Na marginesie karnawału.

Tego nie wymyśliłbym nawet w transie. Żeby wypożyczalnię strojów karnawałowych dla dzieci hostować pod adresem

http://www.ODDAJ.com

Jak dla mnie, bomba. A bankom już teraz proponuję wynajęcie domeny http://www.gdziemojakasagnido.pl. Edit: odradzam. Personel wypożyczalni pomimo moich niezbyt cichych protestów od razu zaproponował dziecku strój księżniczki i wróżki, widać wie lepiej; zapowietrzył się tylko przy moich pytaniach, czy nie widzi związku między ubieraniem dziecka w róż a’la Barbie a późniejszym wysypem opalonych barbetek z odsłoniętym pępkiem i toną brokatu. W zamian za to usłyszałem tyradę neopsychologiczną, że ta radość w oczach dziecka… że to rola ojca… Szanowni państwo, gdyby córka nie zobaczyła tych kostiumów, z pozostałych cieszyłaby się tak samo, no chyba że moje dziecko znacie lepiej, niż my. Mając przeciwko sobie personel i własne dziecko [fakt faktem, w końcu pojawił się kostium biedronki – tyle, że zdecydowanie za późno], dałem radę uratować tylko kolor i zamiast wszechobecnego różu dziecko poszło w sukni ecru. Efekt: jak łatwo się dało przewidzieć, na balu przed dzieckiem były już iirc 4 dobre wróżki i 1 księżniczka, ani jednego zwierzątka. Tresura chłopaków postępuje widać oporniej, bo ich stroje były bardziej zróżnicowane. A ja tej całej traumy nie miałem nawet jak zapić, bo jestem na lekach.

Nie wiem, dlaczego to piszę. Przecież to stare jak świat.

Reporterka BBC została wysłana z reportażem do Jerozolimy. I kiedy mijał tydzień, a ona była wciąż bez materiału, postanowiła zrobić reportaż o staruszku żydowskim, którego codziennie widywała modlącego się godzinami przy Ścianie Płaczu. Kiedy odszedł, podeszła do niego i spytała, o co się modlił.

– Proszę pani – odpowiedział staruszek. – Codziennie od parudziesięciu lat modlę się o to samo. Codziennie przy tej Ścianie Płaczu. Modlę się o braterstwo. Żeby wszyscy zrozumieli, że żyjemy na tej samej ziemi. Że jesteśmy dziećmi jednego Stwórcy. Żeby Żydzi i Arabowie przestali do siebie bezsensownie strzelać. Żebyśmy zrozumieli, że to nasza wspólna ziemia. Żebyśmy wreszcie skończyli z bezmyślnym rozlewaniem krwi. Żebym dożył czasów pokoju i szczęśliwego współistnienia.

Reporterka, której gardło wypełniła ze wzruszenia wielka kula łez, zdołała tylko cichutko spytać jeszcze – niezbyt mądrze, ale w takich sytuacjach największą mądrością jest milczenie:

– I… i co? I jak się pan czuje?…

– A jak mam się czuć? – sapnął staruszek. – Jakbym gadał do ściany.

Niesioł.

Raven donosi, że

Stefan Niesiołowski w „Kwadransie po ósmej” podzielił ludzi w kraju na tych, którzy wyznają wiarę katolicką i na morderców, gwałcicieli itp.

Czy jest na sali ktoś chętny gotów założyć się, że ta wiadomość, na którą – jeśliby postała w ustach Kaczyńskiego, JKMa czy Sobeckiej [media podjęły wszak bulwersujące tematy Irasiada, Saby, braku konta Kaczyńskiego i równie ważnych spraw dla bezpieczeństwa państwa] – niezależni dziennikarze wolnych mediów rzuciliby się jak hieny…

… z racji obecnej przynależności Niesiołowskiego [PO] w wolnym kraju i wolnych mediach mainstreamowych nie zagrzeje miejsca ani na milisekundę?

Edit [2008-01-11]: powyższej informacji nie zamieścili nigdzie, a jakże – a przynajmniej ja niczego nie dostrzegłem. W zamian na Onecie na pierwszej stronie pyszni się cytat z Niesioła dzisiejszego: „Rydzyk to antykapłan, a jego radio bluźni”. To rozumiem, taką wypowiedź wolne merdia mogą zamieścić. Nie kopie w tego, w kogo nie trzeba, kopie w tego, w kogo trzeba i nie odbija się rykoszetem w PO. A więc nius istnieje. Co za shit.

