Problem z guglaniem czy problem z głową?

…sam już nie wiem. Ale po kwadransie guglania w dalszym ciągu nie znalazłem ANI JEDNEGO modelu wieży / zestawu kina domowego, potrafiącego odtworzyć OGG Vorbis, co asekurancko i tradycyjnie składam na swój wypadek [wygodna wymówka, nespa?]. I jakkolwiek w segmencie odtwarzaczy kieszonkowych wybór jest tu dość duży [że wspomnę choćby Samsunga i iRivera], to brak takowego w segmencie urządzeń stacjonarnych [poparty negatywną odpowiedzią z hotline’u Samsunga; chyba jednak na tym urlopie mi się nudzi, bo wieży kupować na razie nie zamierzam…] daje do zastanowienia, dającego się streścić jednym akronimem: WTF?

Zapiski ze środka remanentu.

Historycznie po raz pierwszy, ale z pewnością nie ostatni, bez dawania forów dostałem w memo [btw. świetnie się w toto gra kartami z Piotrusia] bęcki od Marty. Co prawda w piątej partii, ale sam już nie wiem, czy to wypadek przy pracy, czy skutek mojego wypadku, czy trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść – niepokonanym

* * *

Genealogicznie – coraz więcej tropów rodzinnych wskazuje na Ukrainę, albo jak kto woli, na Kresy. Nic bardzo bliskiego, bo jakieś rodziny prababek, ale… tropów jest coraz więcej. I coraz więcej pretekstów do spędzenia na Ukrainie któregoś z kolejnych urlopów.

* * *

Neurolog, u którego byłem wczoraj na kontroli, zjechał szpital miechowski z góry na dół. Po pierwsze – dlatego, że wg niego przy takich wypadkach leży się trzy tygodnie, a nie po tygodniu wypisuje pacjenta. Po drugie – za badziewną tomografię. Po trzecie – za brak skierowania na tomografię kontrolną. Czeka mnie jeszcze fura użerania się z biurokracją, a tego nienawidzę najbardziej.

* * *

Zwolnienie w obecnym kształcie wykańcza. Nie mogę siąść za kółkiem, notorycznie chce mi się spać, nie mogę nigdzie wyjść i nie mogę niczego dźwigać. A co wezmę się za robotę, którą jakoś uda mi się zorganizować, to albo coś dzwoni, albo zachciewa mi się spać.

* * *

Stephenson zawieszony, rozpoczęte czytanie Ysabel G.G.Kaya. Jak na razie – powieść dla młodzieży w wykonaniu kayowskim okazuje się być nader zjadliwa.

* * *

W wolnych od joggerowania chwilach, przeznaczonych explicite na pierdoły, zastanawiam się nad próbą ucieczki z Gnoma w kierunku np. e17 albo fluxboksa. Ale nie jestem pewien, czy okaże się to wystarczająco zyskowne, tym bardziej, że mój gnom ma w zasadzie wszystko, co chcę. Chyba jednak nie będę się za to brał, szkoda czasu.

Meandry genealogiczne.

Do momentu powrotu do jako takiego zdrowia i wzięcia się za parę projektów, za które wziąć się zamierzam, biorę się za bary z zaległym a nieobrobionym jeszcze materiałem genealogicznym. Na przystawkę – godzinę rzucania kobietami negocjowalnego afektu, nim zorientowałem się, że akta mojej prateściowej, pisane – jakżeby inaczej? – po rusku, zawierają daty z kalendarza juliańskiego i gregoriańskiego OBOK SIEBIE i że są one oddzielone jedynie przecinkiem. A Nowaczykowa w swoim almanachu miała oczywiście daty gregoriańskie pisane w nawiasach. No by to szlag.

* * *

W październiku ma wyjść GRAMPS z trójką z przodu. Moim zdaniem, to trochę na wyrost – na ile doczytałem się z changeloga, zmiany dużego nru wersji nie usprawiedliwia porządek w bebechach, wengi zmian technicznych czy zmiana ikon. A wystarczyłoby zwrócić uwagę na niechby i opcjonalny poziomy widok rodziny, z uwzględnieniem rodzeństwa. Jak dla mnie, to brak czegoś takiego [w widokach, bo w raportach oczywiście jest] to jeden z fundamentalnych braków GRAMPSa, choć raczej tylko z punktu estetyki, bo nawigacja nie cierpi na tym za grosz.

