Chory z urojenia.

Dzięki Mecenatowi [TM] już drugi raz w ciągu iirc miesiąca [i drugi raz w ciagu dziesięciu lat…] wybraliśmy się do teatru. Tym razem padło na Dużą Scenę w Słowackim i tytułowego „Chorego z urojenia” w reżyserii Giovanniego Pampiglione. Cóż, uwagami czy recenzją spektaklu kompromitować się nie zamierzam, bom teatralny osioł, poniżej tylko kilka luźnych spostrzeżeń:

  • teatr zaczyna mnie fascynować, czego jeszcze wczoraj po południu absolutnie bym się nie spodziewał; w tym kierunku jakoś nigdy mnie nie ciągnęło, Maydaya w Bagateli zaliczyłem ongiś jak chyba swego czasu każdy krakowski student, a jednak bon ton i ę ą na Dużej Scenie robi wrażenie, chce się wracać,
  • chwała Opatrzności za istnienie Mecenatu [TM]; jakkolwiek nie możemy na niego liczyć w kwestii każdego spektaktu, to mam nadzieję, że pokaże on swą hojność również w przyszłości, bo bez niego regularne teatrum staje się sportem kapkę przydrogim…
  • rzecz zupełnie techniczna i jak dla mnie póki co nierozwiązywalna: w niektórych momentach [szczególnie na początku] i pod koniec, w trakcie „immartykulacji” zupełnie nie rozumiałem tekstu. Albo za dużo wymagam od aktorów [miejsca, jakkolwiek nie w pierwszym rzędzie, nie były rozłożone jednak aż tak daleko, żeby moje nierozumienie miało arcyracjonalne podstawy], albo… w ramach przeglądów technicznych i narastającej konieczności profilaktyki […] trzeba będzie zacząć uśmiechać się do laryngologa,
  • wniosek świeżego buraka po dwóch spektaklach: do Dużej Sceny zakładamy, za przeproszeniem, toaletę wieczorową [wizualizacja pary w toalecie wieczorowej wybierającej się do teatru dostarczy Wam pewnie wiele radościżesz no, czy ja nie jestem organicznie w stanie napisać jednej notki bez dygresji?…], do Miniatury dozwolone jest odstępstwo od reguły. A ja jak zwykle zrobiłem odwrotnie, bo na wystawianą w Miniaturze „Pułapkę na myszy” ubrałem się za odświętnie, a z kolei dzisiaj, nauczony poprzednim doświadczeniem, ubrałem się dla odmiany zbyt sportowo, szczęściem marynarka uratowała przed prawie całkowitym blamażem. Prawie – bo gdybym chciał równać w dół, widok parunastu ludzi w golfach czy jakkolwiek i parudziesięciu ubranych tak, jak ja, mógłby być całkowitym usprawiedliwieniem.
  • dwie role i obserwacja telewizyjna to ciut za mało na sąd kategoryczny, ale Grabowski wydaje się być upupiony formą Ferdka Kiepskiego czy dotrzegalną wcześniej formą rubachy z Schafferowych „Scenariuszów” [scenariuszy??? Czy jest na sali jakiś humanista?] Bardzo podobne role, bardzo podobne środki wyrazu. Ale może się nie znam i bredzę.

A na zakończenie – możecie posłuchać sobie Teatru Dominiki Kurdziel. Enjoy.

Gortat i spółka.

Małysz – wujek trener.
Błaszczykowski – wujek piłkarz.
Gortat – ojciec bokser.
Smolarek – wszyscy wiedzą.
Lewandowski – sportowa rodzina.
Kubica – od początku lansowany przez ojca.
Siostry Radwańskie – córki wychowane w rodzinie sportowej, prowadzone przez ojca – trenera.

Doprawdy, żeby w rozbłyskach tych talentów dopatrywać się zasługi czy choćby niezerowego wpływu polskiej myśli szkoleniowej czy ogólnie dobroczynnego wpływu bezpłatnego szkolnictwa publicznego, trzeba naprawdę maksimum dobrej woli i minimum samokrytyki. A leśne dziadki [na użytek tej notki przyjmijmy, że chodzi mi o PZPN i inne federacje] i tak wiedzą swoje. Swoją drogą wszyscy prowadzeni przez ojcówmężczyzn w rodzinie, cóż za wybiórcza selekcja, seksizm i zapewne przemoc rodzinna, fuj.

Trzy książki.