Prześmierdnięte żarty zza miedzy.

Brauzując niedzielnym wieczorem z nudów Wikipedię, przypomniałem sobie z młodości wierszyk, w którym na kanwie deportacji Włodzimierza Bukowskiego podmiot liryczny wyraża pragnienie obdarowania zachodnich kapitalistów przenajświętszą osobą Leonida Breżniewa:
Поменяли хулигана на Люиса Корвалана.
Як найти такую бляд’ щобы Лъоньку поменять?
Edit: tak, wiem, że wyżej aż roi się od błędów, ale przekleiłem to 1:1 z Wikipedii.

* * *

Milicja rozpędziła na Placu Czerwonym demonstrację przeciwko Putinowi.
Do 40 km/h.

Zaległe żale gutsiane.

Upgrade zaczarował mi kompa tak, że Xgl zaczął nagle żreć 90% CPU, więc bez dochodzenia przyczyn zrobiłem reinstalkę. Hm.

Prawie od razu przekonałem się, że poza działającym out-of-the-box Compizem rzeczy działają bez widocznych zmian [w wariancie optymistycznym], albo są spieprzone [w wariancie pesymistycznym]. NetworkManager moją sieć dalej traktuje sikiem prostym koherentnym, pomaga dopiero ręczna konfiguracja. Gnash to jakieś nieporozumienie, na Fx da się jakoś pracować dopiero po powrocie do Flasha – jakoś, bo coraz tęskniej spoglądam na Operę, przez zużycie zasobów właśnie. gtkDesklets – coraz bardziej przekonuję się, że poza ładnym zegarkiem czy ślycznymi starterami aplikacji jest to kompletnie bezużyteczne, wchodzenie w konfigurację w celu dodania zadania na desklecie zegara wypada mi z koncepcji systemowej. Pomijając już fakt, że 80% deskletów wywala się przy starcie. Na całe szczęście, pomijając te pierdółki, system działa stabilnie.

Dziecko tańczy krakowiaka do sączącego się z głośników „Highway To Hell”.

Pogrom!

Jak donoszą przekaziory,

„Polska”: W 2010 r. matura może zakończyć się prawdziwym pogromem zdających uczniów – przestrzega część ekspertów. Grozi to szczególnie uczniom techników i liceów profilowanych.
Wszystko dlatego, że Ministerstwo Edukacji podtrzymało obietnicę poprzedniego szefa resortu Romana Giertycha: w 2010 r. maturzyści będą obowiązkowo zdawać egzamin z matematyki. Kto nie poradzi sobie z liczeniem – nie uzyska świadectwa dojrzałości i będzie mieć zamkniętą drogę na studia. [za Onetem].

A ja na to tak: i prawidłowo! O ile w technikach możnaby się ew. spierać co do zasadności obowiązku matematyki [choć osobiście niezdawanie matmy np. w szkole elektrycznej uważam za paranoję], to liceum ogólnoszkształcące winno się kończyć maturą z wiedzy ogólnej. W tym z matmy. Osoba nie potrafiąca podać sqrt z 64, że tak żenująco zapodam, NIE JEST godna nosić miana osoby z wykształceniem średnim – tak samo, jak nie jest godna tego miana osoba nie wiedząca, kto napisał np. Treny. Or sth. Pierwsza decyzja obecnego [nie]rządu, pod którą mogę się podpisać obiema rękami [choć oryginalną decyzję wydał demoniczny Giertych, a obecni tylko ją podtrzymali].

A zupełnie prywatnie marzy mi się obowiązkowy kurs ekonomii we wszystkich szkołach średnich i matura z niej… Ech, mrzonki. Po pierwsze, nie w tym lewicowym kraiku. Po drugie, nawet jeśli do czegoś takiego by doszło, zamiast normalnej ekonomii zarzuciliby pewnie Keynesa i byłoby jeszcze gorzej.

Mocno buraczane ścinki poświąteczne.

