Robienie klaki. Ćwiczenia praktyczne z wojny polsko – ruskiej.

Mamy kolejną abnegatkę, którą wypadałoby wylansować jako Lucyfera [łac. Lucyfer – niosący światło]. Jak to należy zrobić? Wywiady, programy z kulturą wojewódzką i takie tam to oczywista oczywistość [przy okazji serdecznie pozdrawiamy mędrca, który w niezgłębionym umie swym „Pegaza” wepchnął był w sobotni poranek na okolice dziewiątej rano, gdzieś między „Ziarnem” a „Przygodami Pana Michała”, kiedy jak wiadomo każdy żonaty i dzieciaty inteligent ma wolne, a dzieci jeszcze grzecznie śpią. No ale ad rem.] Co jeszcze poza wywiadami i klaką standardową można zrobić? Można nakręcić film. A gdy film nie chce wyjść poza maskę generalnie prawie-niszowego raczej? Wtedy trzeba napisać Artykuł.

Entuzjastycznie przyjęta przez krytyków ekranizacja powieści Doroty Masłowskiej zdobyła również uznanie publiczności i weszła przebojem do kin. Na „Wojnę polsko-ruską” poszło w pierwszy weekend 85 070 widzów. W całej Polsce daje to wynik 1 165 widzów na jedną z 73 kopii filmu. Porównywany z filmem Xawerego Żuławskiego „Dzień świra” w reżyserii Marka Koterskiego otworzył się na 35 266 widzów – 953 widzów na kopię. [żródło]

Robi wrażenie, nespa? Dopóki w naszej paranoi nie zerkniemy na inne weekendy otwarcia innych filmów. Gdzieś uciekło mi fajne zestawienie zbiorcze, więc tutaj tylko parę tytułów naprawdę z brzegu:

  • „Jeszcze raz” – 142,2 tysiąca osób.
  • „Asterix na Olimpiadzie” – 138,9 tysiąca osób.
  • „Skarb Narodów: Księga tajemnic” – 133,4 tysiąca osób.
  • „Zaczarowana” – 108,8 tysiąca osób.
  • „Jestem legendą” – 104,9 tysiąca osób. [źródło]

Wybitny, entuzjastycznie przyjęty, wszedł przebojem… a przecież nawet do zestawienia samych otwarć styczniowych nie ma się nijak; idę o zakład, że w jakimś szerszym rankingu wypadłoby to jeszcze gorzej. Dla uwiarygodnienia – porównanie z de facto kompletną klapą; marketing, którego nie znoszę. Naprawdę chciałbym wierzyć, że to tylko nieporadna promocja, ale gdy widzę, jak po raz kolejny lansuje się tylko albo szajs pokroju „Senności”, albo coś takiego na podstawie takich statystyk, albo jakieś komedie romantyczne dla podkuchennych, wiara taka przychodzi mi coraz ciężej. Wiecznie niezadowolnym pozostaje tylko kino moralnego niepokoju [„wyskrobać czy nie wyskrobać?”] albo „Pegaz” w sobotę o dziewiątej rano. By to szlag.

Głosuj, głosuj, głosuj, głosuj…

Kampanie różnych przeróżnych, próbujących dorwać się do koryta, rozumiem. Ale ni du du nie rozumiem spotów „ogólnofrekwencyjnych” [chyba pisał o tym JKM, ale może mi się tylko zdawało] – co komu po zwiększonej frekwencji? Aż tak zależy nagle na „legitymizacji”? Wyjaśnienia widzę tylko dwa: te spoty „ogólnofrekwencyjne” ktoś musiał zrobić, a więc ktoś inny musiał za nie zapłacić, czyli proza życia – albo większa frekwencja służy w jakiś sposób wybranym. W gwałtowną chęć mania za sobą na stolcu stu jeden tysięcy wyborców zamiast stu tysięcy jakoś nie chce mi się wierzyć.

Motyw rzeki w muzyce.

No dobra… tytuł zbyt pompatyczny. Z braku sensownego nagrania „Rzeki” WGB [cośtam jest, ale lelawe ponad miarę] „Rzeka dzieciństwa” Breakoutu. Jak wiele utworów z tej kategorii, plącze się toto za mną już od dłuższego czasu z tym, że plątanie się akurat TEGO utworu napawa mnie irracjonalnym niepokojem. Enjoy.

„Zatrważający raport z rosyjskiej armii” by Onet.

Tylko w kwietniu w rosyjskiej armii życie straciło 37 żołnierzy – informuje w oficjalnym komunikacie rosyjskie Ministerstwo Obrony.
Poważnym problemem armii są samobójstwa, w kwietniu życie odebrało sobie 20 żołnierzy.

Przyczyną śmierci dwunastu żołnierzy były nieszczęśliwe wypadki, jeden wojskowy zmarł w wypadku samochodowym. [źródło]

Powiedzcie, ale tak szczerze – zatrważa Was to?

Pieniądze i potrzeby własne i cudze.