Dużo debiutów. Pierwszy raz (chyba) piszę o książkach na lvl0. Pierwszy raz piszę o książkach, których jeszcze nie przeczytałem. I pierwszy raz ich rozrzut tematyczny jest tak szeroki. Każda z nich warta jest tu i teraz polecenia, choć każda z zupełnie innych względów.

* * *

Współautorami pierwszej z nich, Źródeł nienawiści – są dwaj autorzy joggerowi w liczbie jednego: niepiszący już tutaj Michał ‚duke’ Świgoń i [edit: kurde mol, *naprawdę* nie wiem, skąd mi się tu wziął Duke :D…] świeżo upieczony Roman ‚mgr Czajna Seczen’ Sidorski. Książka, wydana pod auspicjami znanego tu dobrze Histmaga, omawia genezę i tło historyczne [gdzieniegdzie baaardzo historyczne] dziejących się aktualnie [i prawdopodobnie również niestety w przyszłości] w Europie konfliktów. Polecam po pierwsze ze względu na Autorów, po drugie – ze względu na Histmaga, po trzecie – ze względu na pierwsze w Polsce ujęcie opracowanego tematu. Szerzej o całej książce – na jej stronie.

* * *

„NLP. Wstęp do programowania neurolingwistycznego” autorstwa Josepha O’Connora i Johna Seymoura to klasyka tej dziedziny wiedzy. NLP, przez wielu wyklinane i postrzegane jako bękarcie skrzyżowanie szalbierstwa i psychomanipulacji, a mimo to wciąż wykładane na przeróżnych kursach jako niezbędnik handlowca, wykładowcy czy kochanka [poważnie… widziałem już kursy NLP skrojone na potrzeby podrywu czy uwiedzenia], najogólniej i moją definicją mówiąc, jest rozpisaną naukowo analizą komunikacji jednostki z otoczeniem. Na użytek tej wzmianki porównam ją do analityki reklamowej; zdarzają się jednostki genialne, które jedną intuicyjną reklamą są w stanie zbudować firmę i jej model biznesowy, ale znacznie bezpieczniej – i efektywniej – jest podejść do tego analitycznie, na bieżąco monitorując wyniki i dokonując ewentualnych korekt planu. Jeśli kiedykolwiek czuliście, że z kimś po prostu nie możecie się dogadać / porozumieć albo po prostu chcecie zostać Master of puppets – zainteresujcie się NLP, niechby i pobieżnie. A ta książka [jestem gdzieś w 1/3] do poznawania podstaw owej komunikacji nadaje się doskonale.

* * *

A na deser coś lekkiego, w końcu weekend za pasem. Wczora z wieczora wypatrzyłem w Empiku ku wielkiej radości, że ukazał się w końcu kolejny tom przygód komisarza Drwęckiego w międzywojennej Polsce, czyli Perkalowy dybuk, autorstwa Konrada Lewandowskiego. Do człowieka mam szczególny sentyment, gdyż to właśnie od jego Noteki 2015 [opowiadanie wala się gdzieś po sieci, można sobie poczytać, lektura wliczona w abonament za internet] za namową Y. wgryzłem się w sf-f i nie mogę się wygryźć od jakichś parunastu lat. Lewandowski daje radę również dlatego, że w zasadzie jako jedyny nie zaliczył u mnie jeszcze poważniejszego faulu wśród sobie podobnych; Ziemiańskiemu w całej masie świetnych książek przytrafiły się Bramy strachu, Pilipiuk po mistrzowskim Wędrowyczu i takiejż „trylogii genealogicznej” napisał już tylko „2586 kroków”, a poza tym – całą masę makulatury, a pozostali nie tworzą tak wiele, żebym mógł formułować generalizacje. Mój podziw dla Lewandowskiego jest tym większy, że radzi sobie doskonale w zasadzie w każdej stylistyce, jaką sobie narzuci – w opowiadaniach o Tomaszewskim urzeka piekielnie precyzyjną i intelektualną sf, a z kolei kryminały o Drwęckim polecę może niekoniecznie nawet ze względu na intrygę, ile na przeuroczo odmalowany koloryt sanacyjny z mnóstwem postaci ówczesnej bohemy w tle, że wymienię choćby Tuwima, Wieniawę i Franca Fiszera. Lewandowski porwał się również na historię alternatywną, bo na półce na lepsze czasy czeka już „Bursztynowe Królestwo” – rzecz ponoć o restauracji Rzeczypospolitej na terenie Chin. Pożyjemy, zobaczymy. Na razie marsz do książek.

Jak hartowała się sta^Wplastelina.

