Światowe Centrum Hipokryzji.

Łowię narządem słuchu tułające się w przestrzeni dźwięki, oskarżające Benedykta XVI o milczenie w sprawie Tybetu. Szlag mnie trafia.

Jak to, z jednej strony Kościół ma sobie dać spokój z wypowiadaniem się w sprawach świata i zamknąć się w kruchcie, no ale jeśli milczy w sprawie Tybetu, to znaczy, że papież jest nieczuły i powinien koniecznie się wypowiedzieć?

Wszystkich oficjeli, krytykujących to milczenie, mam ochotę wziąć za twarz i zadać jedno, proste pytanie: A co zrobił TWÓJ rząd w sprawie Tybetu? Odwołał olimpijczyków – czy może nałożył embargo na jakieś produkty z Chin?

Osobiście nie mam zdania w tej kwestii – upominać się przed Chinami czy położyć uszy po sobie. Zagłuszanie własnego sumienia ujadaniem na BXVI [dla którego notabene – jeśli wierzyć watykanistom – wybór między ponoć możliwym ustanowieniem stosunków z Chinami a aktualną sprawą w Tybecie to wybór dramatyczny] to jednak primo szczyt hipokryzji i fałszu, a secundo – nieformalne [bo na formalne się nie doczekam, nie ma mowy] obalenie mitu o „walczących o prawa człowieka demokracjach zachodnich”. Tu miała znaleźć się lista dyktatorów, o których miłujące pokój demokracje zachodnie nawet nie pomyślały w ten sposób, ale mi się odechciało.

Zakały i głupcy.

Komorowski ciupasem pnie się w górę w moim prywatnym rankingu oszołomów politycznych, choć w zasadzie teraz tylko już zwiększa przewagę. Ot, rozmowa w WP: największą obawą tego pana nie są kwestie prawne w Traktacie, ba, nawet Traktat sam w sobie, absolutnie nic z tych rzeczy. Histeryk platformerski boi się tego, żeby Polska nie stała się zakałą Europy.

Ja tego nie rozumiem, to są chyba jakieś problemy z samooceną. Jeśli osoba znająca własną wartość stoi wobec grupy i musi podjąć decyzję, to kryterium tej decyzji zawsze wydawała mi się słuszność tejże, a nie cechujące przedszkolaków i dulszczyznę myślenie „Co koledzy powiedzą?” Choć – jak widać – takie gadanie trafia do wykształciuchów.

Oddzielnym tematem w tej sprawie jest zachowanie PiS, ale to raczej imho nie tyle durnota, ile granie jakieś własnej, pokręconej gierki, której zasad do końca nie rozumiem. Co nie oznacza, że na zewnątrz nie wygląda to jak kompletny kretynizm – i co nie oznacza, że PiS pod płaszczykiem dbania o Polskę nie próbuje wyszarpać dla siebie udzielnego postawu czerwonego sukna. Ale do rosnącego [po niewłaściwej stronie zera] IQ Komorowskiego nie ma to nic do rzeczy.

Kronika czytelnika.

Przeczytany Tai-Pan Clavella [tego od ShotgunaShoguna]. Ladies and getlemen, takiej książki było mi trzeba. Cegła okropeczna, chyba ponad 500 stron, ale cegła, którą czyta się prześlicznie. Migawka ze świata, którego już nie ma – i nie chodzi mi o podboje [książka z początków brytyjskiej administracji Hongkongiem], ale o głupi i dawno odeszły świat zasad, ryzyka, relacji damsko – męskich nie sprowadzających się do partnerstwa dla pokoju, honoru i paru innych rzeczy. A poza opisem świata zachodniego pozostaje jeszcze opis Wschodu, gdzie duch „Shoguna” wydaje się wręcz namacalny. Dla kogoś, komu podobał się „Shogun”, pozycja obowiązkowa. Ta i jeszcze cztery, bo Wschód opisuje 6 książek, a przynajmniej „Król szczurów” trochę od tych klimatów odstaje. W ramach bonusu zyskujemy wymówkę dla swych wydatków wobec ludzi mających alergię na słowo pisane. Książka, poza solidną lekturą, ma też solidny wygląd i razem z pozostałymi częściami cyklu będzie bardzo ładnie prezentowała się obok półtorametrowych kolekcji Arcydzieł Literatury Światowej i innych takich, jeśli ktoś ma pecha mieć to na półce 🙂 Mus, powiadam.

* * *

Przeczytane Bo to jest wojna, rzeź i rąbanka Romualda Pawlaka. Dałem się skusić recenzją w Science Fiction i zabójczą okładką, na której obok krasnoluda w pełnym rynsztunku bojowym widnieje patrzący maślanym wzrokiem różowy pudelek. I to był błąd. Pawlak zabrał się za pisanie humorystycznej fantasy – a przynajmniej ja tak to odebrałem – i poległ. Niby nie jest to wielki arcygniot, czytać się da, ale jakoś nie wsysa, czyta się raczej w poczuciu odzyskania w estetyce wydanych kilku złotych [z malejącą w miarę lektury nadzieją na sukces]. Owszem, trafia się parę tekstów, przy których się uśmiałem, ale parę tekstów do pośmiania to ja znajduję czytając o Geralcie, który to cykl przecież humoreską nie jest – mniejsza, COŚ nie funguje, i nie wiem, co. Może to notoryczne puszczanie oczka do czytelnika, może momentami lelawa narracja, może ubożuchna w swojej zawartości fabuła, może coś innego – nie wiem. Pratchett to z pewnością nie jest, raczej fantasy z gatunku takich siermiężnych – że baba dwóch magów zagoniła do szorowania podłogi [powalił mnie tekst – cytat z pamięci – „szorowali tak ostro, że jeszcze trochę i przeszorowaliby się na antypody”], że smok jest pierdołą i żarłokiem, że gdzieś menel poszedł do nieba [co nie ma nic wspólnego z Wędrowyczem…]. Cieplej mogę się wypowiedzieć o opowiadaniu tytułowym, może dlatego, że troszkę odstaje od maniery pawlakowej w tym zbiorku zaprezentowanej – ale i ono ma zarżnięte zakończenie [choć panowie z SF uznali to za manierę pisarską typu „chciałoby się dalszego ciągu” – cóż, jak mawiał Wilde, prawda jest kwestią formy]. Generalnie – ziew.

