Zimny wychów potomstwa, cz. IX – explicit content.

Kropkował nie będę, bo zarżnę meritum. Zostaliście ostrzeżeni.

* * *

Jeszcze macie czas, żeby się wycofać.

* * *

Teraz już nie. Połączenie czytania i jazdy na rowerze sprawia czasem nieprzewidywalne sytuacje wychowawcze. Dziecię do mnie w trakcie przystanku w robieniu ósemek na parkingu osiedlowym:
– Tata, a dlaczego na tym śmietniku jest napisane „kurwa”?
– Bo ktoś tak napisał. – odparłem wymijająco, pokrywając znienacka wydzielinami gardłowymi czytany właśnie Patrol Zmroku. Nie ma co, wzięła mnie z zaskoczenia. Nie jestem mistrzem ciętej riposty i nie potrafię w sekundzie spłodzić optymalnej odpowiedzi. Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem.

I temat się urwał, a ja odetchnąłem z ulgą. Jak miało się okazać za paręnaście minut, dno piekła wybrukowane jest głowami naiwnych frajerów.

Minęło kilka minut. Nagle niedzielną ciszę jednego z krakowskich osiedli rozdarł radosny wrzask pięciolatki:
– Tata, już wiem! Ta kurwa pewnie jest na śmieci!

Cudowne dziecko dwóch pedałów.

Jestem w ciężkim szoku. Wczoraj odkręciłem kółeczka pomocnicze w rowerku Marty i zaczęliśmy próby. Po wczorajszej czterdziestominutowej jeździe, dzisiaj zaczęła bez mojego podtrzymywania jeździć po parkingu już po dwudziestu minutach, wyglebiając się zaledwie trzy razy na przestrzeni dwóch godzin. Zdolności motoryczne ewidentnie odziedziczone po Matce. A Wy ile uczyliście się jeździć na dwóch kółkach? Mi to zajęło jakieś paręnaście dni…

Ścinki lekkie, łatwe i przyjemne.

Będzie lekko, miło i przyjemnie. Żadnego pisania o powieściach Kuczoka, żadnej analizy giełdy, żadnej analizy Tuska, żadnych analiz piłkarskich… Greasemonkey działa, blacklista na główną joggerową założona, więc czym się stresować?

* * *

Chwaliłem się, że skończyłem już czas jakiś temu Clavellowego Shoguna? Nie? To się chwalę. Książka – jak każdy clavell – potężna w mocy i objętości. Ta nawet jeszcze bardziej. Najpiękniejszy opis zetknięcia kultur, jaki czytałem – i niesamowicie sugestywna apoteoza japońskiego sposobu widzenia świata. Ale siakoś wysysa zapał czytelniczy. Nigdy się o to nie podejrzewałem, ale świadomość, że i najlepszej książki zostało już niewiele, działa mobilizująco, żeby przysiąść jeszcze chwilę. A tu? Siedzisz… siedzisz… siedzisz… przeczytałeś 100 stron… zostało jeszcze 1500… Jakoś to dołuje, przynajmniej mnie. A może to smuga cienia?…

* * *

Teraz czytam Droga do Nidaros Pilipiuka. I pasuje mi jakby nieco mniej. Bądźmy szczerzy, nie jest to ani Wędrowycz, ani Kuzynki. Tzn. czytać się da, ale jakoś nieszczególnie.

* * *

I o ile nie najdzie mnie samobójcza ochota na przeczytanie Noble House i / lub Whirlwinda, mam nadzieję zmniejszyć nieco stosik rzeczy do przeczytania. W kolejce do upolowania – poza rzeczami już upolowanymi – czeka Nikt – trzecia część panikozakowej trylogii [„Nocarz” i „Renegat”]. Mniam.