* * *

Znów pojawia się topos wzięcia się za pisanie historii rodzinnej… i znów nie mam ani krzyny koncepcji, jak się do tego wziąć. Ech.

Ścinki szpitalne i administrativia.

Skąd tytuł? Jak pewnie część PT Czytelników już wie, podczas jednej z jazd [z dziennikarskiego obowiązku dodam, iż jako pasażer] wyprostował nam się zakręt, zakończony jak się okazało drzewem, które wzięło i walnęło mnie w łeb. Obudziłem się w szpitalu. Diagnoza: wstrząs mózgu, pęknięcie czaszki i wybroczyny. Leżenie w szpitalu: tydzień [aktualnie nadaję już z domu] + L4 do prawie połowy października. Skutki odczuwalne: w zasadzie jest już [z bardzo grubsza] dobrze, proszę się – za bardzo – nie martwić. Zidentyfikowane obszary kłopotów, które mnie dopadają tydzień po wypadku, to zawroty głowy przy chodzeniu, konieczność częstych odpoczynków, horrendalna ilość literówek [każdy tekst muszę teraz sprawdzać trzy razy!] oraz koszmarne spowolnienie pisania na klawiaturze. Tyle wiem. Mam nadzieję, że to minie. Poza tym – ODPUKAĆ! – jest chyba generalnie dobrze. A przynajmniej widzę dużą poprawę. Jak wspomniałem, mam nadzieję, że to minie. Ale na pewno nie w ciągu kilku dni. Generalnie do powrotu do społeczeństwa jako zdrowa i pełnotłusta jednostka – czeka mnie jeszcze mnóstwo rekonwalescencji.

* * *

Szpitale wymagają reformy. Nie tyle ze względu na finansowanie, ile na sposób działania. Piszę to z punktu widzenia wdroża, nie pacjenta. Ale to temat na oddzielną notkę.

* * *

Podczytane po kątach: Listy starego diabła do młodego. Tej książki nie ogarnę, choćbym czytał ją i dziesięć razy. Jedna z najmądrzejszych książek przeczytanych w ciągu ostatniej pięciolatki. Co nie zmienia faktu, że czyta się to bez specjalnych ochów, trochę jak Opowieści z Narni.

* * *

Co się dzieje z naszymi chłopakami od przepychania piłki przez siatkę?

* * *

Czytany pokątnie Diamentowy wiek. Na razie nie zachwyca [choć na moje próby podchodów do Neala i tak to mistrzostwo wciągającej literatury], chociaż jakiś tam wątek się zaczyna rysować.

* * *

W telewizorni leci właśnie reklama wubeka z podtekstem jakiegoś kurwiszona w roli głównej. Cytując przewrotnie przekaz, wubeka – dziękuję, nie biorę. A zaraz potem – zniesmaczająca radiowa jedynka z mikrofonami w roli plemników, reklama nadawałaby się na jakiś eremef albo co… Wyostrzył mi się dobry gust w czasie pobytu w szpitalu, czy jak?…

* * *

Czy załatwiłeś swoje sprawy na wypadek, gdyby jutro miało Cię zabraknąć? Ja przed wypadkiem – nie. I dalej nie załatwiłem. Pewnie wszystkiego się nie da, ale przynajmniej zastanów się, póki nie jest za późno.

Ścinki.

Kupione: Transporter i Ostatni dzwonek, pożyczone Listy starego diabła do młodego. W zasadzie wszystko z tej trójki miażdży.

* * *

Zaliczony weekendowy – a właściwie sobotni – AirShow’2007. Zdjęcia będą… może kiedyś. Wypadku nie widziałem [wyszliśmy 10 minut wcześniej], za to widziałem mojego ulubionego Mi-24D i dezorientowałem się lekko, próbując za pomocą ucha wyśledzić okiem myśliwce ponaddźwiękowe. Ogólnie bardzo sympatycznie.

* * *

Nie rozumiem tendencji nazywania banków od profilu ich działalności. Rzecz może i pożyteczna dorywczo, ale kiepska z punktu widzenia marketingu długookresowego, kiedy przyjdzie zmienić profil działalności. No i nie zawsze każdemu może się to spodobać, np. z przyczyn ideologicznych. No bo o ile taki np. Bank Przemysłowo Handlowy jeszcze uchodzi, wszak przemysł i handel rzeczami aideologicznymi są, to kompletnie nie rozumiem sensu zaciągania pożyczki celowej w Banku Dominet.