Jeszcze jeden powód do emigracji [dla niektórych].

Otóż, drodzy moi, zwolenników bezpieczeństwa i teorii, że kontrola rządowa społeczna nad ludzkimi fanaberiami jest rzeczą ze wszech miar pożyteczną, spieszę z radością poinformować, że stowarzyszenie wyspiarzy – łapiduchów opowiedziało się za ograniczeniem prędkości na terenie zabudowanym do 30 km/h, gdyż jak wykazały badania, przy takiej prędkości odsetek wypadków śmiertelnych jest niższy, niż przy 50 km/h. I słusznie, bezpieczeństwo ponad wszystko!

A tak na marginesie, statystycznie coraz wiecej niusów tego typu dociera [przynajmniej do mnie] z UK. Czyżby Orwell trafnie rozpracował swoich ziomków?

O wpływie Nowego Pompona na wiodące portale internetowe.

Na Onecie sonda, komu Polacy powinni postawić pomnik: Owsiakowi, Wałęsie, Wajdzie, Bartoszewskiemu, Glempowi, Kuroniowi, Gierkowi. I TYLE, mnogość opcji przywołuje na myśl pluralizm związany z możliwościami wyboru wersji Forda T. Sondaże z inkryminowanego NP, gdzie znajdowały się np. pytania „W którym kółeczku znajduje się kropka?” z odpowiedziami „w tym” i „w tym”, budziły kiedyś mój rechot, a tymczasem one jeno antycypowały myślenie redachtorów polskojęzycznych portali internetowych.

NowyPompon doczekał się w tzw. międzyczasie nowego numeru. Jak można przeczytać, w polityce dzieje się normalnie. W Hamburgu pod hasłem „Jesteś tym czym jesz”, odbył się III Zjazd Ludzi Podobnych do Widelca, a Erika Steinbach domaga się wypędzenia Kubicy z zespołu BMW Sauber.

A teraz coś z zupełnie innej beczki.

Zacznę jak prymitywny amwayowiec – agitator, którym [na razie i w dającej się przewidzieć przyszłości] nie jestem i być nie zamierzam. Opowiem Wam o książce, która zmieniła moje spojrzenie na życie, a przynajmniej na kasę.

Człowiek nazywa się Robert Kiyosaki. Popełnił afaik 11 książek, przeczytałem jak na razie dwie: Bogaty ojciec, biedny ojciec i Kwadrant przepływu pieniędzy [jeśli będziemy czytać, to właśnie w tej kolejności]. W tych książkach po[d]miot liryczny – self-made man z zastrzeżeniami, o których poniżej, milioner bez powodu i inwestor – w zasadzie wywróci Wasze rozumienie podejścia do forsy do góry nogami; nieważne, czy pracujecie na etacie, czy jako wolni strzelcy, czy prowadzicie własną firmę. Rzeczy, które pisze, zabrzmią heretycko dla każdego absolwenta rachunkowości [jak choby rozumienie aktywów] i [po głębszym namyśle] trywialnie dla każdego innego – ale może właśnie przez ich trywialność poświęcamy im tak mało czasu. Ot, choćby rozumienie roli oszczędności, równowagi finansowej, przyczyn dochodzenia do bogactwa, zachowań odróżniających bogatych od biednych i klasy średniej [co w Polsce widać jak na dłoni!], itd. itp. Stosunkowo najszybciej potwierdza się zarzut jego oponentów dotyczący lania wody – książki [szczególnie „Kwadrant”] nie są pisane zwięźle, ale dzięki temu czyta się to troszkę łatwiej od podręczników. Generalnie DGCC – ale ja nie o tym.

W Polsce książki pod kątem konkretnych przepisów typu „Nauka robienia – I UTRZYMANIA – kasy w weekend” nie są specjalnie przydatne, ale idee leżące u podstaw pozostają ponadnarodowe. I w zasadzie są bardzo lapidarne – na dobrą sprawę ogólnym streszczeniem „Bogatego ojca” mogłoby być zdanie: „Rządź swoimi finansami tak, jak rządzą nimi firmy”. Ale książki przeczytać warto, powiadam.

