Dekomunizacja po litewsku.

Litwini zdobyli się na coś, co w kraju walczącym z komunizmem i kolebce Solidarności nigdy zdarzyć by się nie mogło – zakazali czerwonej gwiazdy i sierpa i młota na równi ze swastyką. Bracia Litwini mają widać cojones wykonane z lepszego gatunku ferro niż my – lub ichniejsze elity mają mniej spustoszone czerwoną zarazą mózgi. Pozazdrościć.

Toy Wars – appendix.

W stosunku do zajawki sprzed kilku wpisów – jednak drobna zmiana zdania. Książka prawie skończona [co wzmacnia moją wiarę w to, że iirc dwumiesięczne czytanie Clavella to chyba wypadek przy pracy, a nie oznaka prawidłowości] i opinia trochę mi się warzy [jak piwo, nie jak waga, nie poprawiać mi tu ortów!]. Primo, język Ziemiańskiego jednak trochę przeszkadza. Ja wiem, że sztafaż wymusza rzucanie takimi, a nie innymi gatunkami mięs, no ale jednak didaskalia [i język, i momenty, i wogle] przeszkadzają tu troszkę bardziej, niż w Achai. Secundo – Pan Autor chyba lubuje się w wulgarnych dziewczętach, ruszających do walki na śmierć i życie 😉 – bo taki leitmotiv występuje u niego już drugi raz [po Achai] w prawie niezmienionej formie, tyle, że tam było to fantasy, a tu jest s-f. Nie żeby mi to jakoś specjalnie przeszkadzało [tym bardziej, że fabuła w trzecim opowiadaniu to naprawdę wyczynowa szkoła jazdy], ale fakt odnotować należy. Tertio – czy naprawdę do kompozycji potrzebne było zamieszczanie takiej ilości w zasadzie bluźnierstw? Proza z Achai [bo nie sposób się do niej nie odwoływać] w zasadzie była bliska ideałowi… no dobrze, mojemu ideałowi. A tu wrażenie siadło, za to pozostał niesmak. Drugi plan psuje całość, co prawda nie na tyle, żebym książkę odradzał, bo nie odradzam [raczej rekomenduję z zauważalnym entuzjazmem] ale odciska się dość wyraźną zgagą.

Dla oddania sprawiedliwości – cały dodatkowy akapit na jeden cytat, mistrzostwo tej galaktyki i paru sąsiednich. Kto odgadnie, niech się cieszy. A mi od wczoraj łazi po głowie Toy śpiewająca „przeróbkę starego przeboju”:

Nie boję się, gdy ciemno jest,
bo mam latarkę i GPS!

[Edit: bulba, przed momentem wyguglałem, że nie jest to twórczość AZ, tylko z netu wzięte. Ale cytat i tak przemocny.]
* * *

Czytajcie.

Dziękujemy, Irlandio!

I szybka piłka z jakiejś netowej pyskówki:
– [tu wstaw standardowe obelgi eurofederastów] 1% Europy zadecydował za wszystkich!
Bo pozostałych 99% nikt nie raczył zapytać o zdanie.
Krótko i na temat. Miejmy tylko nadzieję, że sondaże się potwierdzą. A w artykule Interii, jak zauważył Kefir – jako ilustrację pisaniny o odrzuceniu Traktatu dano dziwnym przypadkiem znów starszą panią. Tylko moherowego berecika zapomnieli jej przybić.

Ścinki.

W związku z nasilającą się krytyką odnośnie raptownie obniżającego się poziomu tego bloga i poziomu autora tego bloga informuję, że zostały podjęte stosowne środki, mające uratować sytuację. W kolejnych wpisach spodziewajcie się recenzji książek Manueli Gretkowskiej, opisu wyprawy survivalowej na Nową Hutę po 23:00 z transkrypcją mowy autochtonów, dogłębnej analizy Traktatu Reformującego, paragraf 16, ustęp 34, spłuczka 10 oraz rzutu oka na świat okiem Tomasza Lisa. Powyższa informacja nie stanowi oferty w rozumieniu Kodeksu Cywilnego.

* * *

I tyle w kwestii Euro. Tym razem LB i spółka mają szczęście, bo jest na kogo zwalić. A przecież [za wyjątkiem Boruca ofc] grali jak okręgówka.

* * *

Wreszcie skończyłem Gai-jina. Jak Tai-pan, kawał naprawdę solidnej prozy… ale książki takiego rozmiaru po raz pierwszy w życiu zaczynają mnie przerażać. Zacząłem czytać Toy Wars Ziemiańskiego. Jestem na circa 40 stronie i gdyby nie uwagi do obniżającego się poziomu mojego i mojego bloga, poleciłbym tę pozycjęksiążkę jak nie wiem, co. Pisana językiem ostrzejszym nawet od Achai, klimatycznie kojarzy mi się z Sin City, przynajmniej na razie. Ale daje w dziób, sprowadza do poziomu gruntu [i dlatego ją de facto odradzam] i nie pozwala wstać. Ziemiański w formie, jak nie wiem, co. Zresztą… Ziemiańskiego bez formy nie kojarzę.

* * *

Miast meczu z Chorwacją – śledztwo genealogiczne. I dobrze mi z tym.

* * *

Irlandia?… JKM na swoim blogasku tonuje zdający się rodzić entuzjazm… ale i parę tygodni radości nie byłoby od rzeczy.

* * *

Jest piątek, tygodnia koniec i początek…

Roe vs. Wade po polsku.

No i proszę. Na zgwałconej czternastolatce zaczyna żerować już nie tylko Kościół, ale i wszelkiej maści lewactwo. Na katabasów akolici GW wylali już przepisowe kubły pomyj pomimo faktu, że decyzję o wypisaniu ze szpitala podpisał ponoć nie Glemp [sic!!!], a sąd rodzinny, odwlekając decyzję do czasu, kiedy to sąd wypowie się w sprawie odebrania matce dziewczyny praw rodzicielskich. Śpiewkę o gwałcie ochoczo pochwycili „obrońcy ludu”, a tu proszę – zonk. Dzisiaj się okazało, że o żadnym gwałcie nie mogło być mowy, co najwyżej o spółkowaniu z piętnastolatkiem. Żadnego sprostowania od merdiów oczywiście się nie doczekałem, ale na temat rodzimych dziennikarzy – z małymi wyjątkami – mam zdanie od dawna ugruntowane, ustabilizowane i ze wszech miar jednostronne. Co prawda Pismo mówi „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”… ale w dobie – excusez le mot – cycków wylewających się z co drugiej okładki jedyną metodą uświadomienia rodzin, gdzie matce rozważa się odebranie praw rodzicielskich, a czternastolatka zachodzi w ciążę z chłopakiem o rok starszym, wydaje się być już tylko obligatoryjne zmuszenie jakąś ustawą [albo – co lepsze i skuteczniejsze – groźbą cofnięcia jakiejś dotacji] polityków lewicy do obligatoryjnego prowadzenia serwisów pornograficznych. Na własny koszt! Panowie Miller i Napieralski, czekamy potwierdzenia postulatów faktami… Choć może nie, Miller w roli FILFa byłby drastycznym szokiem estetycznym nawet dla mnie. Podobieństwo do tytułowej sprawy staje się coraz bardziej wyraźniejsze, zresztą metody proaborcyjnego lobby doskonale opisał cholernie niewygodny dla niektórych dr Nathanson. Ale skoro aborcja i deklerykalizacja to jedyne wyraźne punkty programu lewicowego, to hotnjusa należy widać pragmatycznie doić, ile się da – zupełnie nie dbając o ładunek prawdy i najzwyklejszego sensu.