* * *

Przeczytane Elektryczne perły Lewandowskiego. Cóż mogę powiedzieć? Na przekór pomyjom, wylewanym na człowieka przez fandom, uwielbiam jego książki, choć jeszcze wszystkich nie przeczytałem, a saga o Kotołaku jeszcze leży odłogiem. Elektryczne perły nie odstają w niczym in minus od poprzednich kryminałów z Drwęckim. Czyta się jak zwykle fantastycznie, a przy okazji można poznać genezę powstania Tuwimowskiej Lokomotywy i parę innych rzeczy. Kolejny mus!

Ja chcę Pinocheta. Albo Piłsudskiego. Naprawdę.

Niedawno pisałem o tym, że łajzy z Wiejskiej nie dopuszczą do referendum w sprawie Traktatu Lizbońskiego. Teraz już tylko chcę świętego spokoju, bo przez Wielki Post nie wypada mi się nawet zalkoholizować. Sonda na Onecie: Czy wiesz, czego dotyczy Traktat Lizboński: Wiem, znam szczegóły – 12%. Wiem, ale mniej więcej – 34%. Nie wiem – 54%. Głosowało już prawie 40k osób. I te politologiczne ameby w innych okolicznościach przyrody pełzną na wybory i dokonują świadomych, dobrowolnych i przemyślanych decyzji, będących implementacją aksjomatów demokratycznych. A mi każą się cieszyć, jeśli jakimś mykiem tych ameb przy urnach pokaże się więcej. Warum?… Jeśli jest to sondaż autentyczny, to pomysł, żeby decyzję o suwerenności odebrać jurgieltnikom i pozostawić debilom [bo inaczej tych 54% w kontekście danych dot. oglądalności merdiów wytłumaczyć nie potrafię], wymyka się zaiste kwestiom legitymistycznym i innym takim [i tu, Lauro. w kwestii umocowania decyzji w Sejmie przyznaję Ci teraz częściowo rację, choć pewnie z kapkę innych powodów, niż tego oczekiwałeś…] – jest po prostu wyborem między porażką a ślepym trafem, opierającym się na stadku lemurów [z poprawką na przewodnią rolę ITI w kształtowaniu świadomości narodowej]. A i tak wszystkie sondaże mierzące stopień skretynienia politycznego ziomków wymiękają przy sondażach Nowego Pompona, który już iirc parę lat temu tryumfalnie ogłosił, że 50% Polaków nie zdaje sobie sprawy z faktu, że stanowi połowę społeczeństwa, 20% Polaków nie zdaje sobie sprawy z faktu, że nie stanowi połowy społeczeństwa, a 30% Polaków nie zdaje sobie sprawy z niczego.

* * *

A tak zupełnie przy okazji: można przyznać, że w tym głosowaniu wzięli udział internauci, prawda? Jak więc owe 54% ma się do gremialnego oburzenia na Kaczyńskiego w kontekście jego wypowiedzi o ziomach, necie, pornografii i okolicznościach towarzyszących? Hę?

Snapshoty dwa.

Małomiękki oznajmia z tryumfem na swojej stronie, jak to przeznaczył na rzecz Polskiej Akcji Humanitarnej oprogramowanie o wartości 300 tysięcy zł. Zupełnie bez związku przypomina mi się pomysł wspólnej imprezy warszawiaka, krakusa i poznaniaka. Warszawiak przyniósł półliter, krakus – zagrychę, a poznaniak – szwagra.

* * *

Koniecznie oglądajcie we wtorki w ramach Dobranocki Przygody Dudusia Wesołka. Powalające, powiadam. Zaczyna się od piosenki tytułowej, wykonywanej przez Janusza Radka, która wpędza mój nieszkolony głos w Hades kompleksów [choć akurat Radkowy wokal wpędza mnie w kompleksy bez specjalnych trudności]. A potem jest bajka z wtrętami hiszpańskimi w Irlandii [hombre!], humor dalece przekraczający imho percepcję kilkulatka i wszystkobijący baran – filozof z pomysłami pokręconymi bardziej, niż poczucie humoru syna wydawcy Nowego Pompona. Oglądajcie, powiadam. Wtorek, TVP1, godz. 19:00.

Sto lat, sto lat, niech żyję, żyję Wam.

Rzutem na taśmę [krążyło mi po synapsach, że to kiedyś w marcu, ale nie skojarzyłem, że to dziś] ten jogger skończył właśnie dzisiaj 4 lata. Czy dochowa się kolejnych rocznic – szczerze mówiąc nie wiem, bo ostatnimi czasy razem z ochotą na wiele rzeczy odchodzi mi również ochota do pisania, ale sprawy nie przesądzam w żadną stronę. Trochę zaczyna mierzić mnie fakt, że nie jest to nic więcej, tylko ekshibicjonizm szczelnie owinięty rezonerską grafomanią, ale ku Waszemu utrapieniu ciągle mam nadzieję, że _napady_ grafomanii zwyciężą _podpady_ ekshibicjonizmu. Stay tuned.