Kiyosaki jest też wywrotowy. Cholernie nie lubi płacić podatków [a co gorsza ośmiela się opisywać ich genezę!], kwestionuje odejście od parytetu złota i w ogóle namawia do rzeczy, które w Polsce proponuje chyba tylko oszołomskie UPR. Bo jak nazwać tezy, że bogactwo dokonuje się przez AKUMULACJĘ kapitału, skoro w kolejnych RP slogan „zastaw się, a postaw się” obowiązuje ciągle i wciąż, od chrzcin i przedszkolnych kinderbali począwszy? Z tego pana nie będzie autorytetu moralnego. Bo pod tą szerokością geograficzną akumulacja kapitału może oznaczać tylko chorobę psychiczną, a kiedy kapitału braknie _nam_ – znów zrobimy jakąś nacjonalizację. Taki miazmat lokalny. A odesłanie Kiyosakiego do czubków z radością zasponsorują wydawcy kart kredytowych.

Ale książkę przeczytać warto i należy niezależnie od opcji politycznej. Na upartego można odrzucić ideologię i zająć się studiowaniem proponowanej przez RK „teorii pieniądza” – choćby po to, żeby nasze dzieci były bogatsze od nas. I nie powinna przeszkadzać w tym ani jego opinia nt. ryzyka finansowego, które można przecież przykroić do własnej wielkości i potrzeb, ani pojawiające się w necie – a jest tego od czorta i ciut ciut – negatywne opinie nt. RK i jego ideologii w ogólności. To, że Reiser zabił swoją żonę [jeśli…], nie przesądza przecież o jakości ReiserFS, prawda? Jeśli van Rossum zacznie opowiadać bajędy o latających talerzach, to nie powód, żeby zaprzestać korzystania z pythona. Itd, itp. Opinii negatywnych o nim jest od metra, ale gros z tego to poziom podgryzania łydek i ni du du wyżej. Nawet, jeśli zarzuca mu się konszachty z Amwayem, nawet jeśli gdzieniegdzie pojawiają się tezy, że bogaty ojciec jest tylko alegorią… nic z tego nie ma wpływu na książkę; a ja nie jestem w żadnym MLM [choć na jego argument o MLM jako formie „osobistej franszyzy”, nieporównanie tańszej od franszyzy konwencjonalnej, ciężko faktycznie znaleźć ripostę]. Słuszność jego tez broni się sama.

Przeczytajcie. Dla Waszego własnego dobra. Poważnie.

Bezpieczne połączenie VNC via ssh z Windows na Ubuntu.

… czyli jak bezpiecznie z komputera Windows pracować zdalnie na swoim Ubuntu.

  1. Instalujemy metapakiet ssh, ssh w Ubuntu instalowane out-of-the-box nie zawiera serwera.
  2. System -> Preferencje -> Zdalny pulpit i ustawiamy wszystko, co trzeba.
  3. Oczywiście forwardujemy port 22 na routerze.
  4. Na winstacji instalujemy putty i jakiś pakiet VNC [TightVNC, RealVNC…].
  5. W putty tworzymy nową sesję ssh do IP routerowego, w Connection -> SSH -> Tunnels wpisujemy zamaskowane IP i port.
  6. Test: z putty łączymy się na serwer, a kiedy połączenie jest nawiązane, klientem VNC łączymy się na 127.0.0.1, podając ew. drugie hasło, które wpisaliśmy we właściwościach Ubuntu.

[Edit: nie chciałem tą notką zaśmiecać ogólnodostępnych poziomów, ale kiedy zerknąłem na GA i zobaczyłem, że poprzednie notki niezbędnika komuś jednak się przydają… voila. Oryginał gdzieś mi się zapodział.]

Ścinki.

