„Magiczne drzewo” – ogłaszam zmartwychwstanie dobrego polskiego kina.

Przybyłem, zobaczyłem, oniemiałem. Jest bardzo dobrze.

Kino, jak sobie pewnie zaraz wyguglacie, ze wszech miar familijne – piorun trafił magiczne drzewo w dolinie Warty, drzewo pocięto na deski, najwięcej magii wpadło w krzesło. Reszta jest milczeniem.

Wreszcie film dla dzieci, w którym nie grają efekty specjalne. Rzekłbym nawet, że jest to film naszpikowany wręcz efektami niespecjalnymi, bo holiłudu tu nie ma, ale przeszkadzać to może tylko największym marudom. Poza tym jest wszystko, co stanowi sól ziemi i clue dobrej opowieści – nader zgrabny scenariusz, dość zręcznie omijający masowo występujące w takich przypadkach pułapki logiczne, przyzwoita, żeby nie powiedzieć bardzo dobra gra aktorów – naturszczyków [czwórka dzieci… być może nawet je gdzieś już widziałem, ale nie chce mi się sprawdzać], nienatrętny humor [puszczanie oka do rodziców w najnowszych filmach disnejowo – piksarowskich deczko mnie już nużyło…], no i tytułowa rodzima produkcja. Akcja nie nudzi ani na moment, choć to żadne tam ratowanie świata – ot, normalna heteroseksualna rodzina [sic!!!] z trójką dzieci [sic!!!!!] znajduje krzesło z magicznego drewna i zaczyna się jazda.

Film nie nudzi rodziców ani na moment, co już samo w sobie warte jest uwagi, a konieczność spoglądania na szczęśliwie epizodyczną Hannę Śleszyńską rekompensowana jest z nawiązką możliwością oglądania nieszczęśliwie epizodycznej Agnieszki Grochowskiej. I Andrzeja Chyry, do którego po tym filmie również poczułem sympatię, choć film jest popisem dzieci, dorosłej gry autorskiej jest tu tyle, co liberalizmu w programie PO. Dzieci pod pachę i do kina marsz!

Śpiący tłumacz ratuje Polskę od amerykańskiej okupacji.

Rosyjska stacja odnotowała, że premiera Czech Jana Fischera o zmianie planów [dot. tarczy – przyp. torero] telefonicznie w nocy poinformował osobiście Obama.

„Premier Polski takiej nocnej rozmowy nie miał. Kancelaria Donalda Tuska wyjaśniła, iż nie dlatego, że prezydent USA nie zadzwonił do Warszawy, lecz dlatego, że wystąpiły zakłócenia na linii” – poinformowała. [src]

Pieprzyć Amerykę i zakłócenia na linii, ważne, że Gabończycy dopytują się ztubylczonych tambylców, jak się nazywa nasz premier.

A ja się cieszę.

Nie rozumiem Waszej żółci, naprawdę nie rozumiem. Przecież im większa bezmyślna nagonka na śledzika, im prostsze matury, im gorszy syf w telewizji – tym mniej musimy obawiać się o swoje szanse na rynku pracy i tym większe szanse zostania elitą. Co prawda bycie elitą wśród takiego społeczeństwa nie smakuje aż tak fajnie, mamy mniejsze prawdopodobieństwo znalezienia kumatego partnera życiowego dla naszych dzieci [a czasem i dla nas samych – YMMV], a i prawdopodobieństwo codziennej zgagi większe, no ale w końcu nie można mieć wszystkiego. A we wszystkim trzeba przecież widzieć plusy.

Bal siatkarzy.

– Prezydent poprosił pana premiera, by ten w jego imieniu wręczył odznaczenia naszym siatkarzom – powiedział w TVN 24 szef Kancelarii Prezydenta Władysław Stasiak. Siatkarze przebywają obecnie na śniadaniu u premiera. [źródło]

Jak nie przepadam za Tuskiem, tak akurat scedowanie na Tuska odznaczenia siatkarzy i „opieki marketingowej” jest dobrym pomysłem; koniec końców orderów nie nosi się na pępku.

Lekarze.

No i prosz. Łonet donosi, że z wszystkich grup zawodowych najwięcej zarabiają lekarze.

Wystarczyło pójść po rozum do głowy [czyt. na swoje] i uniezależnić się od państwowego cycka… Czego życzę nauczycielom i innym uciskanym grupom zawodowym.