Radio.

Nie potrafię pojąć, skąd w ludziach umiłowanie wieczne popierdującego w tle radia w sytuacji, gdy specyfika roboty nie pozwala nawet na stwierdzenie, jaka piosenka leciała piętnaście sekund temu, [nie]możliwości wsłuchania się w merytorykę [if any…] gadających głów nie rozwijając. Bo nie mam o swoich bliźnich aż takiego złego zdania, żeby brać na poważnie teorię, że szum radiowy uwalnia ich od konieczności słuchania własnych myśli.

Przed momentem doszedłem do wniosku, że to atawizm. Brak szumu tła sygnalizował naszym praszczurom, że oderwali się od grupy korzonkożerców i wdepnęli w ten obszar dżungli, gdzie zamilkły nawet ptaszęta i gdzie w zaroślach pręży mięśnie gotowy do skoku tygrys szablozęby. Ergo trzeba spierdzielać tam, gdzie pieprz rośnie, jest dużo huku i Lady Gaga leci w RMF. Jeśli ktoś zna lepsze wytłumaczenie, niech zostawi komcia.

QOTD.

Czterech Anglików – czterech dziwaków i pijaków.
Czterech Francuzów – czterech łotrzyków i wydrwigroszy.
Czterech Włochów – czterech złodziei.
Czterech Niemców – czterech dobrych ludzi.
Czterech Polaków – czterech wielkich żarłoków i opojów.
Czterech Holendrów – czterech kupców.
Czterech Rosjan – czterech poddanych.
Czterech Turków – czterech psów.
Czterech Hiszpanów – czterech panów, szlachetnych kawalerów.

Źródło: popularna wyliczanka hiszpańska z czasów bonapartystowskich, za: W. Łysiak, MW.

Panowie, szlachetni kawalerowie, miszczowie, murwa ich kadź. Osiem goli [z czego ponoć jeden samobój], tylko raz [z Hondurasem] wychylając się ponad niezbędne minimum, bęcki od Helwetów, mnóstwo pomyłek sędziowskich na ich korzyść w tle i z łapą bodajże Villi na twarzy przeciwnika w którymś meczu, oczywiście bez żadnej karteczki. Taka sytuacja rodzi mnóstwo zadziwiających efektów ubocznych, w półfinale pierwszy raz w życiu kibicowałem Niemiaszkom. Soy uruguayo.

Demitologizacja Urugwaju.

Srebrni medaliści Argentyńczycy już na inaugurację z Francją wybiegli niewyspani, bo serdecznie ich nieznoszący gospodarze całą noc odpalali pod hotelowymi oknami fajerwerki, aby godnie uczcić, jak tłumaczyli, rocznicę zdobycia Bastylii (tej podparyskiej). Na stadionie zrobiło się jeszcze ciężej. Rozjuszeni decyzjami sędziego kibice wtargnęli na murawę, arbiter przerwał mecz, a kiedy policja przywróciła porządek, długo zwoływał graczy, bo część brała już prysznic. [źródło]

„Złote urugwajskie maleństwo”, chyba najlepszy tekst Steca, jaki kiedykolwiek czytałem. Polecam.

Dlaczego Kaczyński?

Nie trzeba było wielkiej bystrości, by wytypować mojego kandydata w pierwszej turze. Jak wiadomo, teraz wybieramy kogoś zupełnie innego. Z początku planowałem pójść i oddać głos nieważny. Nie dlatego, żeby cokolwiek zademonstrować, bo im to centralnie zwisa i powiewa. Dlatego, że nieważnego głosu nie da się sfałszować, no i odrobina ruchu nie zaszkodziła jeszcze nikomu. Ale zmieniłem zdanie.

Nie pójdę głosować na Kaczyńskiego. Pójdę głosować przeciw Komorowskiemu. I może jestem naiwny, ale po cichu liczę na to, że mój głos w homeopatycznym stopniu [wiem, naiwny jestem]:

  • zapobiegnie panoszeniu się Rychów, Zdzichów i innych takich – przynajmniej w jakimśtam zakresie,
  • utrudni wprowadzenie Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych cenzury w Sieci – „kiedy przyszli po hazardzistów, nie protestowałem, bo nie byłem hazardzistą…”
  • pomoże być może ukrócić pomysły Jana Vincenta [btw. czemu dawniej był Edgar, a teraz nie ma Vincenta?…], a może tylko tamtemu będzie minimalnie trudniej,
  • nie skaże mnie na oglądanie telewizyjnych spektakli analnych z udziałem Tego Drugiego Kandydata i Przywódców Krajów Ościennych [TM]. Być może nie śmialiby się przez to z nas w Europie, ale jakiś taki niesmak by pozostał,

… i zrobi wiele innych rzeczy. Wybieram po prostu mniejsze zło. Zaciskam zęby, strzelam setkę, omijam lustro i wybieram Jarosława Kaczyńskiego.

A dzisiaj widziałem plakat: Na biało – czerwonym tle Cthulhu i wieeelki napis: „Wybierz WIĘKSZE zło!”. Plakat widziałem kilka dni z rzędu, aż dziw, że nikomu nie chciało się jakkolwiek go przerobić.

Komentarze zablokowane, bo za parę minut cisza. Fajna wymówka, swoją drogą.