* * *

Obejrzane 300. Wychodzi na to, że zaczynam pałać bezgranicznym, rozpaczliwym uwielbieniem dla twórczości pana Millera [Franka!!!]. Kamera, kreska, akcja – po prostu och ach. I to, i Sin City mogę w zasadzie oglądać bez końca. Tylko ten Leonidas jakiś taki z pani wyjęty. Ale to się wytnie. Swoją drogą to jest chore: kino współczesne może z dużym prawdopodobieństwem narazić człowieka na niestrawność i konieczność oglądania szamba z bliska, a o honorze i innych przyległościach można sobie co najwyżej poczytać i pooglądać w ekranizacjach komiksów. Patologia.

* * *

Wczorajsza konfiguracja wifi przeciągnęła się parę minut za dużo. Winny: chyba XP SP3 ze swoją opcją iirc „łącz nawet wtedy, gdy sieć nie nadaje”. Moja nie nadawała [z wrodzonej skromności nie uznałem za stosowne afiszować się ze swoim ESSID], więc po włączeniu zadziałało. Czy ktoś może mi wyłożyć logiczny sens umieszczania takiego czegoś?…

* * *

Zapominam o genealogii, ostatnie Starsze Panie [TM] nie były w stanie zidentyfikować osób na najstarszym zdjęciu w mojej kolekcji… Boli. Ale jeszcze trochę i do tego wrócę. Tj. przynajmniej do roboty „administracyjnej” [nazwiska, kontakty, adresy], bo do spisywania historii rodzinnej jak nie miałem koncepcji, tak nie mam do tej pory.

Przeklejone nie kradzione.

Tako rzecze JKM:

Jest rzeczą wysoce charakterystyczną, że od 40 lat, gdy próbuję socjalistów przekonywać, że wolny rynek, kapitalizm i liberalizm to nie tylko piękne idee, ale i ogromne konkretne korzyści gospodarcze – oni zawsze odpowiadali, że to zawracanie kijem Wisły – bo przecież już nigdzie na świecie nie ma tego wymarzonego przeze mnie kapitalizmu,liberalizmu i wolnego rynku.

Mieli, oczywiście, rację (z czego nie wynika, że nie można i nie należy tych formacji odtworzyć!).

Jednak gdy wybuchł kryzys w USA, socjaliści natychmiast orzekli, że winien jest – kto? Liberalizm,, kapitalizm i wolny rynek…

Jeszcze parę dni temu euro-federaści z uśmiechem satysfakcji tłumaczyli, jaki to zły jest system amerykański: nic, tylko powoduje kryzysy. A nasza, europejska, gospodarka i nasz, europejski, system finansowy, są ho-ho jak zdrowe– i żaden kryzys nam nie grozi.

Po czym uchwalili, że dla zapobieżenia kryzysowi w Europie wydadzą nie jakieś głupie 700 czy 800 mld. US$- a całe 1,8 biliona €uro. Czyli prawie cztery razy więcej.

Choć banków w Europie znacznie mniej – i operują one znacznie mniejszymi sumami!

Dziwicie się Państwo?

Nie ma się czemu dziwić.

Nie chodzi o „ratowanie gospodarki”- podobnie jak nie chodzi o „walkę z globalnym ociepleniem”. Politycy potrzebują tylko pretekstu, by wydawać pieniądze podatników– bo jak się da komuś miliard, to on w ramach wdzięczności te parę głupich milioników da.

A jak da się bilion – to parę mniej głupich miliardzików.

A czy da się te pieniądze ludziom produkującym ekologiczne wiatraki, czy nieudolnym bankierom – efekt dla dającego jest ten sam. Milion nie śmierdzi – nawet jeśli pochodzi z ekologicznego szambo.

Zrozumcie też Państwo: ukraść tysiąc złotych jest trudno – ale ukraść sto milionów jest b. łatwo… bo ani policja, ani obywatele nigdy w życiu nie widzieli 100 milionów, więc nie wiedzą, jak takie zwierzę wygląda.

Więc jak mają ścigać złodzieja, które je ukradł?

A my tu się martwimy, że działacze PiS chcieli przy okazji budowy „Stadionu Narodowego” ukraść 100 mln złotych – a działacze PO: niecały miliard…

Prowincja.

Ale może dlatego właśnie teraz takie ważne dla wszystkich jest, by reprezentować III RP w Brukseli?

Z pamiętnika wroga publicznego.

