Drobiażdżki do klawiatury.

Jeśli jesteście akurat właścicielami klawiatury bezprzewodowej, prawdopodobnie nie posiada ona wskaźników informujących o stanie NumLocka, ScrollLocka i CapsLocka. Rozwiązanie tej denerwującej przypadłości nazywa się lock-keys-applet [piszę o tym, bo dzisiaj szukałem tego pół minuty za długo] i wyświetli wskaźniki stanu tych klawiszy na dowolnie wybranym pasku. A parę minut wcześniej matthew napisał o zawsze włączonym NumLocku, linkuję przy okazji.

.

Nie wiem, jak to skomentować. Bo jeśli łonet takie artykuły daje nie do działów Co By Tu Napisać, Żeby Wyrobić Wierszówkę lub też Czemu Do Cholery Znów Nie Działa Kawomat, tylko do Biznes i Ekonomia, to albo portal schodzi na psy, albo coś przegapiłem, albo są dużo lepiej poinformowani ode mnie.

Ścinki.

Przeczytane Inne pieśni Dukaja. Ufff.

Książka nie jest przykra, smędząca, ani w żaden inny sposób upierdliwa. Jest ciężka, cholernie ciężka. I nie na mój czas. W pewien sposób podobna do łysiaków. Do obu potrzeba czasu, spokojnej głowy, swobodnej myśli i co najmniej kilkudziesięciominutowej perspektywy, dającej pewność, że doczytasz do końca wątek i będziesz miał czas zastanowić się nad zwrotem akcji, których Dukaj z definicji nie opowie wprost, tylko omówieniami, urwanym zdaniem czy innym niedopowiedzeniem. A gdy do tego dojdzie jeszcze niemalże bariera językowa [bo po grecku to ja w zasadzie tylko rybę] i konieczność bieżącego śledzenia świata powieści, porównywalnego rozmachem z „Diuną” – dostajemy książkę, którą parę lat temu bym się zachwycił, a o której teraz, z braku wszystkiego powyższego, mogę tylko powiedzieć ciepło, a nawet bardzo ciepło [choć pan Berbelek jest i pozostanie postacią irracjonalnie odrażającą, no ale DGCC]. Książkę czytałem niemalże kwartał, co u mnie jest ewenementem.

* * *

Dla odprężenia przeczytana Granica lodu wzmiankowanej już tu parokrotnie spółki Preston & Child. I jak zwykle – bomba. Perfidny, cholernie wciągający, sensownie umocowany thriller z niezastąpionym Eri Glinnem i jego EES. Przyczepić można się w zasadzie tylko do konstrukcji fabuły, przez którą zakończenia książki można domyślać się od razu. Ale poza tym – rzecz bezwzględnie warta przeczytania. Więcej nie napiszę, bo spoilować nie zamierzam.

* * *

Przeczytany Breslau 4ever Ziemiańskiego. Generalnie – rozczarował. Autor Achai postanowił tym razem stworzyć ponadczasowy [w sensie dosłownym] kryminał. Wyszło mu średnio; dostajemy – uzasadnione, fakt – oniryczne wizje, książkę, gdzie w sporej części ciężko zorientować się, o co chodzi, średnio dowcipne dowcipy… Czytać się da, ale tym razem nie porywa. Ale przynajmniej przynosi nadzieję, że moje lagi w lekturze dotyczą – przynajmniej na razie – tylko Dukaja. Zatory zaczynają się powoluśku zmniejszać.

* * *

Zainstalowałem wreszcie Intrepida; pomny traum ubieglych, bez chędożenia się z upgradem poleciałem po bandzie, zostawiwszy tylko /home. Wifi z pudełka jak nie działało, tak nie działa dalej, ale całą resztą jestem głęboko zachwycony i podbudowany. Awn daje czadu [póki nie wyleci na rzecz docka], całość ładna jest, gra i tańczy, wszystko inne poprzenosiłem i działa. Jeszcze tylko za namową grzglo przyjrzeć się docky’emu i będzie svngit.

* * *

e71 nieszczególnie póki co sprawdza się w roli osobistego terminala gtd, więc zaczynam zabawę z Remember The Milk i guglendarzem. Na razie bez rewelacji. Ale ja stara perfekcjonistyczna maruda jestem.

Ubuntu Intrepid, dzielenie drukarki i drukowanie sieciowe dla komputerów z Windows XP.

Przy okazji „note to self” zrobiłem na kolanie tłumaczenie https://help.ubuntu.com/community/NetworkPrintingFromWinXP, a nuż widelec komuś [poza mną] się przyda – stąd zresztą keywordy w tytule 🙂 Pod koniec wzbogaciłem to o własne komentarze, gdyby ktoś ich potrzebował tak, żeby było to w miarę kompletnym HOWTO dotyczącym udostępniania drukarki podpiętej do komputera z Ubuntu dla komputerów w sieci, korzystających z Windows. Proszę o komentarze, jeśli komuś pomógł ten niusolds albo jeśli znajdziecie jakiś błąd.

Ten sposób, o ile dobrze pamiętam, działał również w starszych wersjach Ubuntu, więc poza ew. rozmieszczeniem opcji w interfejsie system-config-printer wszystko powinno wyglądać i działać tak samo.