Mam ajmaka! Pierwszy raz w życiu wczora z wieczora siadłem do Leoparda. Wrażenia generalnie pozytywne. Co prawda pożyczony ledwie na tydzień i z mocnym postanowieniem nieruszania niczego, więc nie poszaleję – ale to dobry punkt wyjścia do przyjrzenia się temu czemuś pod kątem zakupów gdzieś, kiedyś. Wygląd i matryca biją peceta na głowę bez dwóch zdań. Sieć poszła bez problemów. Całość cichutka, więc odpada konieczność zakładania WC. Osławiony jeden przycisk myszy i jego naciskanie [czyli wdeptywanie całego urządzenia w podłoże] oraz ^PM dla zamarkowania PPM jakoś mnie osłabiają. Wszystko, co udało mi się zmusić do działania, działa w zasadzie od kopa, poza muzyką, gdzie po wpięciu oggdtwarzacza iMac zareagował alergicznie i wypiął się był [co dziwi tym bardziej, że winda i ubuntu widzą go bez problemu]. Jako komp, mający pełnić rolę za przeproszeniem centrum multimedialnego rzecz jest idealna i robi wrażenie. Jako maszyna do deweloperki – nie wiem, czuję się tam tak, jakbym wlazł w buciorach do idealnie wysprzątanego salonu i bał się stłuc jakiś bibelot. Wrażeń technicznych więcej nie będzie [przynajmniej na razie], koniec końców na 2 godziny wczorajszego obmacywania godzinę zeszło nam na oglądaniu „Między piekłem a niebem” pod pretekstem sprawdzania jakości matrycy, bo jakoś nikomu nie chciało się uskuteczniać wiele więcej.

* * *

Przeczytane: Brudnopis Łukjanienki i Przemienienie Twardocha. SJ trzyma poziom z Nocnego patrolu i nie wychyla się z niego ani na plus, ani na minus. Kawał takiej fantastyki, jaką akurat lubię, i nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Przemienienie kojarzy mi się trochę z Dniem Szakala, trochę z peerelowskimi kryminałkami, choć te ostatnie akurat przerasta i oczytaniem autora, i klasą narracji. Zakończenie jakieś takie nie z tej bajki, ale ogólnie w klasie thrillerów politycznych książka z półki raczej wyższej. Przeczytałem jeszcze jedną książkę, ale zasługuje ona [nieustająco od iirc dwóch mcy] na oddzielną notkę. A aktualnie czytam Shoguna Clavellowego, więc przez dłuższy czas nowych recenzji spodziewać się nie należy.

* * *

Poszukiwacze zaginionych fraz, którzy trafiają na tego joggera, nie przestają mnie zaskakiwać. Poniżej co lepsze wyimki, którymi uraczyło mnie Google Analytics:

  • sposób na upał w aucie,
  • 3 tydzień po zapłodnieniu,
  • zdjęcie kuciapka,
  • bogucki piotr zdjęcia ślubne,
  • czternastolatki z biustem,
  • pęknięta opona na gwarancji,
  • wypożyczalnia strojów żydowskich,
  • skierowanie na badania z empiku,

i moi dwaj absolutni faworyci [jak na razie, nie uprzedzajmy faktów]:
piorun a wzmacniacz antenowy oraz kiła blues weźmie cię w ogródku. Czyż muszę dodawać, że rzeczywistość znów mnie przerosła?

* * *

Kończy się paśnik genealogiczny w parafii rodzinnej, czas niedługi ruszyć w trasę po innych parafiach. A poza osnową dat – historii zbeletryzowanej jak nie było, tak dalej nie ma. Poza dwiema gałązkami dziarsko zmierzam do 1807, a jeśli przodkowie z jedną monografią się zazębią [na razie nie chcą się zazębić] – to i do 1620 roku dojdę, ha! Widoki na zazębienie niezgorsze, wystarczy znaleźć jakiegoś przodka w gronie potomstwa pana, który mógł się pochwalić trzema żonami i szesnaściorgiem dzieci; aż chce się powiedzieć: „To jest August Mocny na miarę naszych możliwości i my tym Augustem Mocnym otwieramy oczy niedowiarkom!”