Łonet donosi za GW o tym, że rodzice przepisują sześciolatki do szkół w obawie przed tym, że ich dzieci w zerówkach przedszkolnych stracą rok, bo MEN zapomniało opracować dla nich programy i założyło, że sześciolatki uczyć się będą wyłącznie w szkołach. I moje 0.03zł. Po pierwsze, ciekaw jestem, kiedy znów jakiś lemingktoś zaraz napisze, że to moja wina i nie doczytałem, bo tak naprawdę wymyślił to jeszcze Giertych. Po drugie, poza zdjęciem znów ani słowa o autorce tych bredni, czyli minister edukacji z umiłowanej PO, imć Katarzynie Hall, przy której wyskoki Giertycha to naprawdę malutkie piwo, znów tylko wzmianka o „resorcie edukacji narodowej”. Po trzecie, nas na razie to wali – nasze czarnosecinne przedszkole zapowiedziało, że sześciolatki będą się uczyć na książkach zeszłorocznych, co poddaję pod rozwagę zainteresowanym. Po czwarte, może wyskoki tej pani z PO spowodują, że choć trochę zwiększy się zainteresowanie nauczaniem w domu [choć u mnie z tym niestety kruchutko z uwagi na czas]. Po piąte nie mogę się powstrzymać, żeby nie przytoczyć tu straszliwego suchara z gatunku dżołków ministerialnych. Na pewno znacie, ale pewne rzeczy zapisać należy. Aha, eksplisi lyłiks, pałental gajdans, zostaliście ostrzeżeni.

– Qmvrń qboel, pml gb cenyavn?
– Wnxn mabjh xhejn cenyavn? Żnqan fenyavn cenyavn, glyxb Zvavfgrefgjb Xhyghel, gl puhwh młnznal!

Po szóste nie znam nikogo, kto po tych rewelacjach [które notabene znane były zainteresowanym od dłuższego czasu] mimo wszystko przepisałby dziecko do szkoły. Ale akurat temu winien jest pewnie mój ograniczony światopogląd. A po siódme, przeglądając jej wypowiedzi na wikipedii dochodzę do wniosku, że z częścią jej wypowiedzi mogę tylko się zgodzić – choć pochodzą one głównie z czasów, gdy nie była jeszcze ministrem; cóż, mamy tu widać klasyczny przykład pięknie działającej zasady Petera.

A ty masz krótkie nóżki, jak zwykle u kaczuszki.

Znów czegoś nie rozumiem. Albo i rozumiem, ale nie umiem zaakceptować wyjaśnienia. W zasadzie sprawa mnie nie dotyczy, bom jednostka asymptotycznie monogamiczna, ale mimo to jedna rzecz nie daje mi spokoju z przyczyn czysto badawczych.

Nie rozumiem idei kiecki za kolano. A fuj. Kanon piękna wyznaczony w naszej kulturze daje Paniom nogi długie aż do samej ziemi. I nikt sobie z tego nie robi nic i w zasadzie wszędzie króluje – poza przeróżnymi, acz od biedy uniwersalnymi spodniami, które powłaziły wszędzie i zgodnie z piosenką Bajmu [„nosisz spodnie, więc walcz!”] zwiastują rychłe nadejście ultrapowszechnego obowiązku obrony – spódniczka za kolanko. Niedobrze mi. W kraju ludzi zapatrzonych w politykę pies z kulawą nogą już nie widzi, że właśnie taka długość OPTYCZNIE NAJBARDZIEJ SKRACA NOGI! i zmienia piękne Panie w skrzyżowanie jamnika z przewidywalną do bólu urzędniczką. A tymczasem dwie normalne długości kiecek – mini-jakie-jest-każdy-widzi i oldskulowa, przyzwoita kieca do samej ziemi – są w odwrocie; pierwsza wskutek względów, nazwijmy to, obiektywnych [z czym mogę się zgodzić] i subiektywnych [z czym zgodzić się ni cholery nie mogę], druga z racji oldskulowości właśnie, zapędzona do nisz hajlajfowo – bohemistyczno – oazowych. A moda chowa rzesze dziewcząt, zamartwiających się swoją figurą i z depresji wbijających się albo w spodnie [co jest mniejszym złem], albo w owe kiecki za kolana [co jest złem ultymatywnym]. A przecież długa kieca uratuje i dobre samopoczucie, i styl, i kobiecość. Ale dyktatorzy mody – albo i po prostu tłum – wiedzą lepiej. Bez sensu.