Na komputerze z Ubuntu, do którego podłączona jest drukarka:

  1. Upewnij się, że drukarka została zainstalowana lokalnie.
  2. Otwórz okno Drukowanie [System - Administracja - Drukowanie].
  3. Wybierz opcję Serwer -> Ustawienia z menu.
  4. Zaznacz opcję Publikowanie współdzielonych drukarek podłączonych do tego systemu i naciśnij OK.
  5. Na liście drukarek, kliknij prawym przyciskiem myszy na drukarkę, którą chcesz udostępnić, i wybierz Właściwości.
  6. Wybierz Polityki i upewnij się, że wszystkie 3 opcje [Włączona, Akceptowanie zadań i Współdzielona] są zaznaczone.
  7. Naciśnij „OK” w prawym dolnym rogu okienka.

Na komputerze z Windows, który chcemy podłączyć do udostępnionej drukarki:

  1. Użyj opcji „Dodaj drukarkę” [hmmm… Ustawienia -> Panel sterowania -> Drukarki]
  2. Podłącz drukarkę sieciową i wybierz drukarkę w sieci domowej lub biurowej [ostatnia opcja]
  3. W polu tekstowym wpisz http://<hostname&gt;:631/printers/<printername>

W ostatnim punkcie zamiast <hostname> należy wpisać adres IP komputera udostępniającego drukarkę [można go sprawdzić, wpisując w terminalu ifconfig], a zamiast <printername> – nazwę drukarki w komputerze linuksowym. Można ją sprawdzić, wpisując w przeglądarce komputera linuksowego http://127.0.0.1:631/printers i wybierając drukarkę w pokazującym się oknie. printername to nazwa drukarki po ostatnim „/”, a przed parametrami, czyli „?”. U mnie jest to hp-5550.

Jeśli podamy błędny adres i otrzymamy komunikat o niemożności podłączenia drukarki, lepiej nie próbować wpisywać go raz jeszcze – choć oczywiście może się udać – tylko od razu zrestartować Windows, chyba że ktoś uważa takie wyjście za mało ambitne 😉

Po podaniu tych informacji Windows poprosi o wskazanie drukarki albo o sterowniki do niej. Można ją albo wybrać z listy dostępnych, albo wskazać lokalizację sterowników ręcznie, np. na CD.

Po wykonaniu tych czynności cieszymy się możliwością drukowania z komputera okiennego na komputer z Ubuntu 🙂

Nazwa.

Łazi za mną koncepcja otwarcia firmy. Bo tak i bo nie wszystko da się zrobić w ramach istniejącej i bo takie tam. Jako że moją ulubioną firmą literacką jest Effective Engineering Solutions Eri Glinna z cyklu powieściowego spółki Preston & Child – kto nie czytał, niech naprawdę żałuje – wymyśliłem sobie, że swoją nazwę EMS. Effective Marketing Solutions. Łaziło to za mną do tego stopnia, że w pewnym momencie chęć mania firmy o takiej właśnie nazwie była główniejszym motywem założenia firmy – nie ma to jak racjonalne myślenie – niż koncepcja jej działania.

Do przedchwili. Gdy wyobraziłem sobie hipotetyczne telefony.

– Halo, czy to firma PMS?

Szkoda.

Literaci z „Financial Times”.

Najwyraźniej, jak uczy marketing, w obliczu kryzysu należy dywersyfikować ofertę, bo ludkowie od smędzenia o kasie zatrudnili jakiegoś niewyżytego grafomana. Tu, o. Polecam choćby ze względu na język, rzadko spotykany w gazecie bądź co bądź finansowej, niezależnie od tego, co sądzę o meritum, a nie sądzę jeszcze nic, bo wciąż próbuję dość zza zwałów barokowej ornamentyki, co autor właściwie miał na myśli. Ale żeby tłumaczyć czytelnikom, kto to był Smaug, to już lekka przesada.

Edit offtopiczny: w obliczu litrówki z poprzedniego akapitu zwróciłem uwagę na jedną rzecz: do utrzymania pokory wobec otaczającego nas świata nie jest „potrzebna” aż chrześcijańska cnota pokory, nie ma sensu wytaczać armat na wróble, wystarczy wsłuchać się uważniej w słowa. Zwróćcie uwagę, jak niewiele dzieli słowa krezus i kryzys

Polska Liga Antydefamacyjna.

Czasami, czytając takie niusy, zastanawiam się, czego polskim politykom brakuje bardziej: chęci czy rozumu. Przecież zamiast pisać listy protestacyjne, można wynająć wyszczekaną kancelarię prawniczą, która za procent od odszkodowań będzie we własnym, dobrze pojętym interesie wyszukiwać takie sprawy i obławiać się na wygranych procesach. Najwyraźniej negowanie Holokaustu czemuś jest w stanie oburzyć cały świat, a pisanie o „polskich obozach zagłady” nie rusza prawie psa z kulawą nogą. Wyjaśnień jest kilka: głupota i/lub nieudolność polskich polityków, dobór niewłaściwych narzędzi nacisku [czyli vide p.1], prawdziwość tezy o żydowskiej dominacji lub jakaś dowolna teoria spiskowa. Możecie sobie któreś wybrać.

Już tu nie przyłażę.

Ten blogasek robi się najwyraźniej muzyczny. Tym razem – Rod Stewart i Krzysztof Krawczyk w aranżacji, dzięki której poznałem tę piosenkę [wstyd, ale cóż poradzić]. Mistrzowskiego wykonania Etty James nie udało mi się niestety znaleźć na YT. To wykonanie nadaje się idealnie do porannej kawy, śniadaniowego programu TVN i świeżutkiej „Gazety Wyborczej” jest zupełnie inne w charakterze; lekkie, łatwe i przyjemne, żeby nie rzecz bezpretensjonalne, ale słucham go z równą przyjemnością, co tamtego. Leniwe, senne i miłe dla oka wideo rekompensuje inne rzeczy.