Kompilacja.

Wypadkowa porzekadeł koliberalnych i konwersacji z d4rky’m daje czasem ciekawy wynik.

Jeśli włożysz człowiekowi do ust rybę, nasycisz go nią na resztę jego dnia. Jeśli włożysz człowiekowi do ust wędkę, nasycisz go nią na resztę jego życia.

Zakazane słowo.

Niektórzy w gorącej wodzie kąpani zwolennicy Prezydenta Kaczyńskiego wydają się mieć już pewność, że zamach miał miejsce. Jego przeciwnicy z kolei a priori uznali, że na pewno mieliśmy do czynienia z wypadkiem; no, może jeszcze z niewielkim udziałem samego Lecha Kaczyńskiego, który na pewno zmuszał pilotów do lądowania [tekst opublikowany jeszcze przed artykułem w michnikowym szmatławcu – przyp. torero]. Obie postawy są nieracjonalne. Racjonalne i wskazane jest w tym momencie stawianie pytań, wyłapywanie wątpliwości i domaganie się odpowiedzi.

Zebrane [na ile się pobieżnie orientuję] dotychczasowe niedopowiedzenia. Polecam, choć szczerze mówiąc odnieść się do nich – z racji niedużego [brak czasu itp.] zainteresowania tematem – nie jestem w stanie.

I jeszcze bonus.

Panie Wołodyjowski, larum grają!

Z sondażu, przeprowadzonego jesienią 2009 roku we wszystkich krajach UE na grupie respondentów powyżej 15. roku życia, wynika, że Polacy – obok Litwinów i Łotyszy – są najmniej pijącym narodem w całej Unii. Do sięgnięcia po alkohol w ciągu ostatnich 30 dni (przed ankietą) przyznało się 79 proc. Polaków, 77 proc. Litwinów i 74 proc. Łotyszy. To niewiele w porównaniu z Włochami – tam odsetek pijących wyniósł najwięcej: 94 proc., czy Portugalią, Francją, Grecją i Bułgarią (91 proc.).

Źródło.

Znajomi pangalaktyczni.

Wczora z wieczora znalazłem koleżankę z roku, której poszukiwałem już jakiś czas przez nk, a ostatnio facebooka. Znalazłem ją wreszcie na LinkedIn. Siedzi jako vicekról… cojogodom, vice-CEO w jakimś paneuropejskim banku inwestycyjnym czy czymśtam. W Luksemburgu. Po porannej wymianie zwyczajowych w takich przypadkach grzeczności z TŻ [„No widzisz! A ty? Gdzie twoja ambicja!” „Ależ kochanie, to przecież dziewczyna! I podobnie jak ty, po księgowości!”] zacząłem się zastanawiać.

Cóż, nie da się ukryć, że nie osiągnąłem jeszcze takiego etapu „samoświadomości”, żeby mi to nie imponowało. Imponuje, i to cholernie. Chociaż na zasadzie podobnej, co wirtuoz harfy – to, że ręce same składają się do oklasków, nie oznacza, że po występie zaczynam się ciąć, że nie wybrałem kariery muzycznej. Fakt, nadreprezentatywnie dużo moich znajomych z roku wyciera sobie teraz siedzenia w takich i podobnych placówkach czy dorabia jako doradcy w ministerstwach, mułami niemożebnemi za młodu będąc. Gwoli ścisłości, historia „naszej klasy” ma również swoją ciemną stronę mocy – panu dziękujemy po 10 latach lojalnej pracy, panią ścigają urzędy i wyroki za słupowanie firmie winnej budżetowi RP parę złotych… C’est la vie.

Sam nie wiem, co gorsze. Budzić się w okolicach czterdziestki albo i później z samonasuwającymi sie porównaniami do klasowych krezusów [czemu współczesny wyścig szczurów sprzyja jeszcze bardziej], czy obudzić się w okolicach czterdziestki ze świadomością, że może i PIT niezgorszy, ale gonady już raczej nie tenteges na pewne plany, no i mimo najlepszego Lancome’a czuć ciągnący się za nami smród Układu, koterii i straconych dla przyjaźni lat [absolutnie nie mam na myśli nikogo konkretnego, piszę o pewnej alternatywie, mimo wszystko bardziej XOR niż OR].

Nie, jednak wiem [ach, to moje tanie efekciarstwo… starszemu panu wolno jednak mieć urocze przywary]. Najgrosze to dać się porwać nurtowi życia, nie stawiając większego oporu. Wtedy nie ma się nic. W każdym innym wypadku szklanka jest do połowy pełna.