Bo naprawdę mam wrażenie, że nie znamy klasyków. A klasycy mówią tak:

Jeśli chodzi o wydawanie pieniędzy, mogę wydawać pieniądze moje lub kogoś innego [co przesądza o oszczędności], na własne lub cudze potrzeby [co przesądza o celowości]. W sumie tworzy to kwadrant z następującymi przypadkami szczególnymi:

  1. Wydaję własne pieniądze na moje potrzeby. Czyli np. robiąc zakupy – meble, żywność, łotewa. Wyjąwszy przypadek patologicznych reklam, kieruję się przy takich zakupach zarówno oszczędnością [bo są to moje pieniądze, więc mam odpowiednią motywację do racjonalności], jak i maksymalną użytecznością [kupuję to, co jest mi akurat najpotrzebniejsze]. Jasne, proste i logiczne.
  2. Wydaję cudze pieniądze na moje potrzeby. Mój ulubiony przykład – delegacja z pracy. Przykładam jak największą wagę do użyteczności [żeby jedzenie było dobre, bo będę je jadł, żeby hotel był relatywnie najlepszy, bo będę w nim spał], dużo mniejszą wagę przykładając do oszczędności [bylebym tylko zmieścił się w budżecie i ew. zwyczajach, bo za oszczędności i tak mnie na ogół nikt nie pochwali]. Dużych oszczędności nie ma, ale przynajmniej wiem, czego mi trzeba, i w granicach moich możliwości odczuwam niepohamowaną satysfakcję [buahahaha!…].
  3. Wydaję swoje pieniądze na cudze potrzeby. Na przykład kupując prezent. Tu sytuacja jest odwrotna. Nie kozaczę z forsą [bo i po co? znajomy będzie zakłopotany, dostając zbyt drogi prezent, i mi ubędzie kasy], ale za to efekty umiarkowanie lekce sobie ważę. Efekty widać wszędzie dokoła – walające się po kątach prezenty po imprezach masowych zna każdy z nas. Ale przynajmniej mało kto może powiedzieć o wydanej na darmo za dużej kasie [raczej – bądźmy szczerzy – wprost przeciwnie].
  4. Wydaję cudze pieniądze na cudze potrzeby. Hulaj dusza, piekła nie ma, aka biurokracja. Olewam na ogół zarówno racjonalność [bo po co mi badanie zasadności dotacji dla ułomnego rolnika wielkoobszarowego, efektywności „reklamy społecznej” – byleby tylko zaspokoić zapotrzebowanie, czy sensowności kampanii przeciwko zachowaniom homofobicznym u waranów z gatunku Varanus brevicauda?], jak i aspekt ekonomiczny [obcinanie dotacji roku następnego po tym, jak biurokrata wierzący w zasadność aparatu ucisku zaoszczędził na budżecie, nie jest niczym dziwnym, wręcz powszechnie spotykanym]. Wskutek dużo mniejszej motywacji pieniądze, które wpadają w łapy biurokratów, MUSZĄ BYĆ wydawane mniej racjonalnie – libertariańskie legendy zza oceanu pieprzą, że w USA, żeby wywrzeć efekt gospodarczy równy wydanemu jednemu prywatnemu dolarowi, państwo musi na to samo wydać dolara i czterdzieści centów. Legendy, jak to z legendami bywa, pochodzą primo z dawno, dawno temu, ergo z czasów, gdy jeszcze nie rządził Obama, secundo zza siedmiu gór i rzek, czyli z kraju, uchodzącego za wzór bałwochwalczego podejścia do kasy. Ekstrapolację owego dolara i czterdziestu centów na czasoprzestrzenne warunki tubylcze pozostawiam na zadanie domowe. Ustroje bazujące w całości na tym sposobie dystrybucji pominę, co nie znaczy, że zgadzam się z diagnozą, jakoby miały one wyginąć li tylko poprzez desant cichociemnej stonki amerykańskiej i parszywe zakusy równie parszywych imperialistów.
  5. Taka sobie impresja, żeby homeopatycznie [bo znam odporność na fakty u co poniektórych] ograniczyć za przeproszeniem wnioskowanie, że domaganie się obniżki podatków jest tanim populizmem. Dziękuję za uwagę.

GA znowu nadaje…

, czyli czego tu ludzie szukają:

  • kiła blues
  • co sadzimy o broni w domu [wieloznaczność tej frazy mnie urzeka]
  • iq komorowskiego
  • wielki szu znakował karty
  • wino mniszkowe
  • wykopki ruskie
  • aparatura do bimbru vel aparaturadobimbru.pl
  • cycki merkel
  • dywany z narysowanym piłkarzem do kupienia
  • emocjonalny aspekt kultury fizycznej
  • jaja kosa [O matko!…]
  • jak naprawić maszynę do robienia papieru toaletowego
  • kable komputerowe do diagnozy eclipse [!!!!]
  • laski romba nie [pewnie, że nie, tylko trójkąty…]
  • mondeo dym świąd
  • początek końca świata środki stylistyczne
  • przebrał się diabeł w ornat i ogonem na mszę dzwoni interpretacja religijna
  • strongmani ciągnięcie zębami [ktoś chętny?…]
  • y we wszechświecie są pewne podatki