Ścinki.

Święty Graal odnaleziony! Furda GTD! Znalazłem rewelacyjny sposób na chroniczny brak czasu i wynikające z tego monstrualne zaniedbania w genealogii, relacjach rodzinnych, wychowaniu dzieci, spaniu, relaksie, czytaniu książek i pierdyliardzie innych rzeczy!

Zrobiłem sobie gralniczy Windows. Pad Logitecha – 149 zł, XP Home – circa 300 zł, gry – ok. 20 zł/szt. Obserwowanie, jak moja starsza Kruszynka rozwala ze swoim dziecięcym uśmiechem wirtualne mordy przeciwników w StreetFighterze4 – bezcenne.

Poza funkcjami gralniczymi, XP posłuży również być może w przyszłości do kodowania, bo chętnie bym sobie jeszcze kiedyś coś popisał. Ale to w przyszłości.

Przez jakiś czas myślałem o wirtualizacji, ale dałem sobie spokój. SF4 nie ruszył nawet z instalką, Hitman ruszył, ale po instalacji pół ekranu wywróciło się do góry nogami. Nie wątpię, że te problemy da się obejść, ale jakoś powoli mi się odechciewa.

Instalacja całości klasycznie, bez VM, z jednej strony skazuje mnie na drobne straty czasu przy resetach, wskazuje potencjalne źródło konfliktów w rodzinie [Ubuntu, jak wspominałem przy innej okazji, chodzi 24/7 i niewiele mniej jest wykorzystywane] i pozbawia dobrodziejstwa snapshotów. Z drugiej strony, wirtualizacja stwarzałaby właśnie ryzyko kolejnego rozpraszacza. Teraz ten problem jest dużo mniejszy, bo każdorazowy reset zabiera jednak trochę czasu i wyklucza granie po 5 minut … skutkiem czego komp przez ostatnie 2 dni włączony jest prawie tylko na windzie, niech to cholera weźmie…

* * *

Wizyta w Zakładzie Utylizacji Składek, stanowisko jak najbardziej proklienckie [dziennik podawczy, nie żaden „analityk”]: żująca gumę góra tłuszczu z dolepionymi na górze oczami i trwałą nad oczami. Żre. Przestawszy żreć, obsłużyła mnie i wróciła do swoich obowiązków służbowych, polegających na przybijaniu w ok. 50 stronicowym dzienniku podawczym piecząteczek z „lp.” [sic!] oraz wypisywaniu tamże na górze każdej strony daty. Komputera brak, pieniądze na komputer poszły widać na dyskietki. Całe szczęście, że media pełne są doniesień o marmurach, bo inaczej gotów bym był pomyśleć, że w ogóle nie zależy im na standardzie obsługi klienta.

* * *

Próba przeczytania „Stambułu” Pamuka. Odbiłem się. Nie dlatego, żeby książka była nie halo, choć wstępne dywagacje o zabawach własnym fiutkiem mogą odrzucić, szczególnie w książce autobiograficznej. Po prostu jakoś podświadomie oszczędzam zasoby myślenia na prakseologicznie pożyteczniejsze rzeczy, nurzając się w gatunku z dawien dawna postrzeganym jako „mało ambitny”. Cóż. Kiedyś.

* * *

Przeczytana „4” Łysiaka, czyli powrót – znanego z „trylogii łotrzykowsko – heroicznej” Clinta Farloona. Rzecz tym razem dzieje się w Meksyku. I pomimo faktu, że – abstrahując oczywiście od licencji poetiki – można dowiedzieć się o tym kraju wielu ciekawych rzeczy, książka siakoś nie porywa. Najbardziej zbliżona do „Konkwisty”, która też kiedyś niespecjalnie spodobała mi się po pierwszym czytaniu, więc może to prosta „powtórka z rozrywki? Nie wiem. Doczytałem do końca, niesmaku nie było, ale nie porywa, nie porywa… Choć jeśli kogoś „Konkwista” zachwyciła, a są tu pewnie tacy, ich ocena może być dużo lepsza.

* * *

Karnawał wymyślili jednak baardzo mądrzy ludzie. Czas, gdy wg statystyk w naszej strefie klimatycznej wypada ponoć najwięcej samobójstw, można w miarę płynnie przetrwać faktycznie tylko zabawą. Szkoda, że nikt nie wymyślił sposobu przetrwania dla zakręconych jak Rondo Grunwaldzkie dwójki wiecznie młodych ludzi z dwójką niedużych dziatek. Niektórzy w takich wypadkach kupują Windowsa i robią sobie stanowisko gralnicze.

.

Komentarz Mruwka w poprzednim wpisie nasunął mi jedno ciekawe spostrzeżenie.

