niedopuszczalna [nawet teoretycznie po legalizacji homozwiązków] legalizacja zoofilii? Czy takie małżeństwo będzie mogło adoptować dzieci? Jakie dzieci? [„Jak masz na imię, chłopczyku?” „Mieee-eee-ee-tek!”] Czy mężczyzna, któremu żona-pajęczyca nie urodzi spidermana, będzie miał prawo podejrzewać ją o zdradę? Czy zapraszając do siebie kobietę zamężną z psem i widząc tylko tego ostatniego, będę mógł zwyczajnie spytać: „Gdzie ta suka?”, nie narażając się na ryzyko pogryzienia czy, co gorsza, obsikania? Czy małżeństwo podstarzałego mężczyzny z obrazem będzie z góry skazane na rozpad z racji problemów komunikacyjnych?

Czy pisałem już, że nie ogarniam świata?…

EDIT: Dopiero teraz rzuciłem okiem na komentarze: „Taaa, facet z poduszką… teściowie to pewnie pierzyna i prześcieradło” „Tak. A szwagier Jasiek.”

Inkąpetąs strikes back.

Znowu rozmowa. Po polsku gada megafarmazony, po angielsku [po komunikatywnemu angielsku] nie gada nic i aż pali się do tego, żeby przynieść mi w zębach listę adresową klientów konkurencji. Wypisz wymaluj deja vu, no, może w nieco większym stężeniu. Wamać, znów godzina w plecy. Znów znakomita potencjalna szwaczka stracona dla świata.

Propaganda ambicji i wyższego wykształcenia pozbawionego racjonalnych podstaw ma jeszcze jedną wadę, o której w tamtym nie napisałem. To nie tylko męczarnie potencjalnych pracodawców i frustracja takich „gjeniuszów”, którzy ku własnemu zdumieniu przekonują się na przekór rzężeniu tego czy innego rektora, że wbrew światu wyżej rzyci nie podskoczą. To również nieuzasadniona frustracja i takiż ostracyzm prawdziwych fachowców, którzy powybierali zawodówki, doskonale odnajdując tam swoje miejsce i swoją niszę życiową poszerzają, robiąc piękne stołki czy montując różne przeróżne instalacje po prostu dobrze. Bo oni nie powybierali europeistyki ani inszego gender studies, tylko robią proste stołki czy zakładają proste instalacje gazowe. Tyle, że po rozmowie z nimi i obejrzeniu ich prac nie odczuwam ochoty wymolestowania ich w ciemnym zaułku. W przeciwieństwie.

* * *

Dziecię z BPHu [płci tym razem nie podam, bo znów oskarżycie mnie o antyfeminizm] zaspamowało sporą grupę nieznanych sobie osób. O tym, że są one nieznane sobie, dowiedziałem się z lektury zawartości pola To:. Co w następnej kolejności, głośne pierdzenie tetrastychem przy podpisywaniu kontraktów?…

Się wali się.

Zdanie po zdaniu wystrzeliwuję amunicję, która miała mi posłużyć za treść zbiorczego wpisu pod roboczym tytułem „Notatki z końca świata”. No trudno:

W środę późnym wieczorem rząd premiera Viktora Orbána podjął decyzję o przeniesieniu oszczędności 3 mln przyszłych emerytów z prywatnych funduszy emerytalnych z powrotem do państwowego systemu. Dzięki temu do państwowej kasy trafi 14,6 mld dol., które Węgrzy odłożyli tam przez 12 lat.

Pieniądze pójdą na wypłatę bieżących emerytur. To, co zostanie, zasypie dziurę budżetową, która w przyszłym roku – według planów rządu – sięgnie 4,4 mld dol. [Źródło]

Zdaje się, że bracia Madziarzy mają nawet większego pecha do rządzących niż my, co wydaje mi się unfuckingbelievable. Viktor Orbán zdaje się być godnym następcą Gyurcsany’ego, który poległ tylko dlatego, że swego czasu wypsnęło mu się, że wszystko spieprzył.

Ale dość bieżących dygresji, zwracam uwagę PT Lurkerów na trzy rzeczy. I – jak pisze klasyk – mądremu to na nic, głupi nie uwierzy.
– Emerytura w OFE nie jest Twoja; to, że masz wybór OFE, to tylko wybór rodzaju kagańca. Burek, POdziękuj panu i głosuj tak, jak dotychczas.
– Łup pójdzie na zasypywanie dziury. Nie na „ołtarz rozwiązania systemowego”. Na bieżące prace remontowe przy Titanicu.
– Cieszysz się z cudzego nieszczęścia? Jak twierdzi prof. Rybiński, „dług publiczny w latach 2008-13 wzrośnie o 330 mld złotych, czyli o 100 mld dolarów, czyli dwa razy tyle, co odziedziczyliśmy po bezsensownej polityce Gierka”.