Dawno nie miałem takiego komfortu psychicznego w doborze lektur. Poza zaległą drugą częścią Pana Lodowego Ogrodu, Krajewskim, przywleczonym [Żonie :D] przez Mikołaja panaclavellowym Tai-Panem i pierwszym tomem detektywa Di [babka w Empiku na moje pytanie o kolejność czytania… wdusiła w terminalu Wikipedię :D] czekają jeszcze wyromione [bo wycyganione nie brzmi politycznie poprawnie] Zapiski więzienne kard. Wyszyńskiego i Stulecie chirurgów. A stary rok [poza znów przeczytaną Noteką] pożegnany Łysiakową biografią Talleyranda. Generalnie książkę polecam jako biografię sensu stricte, nawet jeśli kogoś mierzi autor. Mnie – poza informacją ściśle historyczno – biograficzną, którą każdy historyk ma pewnie w małym palcu – zszokowało opisanie [pewnie, że pewnie subiektywne] rokokowo – wersalskiego burdelu. W porównaniu z tym, co pisze Łysiak, love-parade to klasztor. No dobra, przesadzam – ale tylko troszkę i opis, mimo podskórnego przeczuwania istnienia czegoś takiego, wykopał mnie z siodła.

* * *

Jestem ze wsi. To widać, słychać i czuć. Naprawdę. Tak samo moja rodzina. Ale chyba się naturalizuję w Krakowie, bo to, co wyprawiają na krakowskich ulicach indywidua z rejestracjami KBC i/lub KWI, przyprawia mnie o ciężką cholerę. Ludzie, ja naprawdę mam TYLKO takie przypadki, że jeśli ktoś zajedzie mi drogę, wlecze się lewym pasem 40 kmph, albo na szybkopasie, jadąc cały pas równo z trakiem [bo festina xhejn lente], decyduje się na wyprzedzenie na ostatnich 3 metrach, zmuszając mnie do werbalizacji mojej opinii nt. konduity jego matki – na bank jest z Bochni albo Wieliczki. Co ciekawe, efekt ten na bank nie występuje w przypadku innych gmin podkrakowskich – nie pamiętam żadnego incydentu z autem ze Skawiny, Niepołomic, Proszowic, Słomnik[ów?] czy Miechowa. Tylko Bochnia i Wieliczka, w ilości zdecydowanie zaprzeczającej teorii przypadkowej korelacji statystycznej. Do dzisiaj myślałem, że to reakcja obronna kogoś, kto przyjechał samochodem [przepraszam, MUSZĘ to z siebie wydusić] ze wsi do miasta. Myliłem się. Dzisiaj zrobiliśmy sobie objazd przez Bochnię. Ała.

Rozumiem tych ludzi, kierowców z Bochni i Wieliczki. Przepraszam ich – choć dalej uważam, że prawa jazdy wydane w tych dwóch gminach nie powinny być honorowane gdzie indziej. Krańcowe patafiaństwo za kółkiem warunkowane jest subkulturą jazdy w Bochni. Skrzyżowania oznakowane drogowskazami tylko z jednej strony, brak widocznych informacji o objazdach, światła w ilościach ponadnormatywnych na uliczkach szerokości leżącego psa… O młodzieńcach wskazujących nam z uporem godnym lepszej sprawy ślepą uliczkę jako objazd, czy znakach „Ustąp pierwszeństwa”, pod którymi znajduje się szkic skrzyżowania, na którym droga, którą jedziemy, zaznaczona jest grubą linią, tylko wspomnę. Określenie „dramat” trąci tu zdecydowanie eufemizmem. W porównaniu z tym węzeł wielicki – pięć [!!!] sygnalizacji świetlnych na jednopasmowej [!!!] drodze krajowej [!!!], postawionych dla wjazdu z miejscowości dwudziestotysięcznej [!!!], którą droga omija z boku [!!!jedenjedenjeden] – to naprawdę niewiele. Serce moje przepełnia się współczuciem. W porównaniu z Bochnią i Wieliczką perforowane krakowskie drogi to Autostrada Słońca.

Z dziennikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze o zakorkowanej drodze przed Wieliczką, gdzie auta poruszają się circa 15kmph. Nagle pojawia się z lewej szybkopas i cała chmara wszechpolskiego buractwa radośnie postanawia skrócić sobie korek, mknąc lewym pasem tylko w celu przesunięcia się w korku o te paręset metrów. A chrześcijańska tępota [bo miłosierdziem trudno to nazwać, od rozpoczęcia szybkopasa nie dochodziła do tej drogi żadna podporządkowana, co ewentualnie usprawiedliwiałoby uprzejmość tych kierowców specjalnej troski] na końcu szybkopasa owo buractwo wpuszcza, a jakże. Pięć godzin, jakie zajęło mi pokonanie dwustu kilometrów, czułem się jak Douglas w Upadku.

* * *

Święta… jak Święta. Zdecydowanie temat na inny wpis. I w innym kontekście. If any.