Trójka poinformowała mnie, że dziś wypada znów jakiś dzień antysamochodziarski – budzenia świadomości kierowców, czy cuś… Dzień Bez Samochodu, teraz to…

Żadnemu brukselskiemu [ani rodzimemu też] matołkowi nie przyjdzie do głowy, że auta są elementem rozwoju cywilizacyjnego. Korki i wariaci drogowi są elementami i skutkiem ubocznym cywilizacji, czy się to komuś podoba, czy nie. Nie da się jednocześnie zjeść ciastka i go mieć – jeśli zaczynamy wprowadzać utrudnienia w jeździe, obostrzenia, itp., będzie to rzutować na nasz komfort życia codziennego, niezależnie od tego, jak przedstawią to merdia. Nie będzie to może aż tak widoczne dla studenta, ale np. dla matek z dzieckiem czy człowieka po dziesięciu godzinach roboty – i owszem.

A tymczasem kierowców przedstawia się jako źródło wszelkiego zła i nieszczęść na drodze. Skutek uboczny obserwuję od dawna; piesi, których mijam, świadomi są miejsca, gdzie się znajdują, w jakichś 10% przypadków – reszta populacji lezie, jak chce i gdzie chce, z radosnym uśmiechem włazi pod koła, nie bierze pod uwagę w ogóle drogi hamowania, a będąc na przejściu nawet nie zaprzątnie sobie zakutego łba spojrzeniem, czy coś nie jedzie. „Bo kierowcy to zło”. Bando jełopów! – zwracam się retorycznie do ludzi, których miałem nieszczęście spotkać na swojej drodze – jeśli was rozjadę i pójdę do kryminału, to czy świadomość mojej winy [w świetle prawa, raczej nie wg stanu faktycznego, nie jestem w stanie wyhamować na trzech metrach przed niezaspokojoną babą wyłażącą mi na jezdnię skądkolwiek i idącą gdziekolwiek] zwróci wam zdrowie?… Jak myślisz, jeden z drugim, w czyim interesie – nie prawnym, tylko dosłownie żywotnym – leży uważanie na drodze? Kto okaże się najzwyczajniej silniejszy?…

Szczytem buractwa – chociaż nie wiem, czy przypisać to chamieniu narodu, czy owej propagandzie właśnie – jest zachowanie się pieszych na parkingach. Kiedy studiowałem, cały Kraków przełaziłem na piechotę; jeśli widziałem źle zaparkowane auto, po prostu szedłem dalej, wzruszając ramionami, mruknąwszy coś w wyjątkowych przypadkach. Jako zmotoryzowanego, w ciągu dwóch tygodni trzykrotnie straszono mnie Strażą Miejską pomimo tego, że nikomu nie zastawiałem drogi ani nie parkowałem w niedozwolonym miejscu; umyśliłem sobie tylko postawić auto w przepisowym, ale zwyczajowym miejscu przełażenia przez jezdnię mimo faktu, że nie było ono nijak oznakowane, samo miejsce parkowania – zgodne z przepisami, a potencjalny pieszy mógł przejść półtora metra dalej. Akurat wtedy akurat tamto miejsce było wolne jako jedyne w promieniu pół kilometra. Jeśli pół kilometra nie robi na nikim wrażenia, proponuję eksperyment – spróbujcie kiedyś przejechać zatłoczonymi uliczkami pół kilometra, wypatrując wyjeżdżających właśnie aut. I tak dziesięć kółeczek.

Dziel i rządź… Każą nam warczeć na chciwych przedsiębiorców [jak pisałem już kiedyś, bardzo się dziwię, że tu i teraz nie przyjęło się jeszcze określenie podsiębiorca], dewocyjnych katolików, widać idzie pora na bogatych kierowców. A benzyna – pomimo mocnego spadku cen ropy – na najbliższym Orlenie dalej 4.36.

I nie – nie jeżdżę stuningowanym Golfem, ze wsi nie przyjechałem dwa tygodnie temu, a gdzie się da, staram się chodzić na piechotę. Po prostu nie dajmy się zwariować.