Jak Komorowski przeszedł Komorowskiego.

Czyli samego siebie. Ten **** ma czelność gadać, że umorzenie długów PC [wolne merdia gadają o 700 tys. zł, ale jak znam życie, okaże się, że umorzono nie 700 tys. zł, tylko domierzono podatek 3 mln, i nie PC, tylko jakiemuś przedsiębiorcy…] to przerzucanie kosztów funkcjonowania tego środowiska na społeczeństwo.

Panie Komorowski! Społeczeństwo ponosi dużo większe koszty funkcjonowania pańskiego środowiska w postaci dofinansowania m.in. Pańskiej partii politycznej, z likwidacji którego [dofinansowania, nie środowiska – ale też szkoda] PO dziwnie po wygranych wyborach się wycofała. Ale to nie dziwota, skoro 38 milionów nagle przestało śmierdzieć, do czegoś trzeba się przyczepić, niechby i do 700 tysięcy.

Scedowane bezpieczeństwo.

Jeśli ktoś nad Wisłą twierdzi, że pasy sprawiają ułudę bezpieczeństwa i powodują, że „cedując zabezpieczenie” samego siebie na ustawodawstwo sam staję się mniej ostrożny, ciupasem wyzywany jest od oszołomów [kwestia tyczy się zresztą bezpieczeństwa w ogólności, nie tylko za kółkiem]. No cóż, jeśli fakty przeczą naszym cieplarnianym teoriom – tym gorzej dla faktów.

Rękopisy nie płoną… a może jednak?

Bumerangiem wraca do mnie sprawa wyjazdu genealogicznego na Wschód. Podejrzewana gałązka drzewka okazała się mieć jak najbardziej polskie korzenie w sensie geograficznym [inna rzecz, że moja robocza teoria przypisuje jej teraz pochodzenie niemieckie albo żydowskie, sądząc po nazwiskach, ale na razie nie jestem w stanie tego zweryfikować], ale za to okazało się, że księgi z mojej parafii, których kopie znajdowały się w Przemyślu, zostały wywiezione wraz z którąś bohaterską odsłoną Armii Czerwonej nie wiadomo gdzie. Wariant optymistyczny: Lwów. Wariant średnio optymistyczny: Moskwa [cholera, tam byłoby jednak trochę daleko…]. Wariant pesymistyczny: zostały nie wywiezione, tylko spalone. A tego bym nie chciał. Choć i tak te pytania zaczynają nabierać coraz bardziej akademickiego znaczenia, bo poza tego typu wpisami, na porządną pracę śledczą nie mam jednak czasu.

Chandler GTD.

Od wczoraj męczę chandlera – pythonowe, opensource’owe GTD, mające spełniać [i – jak na razie – chyba wreszcie spełniające] większość założeń groupware’u i przede wszystkim właśnie GTD. Dwa zweryfikowane negatywne wrażenia to potwierdzające się wywałki w jednym miejscu programu [na szczęście nieistotnym, zerknę na to może w wolnej chwili] oraz ślimaczenie się całości na athlonie 1700XP z 1GB RAMu. Cała reszta wygląda – puk, puk – nader obiecująco.

Delikatnie, bez łamania praw autorskich.

  1. Wchodzimy na stronę Echa Miasta. W lewym górnym rogu widzimy pomarańczowy obrazek z logotypem, prawie taki sam, jaki widnieje w papierowym wydaniu. Obrazek jak obrazek, prawda? Nic szczególnego, można go sobie zapisać na dysku.
  2. A teraz wspomniany obrazek obracamy do góry nogami, tak jak zobaczy go osoba siedząca naprzeciw kogoś, kto czyta tę gazetę – tak, jak ja zobaczyłem to dziś w poczekalni u lekarza. Nie trzeba jakichś wariacji z softem, wystarczy obrócić głowę przed monitorem. Przesłanie może nie idealne typograficznie, ale dla mnie była to pierwsza rzecz, którą zobaczyłem.

Może przeczyta to ktoś, z kim siedziałem dzisiaj w poczekalni – i może dzięki temu zrozumie, czemu prawie-stateczny-facet w pełnej ludzi poczekalni ni stąd, ni zowąd zaczął rżeć ze śmiechu.

Diamencik z dedykacją.

Nie wiem, naprawdę nie wiem, jakim cudem [w zasadzie, przy mojej deklarowanej znajomości twórczości JK ociera się to o blamaż] mogły umknąć mi „Limeryki o narodach II” [jedynkę oczywiście znałem]. Dopiero dziś, przy okazji wpisu u Symka, przeczytałem tekst i z radością odkryłem, że Kaczmar śpiewał dla mnie!

Hiszpański hidalgo Baskijkę całował
By więcej coś ich połączyło niż słowa
Nim całkiem się załgał
Zdmuchnęła hidalga
Namiętność jej zbyt wybuchowa

Ów wyczyn w Hiszpanii nie zyskał poklasku
Nie będzie już odtąd litości dla Basków
Bo teraz dopiero
Zrozumiał torero
By nie brać Baskijek bez kasku

Całość tutaj.

I tak właśnie robi się politykę historyczną.

Korzystając z okazji, wybraliśmy się wczoraj na Elizabeth. Rzecz, jak nietrudno się domyślić, o królowej Elżbiecie i jej wojnie z Hiszpanią.

Szczerze mówiąc, film jak film – mi osobiście się niespecjalnie podobał. Ale uderzyła mnie jedna rzecz. Przedstawienie historii. Anglia elżbietańska jest czysta jak łza, tu i ówdzie kogoś tam przytorturują, ale to wliczone w koszty, bo to szpieg albo dywersant, a szpiony i tak są paskudni, ale ogólnie jest miodzio. A tymczasem Hiszpanie – główni antagoniści – są zawsze ubrani na czarno, wzrostu siedzącego psa, dewocyjni, mówią skrzekliwym głosem, do największych rzezi wplątują Boga, knują, splatają spiski i ogólnie nie da się z nimi identyfikować, a Maria Stuart jest zdrowo szajbnięta. Przepraszam, epizodycznie przelatuje jeszcze jakieś półgłupie niemieckie książątko.

I furda, że Act of Supremacy, że Tomas Moore, że Henryk VIII, nie przeszkadza to głosić filmowej Elżbiecie komunałów o wolności religijnej. Elżbieta paraduje w kluczowym spiczu w lśniącej zbroi i jest ogólnie wspaniała [czasem tylko pokażą ją bez peruki], a król Hiszpanii jest czarny, pokurczony, knuje, mamrocze i wysyła skrytobójców. Wrogowie zawsze mają łupież, że tak polecę Buninem, którego udało mi się upolować w zeszłym tygodniu.

Tak właśnie uczy się historii, szanowni państwo. Właśnie tak. Wrogowie zawsze mają mieć łupież. A my nie mamy epatować martyrologicznym Katyniem [choć wiedzieć o tym oczywiście trzeba], taplającymi się w błocie huzarami Skrzetuskiego w wykonaniu Hoffmana, uwzględnianiem racji drugiej strony czy ogólnonarodową debatą o Grossie, tylko Wiedniem, Grunwaldem i Monte Cassino. Właśnie tak – mają być sztandary, duma narodowa, God save the Queen i Rule Britannia. A kto nie z nami, dla tego mamy Walsighama i słuszny loszek. Amen.