Zauważyliście, że prawie żadna polska pieśń masowa nie może obyć się bez odniesienia do innej nacji? Hymn odwołuje się do Włochów, „Warszawianka” do Francuzów, „Rota” – do Niemców, ba! nawet żurawiejki [choć to ofc inna liga] w refrenie gonią bolszewików. Narodowy kompleks [kultywowany i dzisiaj, nie napiszę przez kogo, bo znów Cichy każe mi podawać linki…] samookreślania się zawsze w kontekście kogoś innego, czy zbieg okoliczności? Dwie pieśni masowe, w których owo cudzookreślanie nie występuje, to „Bogurodzica” i „Boże, coś Polskę” – obie, dziwnym trafem, kościelne. Na kanwie tego spostrzeżenia mógłbym oczywiście walnąć jakiś tekst o niezdolności hymnotwórczej demokracji szlacheckiej i innych takich. Ale mi się nie chce.

Snapshot klerykalny.

Dzisiaj – list pasterski o potrzebie pięknej mowy ojczystej. Nie sposób się nie zgodzić, ale co to do kroćset ma wspólnego z nauczaniem Kościoła? Chyba tylko tyle, że proboszcz kościoła, do którego chodzimy, akcentuje czasowniki typu „zrobiliście”, „ukrzyżowaliście”, itp. na przedostatniej sylabie, co tylko zwiększa tempo procesów gnilnych ziemniaków w mojej piwnicy.

* * *

Naprzeciw – nowoczesne mamuśki i pokłosie bezstresowego wychowania, czyli szczeniactwo biegające wyluzowane po całym kościele, skaczące i wydające nieliturgiczne dźwięki. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że właśnie tacy ludzie, nie potrafiący zapanować nawet nad owocami swoich lędźwi, po powrocie do swoich domów włączają od razu TVN, sięgają po „Wyborczą”, a raz na jakiś czas idą do urn i głosują na PO.

Co pozostało z wolnego świata, czyli załączniki do Blackberry 8520.

Dokumentacja, załączona w pudełku [za wyjątkiem pierwszych dwóch pozycji wszystko w formacie koperty na CD], obejmuje [wszystko wyłącznie po polsku, to NIE jest zbitka pięćdziesięciu języków]:

  • kartę gwarancyjną – 2 strony,
  • deklarację zgodności – 1 kartka A4,
  • „Zacznij tutaj” – 16 stron,
  • „Dowiedz się więcej” – 40 stron [z czego 12 stron zajmują informacje dotyczące bezpieczeństwa i zastrzeżeń prawnych],
  • ograniczoną gwarancję – 20 stron,
  • broszurę „Informacje dotyczące bezpieczeństwa i produktu” – 50 stron.

Mam wrażenie, że pakiet jest niekompletny. Na moje oko brakuje sześćdziesięciostronicowej broszury o zgodności jeżynki z wymaganiami ekologicznymi dla urządzeń mobilnych, obowiązujących na terytorium UE.

.

– Od krajów wysoko cywilizowanych dzieli nas 20 lat. W wielu krajach kobiety zarabiają tyle samo co mężczyźni, a nawet więcej. W Polsce różnice na niekorzyść kobiet ciągle są duże – mówił podczas czwartkowej konferencji zorganizowanej przez BZ WBK Aviva Leszek Mellibruda, psycholog biznesu. [źródło]

OK, rozumiem, że gdy kobiety zarabiają mniej od mężczyzn, wtedy jest to dwudziestoletnia przepaść cywilizacyjna. A jak nazwać sytuację, gdy kobieta zarabia więcej?…

.

Pamiętacie tę oburzającą sprawę za rządów PiS, gdy ichniejsza elyta podle wysługiwała się policjantami, niemalże siłą zmuszonymi do dostarczenia iirc hamburgera do pociągu jakiemuś pisowskiemu kacykowi? Nie możecie nie pamiętać, polskie dziennikarstwo śledcze z miejsca wywęszyło sprawę i słusznie zapałało świętym oburzeniem, sprawa przez długie tygodnie nie schodziła z pierwszych stron gazet.

Wczoraj odśnieżyli Rostowskiemu na telefon. Cichosza.

Ludzie matury próbne piszą.

Izabela Łęcka i inne postacie tego eseju są niczym współczesne galerianki, które za nowe dżinsy są dzisiaj w stanie zrobić każdemu loda.

Donieśli szpiedzy cesarza. Fragment tegorocznej matury próbnej w jednym z małopolskich liceów. Happy end: autor doznał jednak iluminacji i pojął, że nie jest to jednak odpowiednie stwierdzenie na egzamin tej, za przeproszeniem, rangi. Pojął to ponoć co prawda dopiero po dwugodzinnej rozmowie wychowawczej, no ale lepiej późno, niż wcale, jak powiedział stary Żyd, spóźniwszy się na pociąg.