QOTD.

Cytując money.pl:

Komisja Europejska zezwoliła na pomoc publiczną polskiego rządu, by zrekompensować straty powstałe w Polsce w powodziach w maju i czerwcu.

I dalej:

– Komisja doszła do wniosku, że z powodu swojego zasięgu powodzie i osunięcia ziemi, które dotknęły Polskę w ciągu maja i czerwca 2010 r., podpadają pod kategorię klęsk żywiołowych – napisała Komisja w komunikacie. Tym samym, uznała KE, pomoc jest zgodna z traktatem UE.

KE zgodziła się na pomoc powodzianom. I pomoc jest zgodna z Traktatem UE.

Ciało teoretycznie zewnętrzne ZEZWALA Polsce na pomoc swoim obywatelom. To zapewne ma jakiś związek z suwerennością… a może jej brakiem? Sapienti sat. A kto tego nie zrozumiał, może się ubierać i iść gardłować za wyrzuceniem krzyża, dla każdego coś miłego.

Nordic walking.

Teksty typu: „E, zapomniałeś nart!” uważam za oznakę nie tylko braku kultury [żeby nie powiedzieć chamstwa], ale przede wszystkim za porażające świadectwo własnego nieuctwa. Krytykowanie nordic walkingu jako „nowoczesnego dziwactwa” pokazuje bowiem, że obca jest nam nie tylko postać Juranda ze Spychowa, wracającego ze Szczytna, ale nawet znajomość popularnej niegdyś instytucji dziada proszalnego z nieodłącznym kosturem.

QOTD.

Prywatny biznes [na podanym wyżej przykładzie FB czy Kompanii Piwowarskiej – przyp. torero] ustępując mniej lub bardziej przed żądaniami niewielkich grupek nie traci przez to szacunku u ogółu. Natomiast państwo, jak się okazuje [w przypadku „wojny o krzyż” – przyp. torero], traci przez to samo szacunek u wielu ludzi. Dlaczego?
Bo ci ludzie szanują państwo właśnie za zamordyzm. Za to, że dokopuje ich wrogom i trzyma ich za pyski. Że robi to niejako w ich zastępstwie, skoro sami są za słabi, by to zrobić. Mogą się wtedy z nim identyfikować i mieć poczucie siły. Tak naprawdę są oni jego ofiarami – jak pisał Stefan Blankertz, to właśnie państwowy przymus „niszczy w ludziach zaufanie do samego siebie. Gdy są oni pozbawieni kontroli nad swoim życiem i czują bezsilność, pragną utożsamić się z panującą siłą, by odzyskać jakieś poczucie mocy”. A „jeśli państwo okazuje słabość zamiast wspaniałej siły, to nie może dłużej służyć jako satysfakcjonujący przedmiot samoidentyfikacji”. Więc ustępstwo władzy wobec grupki „psycholi” i „sekciarzy” jest dla takich ludzi osobistym problemem. Tacy ludzie zagrażają wolności bardziej od „psycholi”.

Źródło. Z dedykacją dla wszystkich „oburzonych”, „zbulwersowanych” i „załamanych”. I żeby nie było za prosto – autor w różnych miejscach deklaruje się jako ateista.

Loteria.

Wczoraj trafiłem na starą notkę u Zala, opisującą fragment eseju J. D. Bella dotyczącego pomysłu pewnej loterii. W skrócie jeszcze większym, niż w notce 🙂 – idzie o możliwość wprowadzenia możliwości zakładania się obywateli o termin śmierci określonych polityków. Zakład oczywiście wygrywałby ten, który do tej śmierci przyczyniłby się najbardziej. Pomysł – jak skomentowałem – nienowy, zetknąłem się z nim w „Tajemnicy Bladego Konia” Agathy Christie. Ale ja nie o tym.

Po prostu dopiero w trakcie lektury zderzyło mi się kilka neuronów i pojąłem wreszcie sens prac nad ustawą hazardową. A i rozmowy na cmentarzu nabrały jakby sensowniejszego kontekstu.

QOTD.

80 min. No boisku nie pojawi się więc [z racji wejścia Łobodzińskiego za Małeckiego – przyp. torero] już dziś Andraż Kirm, uczestnik mistrzostw świata… jak widać reprezentant Słowenii jest za słaby na miejsce w składzie wicemistrza Polski…

Dla potomności: komentarz na łonecie z 80. minuty rewanżowego meczu Wisła Kraków – Karabach Agdam, potęgą ligi azerskiej. 0:1 w pierwszym meczu, 1:3 w momencie pisania notki…

Spacerując.

Przechodząc koło szyldu „Pokoje gościnne / PENSION”, moja TŻ wybuchnęła radosnym śmiechem.

– So sie stao?…
– A, bo przeczytałam „PENISON”.

Stare Miasto rozbrzmiało zdwojonym, perlistym śmiechem, a ja przypomniałem sobie, jak ujrzałem kiedyś z autobusu szyldzik „Mózgi dziecięce” i dopiero po miesiącu, gdy znów przemierzyłem tę trasę, w ich hiperpoprawności ujrzałem „Wózki dziecięce”.

Optymizm zautomatyzowany.

Idąc między ludzi zapomnieć założyć paska do luźnych spodni. I przez cały dzień uśmiechać się szeroko wiedząc, że każde westchnięcie na stojąco skończy się kompromitacją towarzyską, bo nie zawsze można stać na baczność, trzymając ręce wzdłuż tułowia.

… jakie to szczęście, że ten dzień już mam za sobą.