Snapshots.

Kołorker do mnie przyszedł. Mówi, żebym trzymał za niego w weekend kciuki… wybiera się do archiwum i prosi o kilka patentów na hakowanie proboszcza. Indoktrynacja zaczyna przynosić efekty, mharharharhar.

* * *

Czytam GTD [tym razem po polsku] i zaczynam myśleć o poważniejszej implementacji tegoż u siebie, bo rzeczywistość znów wali mi się na głowę. Pobieżne guglanie przyniosło kilka patentów na Thunderbirda, więc – jeśli kiedyś się za to wezmę – będę miał od czego zacząć.

Poniedziałek.

Trzynastego spieprzyło się w zasadzie wszystko spieprzalne, ocalało tylko auto. Przenoszona baza grampsa okazała się być nieodczytywalna na systemie docelowym. Jeszcze wcześniej – piętrowe problemy z pendrive’ami; ten z x700 okazał się oczywiście czemuś niezdatny [nie znoszę tego telefonu!], pomógł dopiero oggdtwarzacz. A całość – i tak okazała się OKDP z racji wspomnianej niekompatybilności, sytuację uratowała dopiero kopia wcześniejszej bazy zainstalowana na laptoku [nie obędzie się bez przepisywania danych, ale to jestem już w stanie zaakceptować]. Na miejscu – padł akumulator w cyfrówce. Ale i tak posunąłem się z badaniami.

* * *

Materiału nie zebrałem dużo [ledwie ponotowałem strony i daty do obfotografowania następnym razem], ale wizyta okazała się być owocna ze wszech miar. Po pierwsze, z jedną gałęzią doszedłem do pierwszej ściany, tj. do AD 1807. Co prawda pozostaje jeszcze grzebanie w Liber Mortuorum, ale w ten sposób zyskam może jedno pokolenie. Po drugie, zaliczyłem pierwszy przypadek ubytku przodków. Po trzecie, zyskałem praszczurów kosmitów – dziecko chrzczone w parafii, aktu ślubu i pogrzebu brak. Albo pobierali się wcześniej, niż ujęły to księgi, albo muszę sprawdzić raz jeszcze. Po czwarte, przyuważyłem przecenny napis w Status Animarum – potwierdzają się hipotezy o niegdysiejszej świetności rodu [circa piętnaścioro osób na gospodarstwie, czworo parobków, dwie dziewki służebne i młyn to jednak lans]. Po szóste – pracy jeszcze czeka mnie sporo, ale pierwszy sygnał o powolnym wysychaniu źródeł z mojej parafii już jest. Na szczęście następna kopalnia jest dwadzieścia kilometrów dalej, a i proboszcz znajomy.

* * *

W sobotę – rzecz przebojem mieszcząca się w pierwszej trójce popełnionych przeze mnie kretynizmów życiowych i pewniak do Top100 Nagrody Darwina. Dobrze, że przeżyłem. I nie pytajcie więcej, bo i tak nie napiszę.

Piątek.

Sieć domowa bezkablowa jest wreszcie zabezpieczona we w miarę sensowny sposób – WPA/WPA2 na razie powinno wystarczyć. Jeszcze tylko wpasupplicant [bardzo dobra nazwa, naprawdę bardzo dobra nazwa] na ubuntu i wszystko będzie działać mniej więcej zgodnie z oczekiwaniami. A przy okazji – gdyby poszło na noże z moim ISP, mam już co najmniej dwie bezkablowe alternatywy, mharharharhar [a podejrzewam, że z wykorzystaniem jakiegoś wardrive kita jeszcze więcej].

* * *

Łachudry bankowe łoją na pożyczkach po 20%, a na miesiąc – dwa na lokacie nie udało mi się znaleźć [fakt, nie szukałem długo ani z wielkim zainteresowaniem, po prostu zbrauzowałem [(c) Paczor] kilka placówek] oprocentowania powyżej 4%, z czego jeszcze swoej odbierze belkowe. A kij wam w oko z waszymi poduszkami, sprężynkami, przyjaznymi bankami i innymi duperszwancami. Tak sobie tylko gderam, wiem, że majątku na lokatach się nie zbuduje [zawód rentiera – przynajmniej chwilowo – mi nie grozi], ale wkurz pozostał.

* * *

Kaszlę, z małymi przerwami – od paru tygodni. Życzliwa dusza sprzedała mi historyjkę o swoim koledze, u którego po paru miesiącach takiej – excusez le mot – charkaniny wykryto raka. Muszę iść do przeglądu.

* * *

W sobotę, o ile nic się nie pochędoży – znów wizyta w archiwum. Mniam!

Pośfiątecznie.

Ladies and gentlemen, fheszcie mokę osnajmić s czystym sumieniem na szehszym fohum: Advena fystahtofała! Fff oczyfiście to pszehópki, pęcie smienione, najfaszniejsze to pastfa dla kookli.

* * *

Nipy śfięta pofinniśmy pszeszyfać f fymjasze duchofym… a jak się spiepszy pokota, to niszej potpisanemu i tak nic nie pomosze. Khhh. Małej szem fiary, cósz.

* * *

Ciecko na pahana potczas spacehu najlepiej umieszczać se stołka. Jeśli podhośnięte ciecko umieszczamy pochylając się nat nim ot tyłu, zamiahując fsiąć na szeczonego pahana piohąc je pod pachy [i hopaaaaa f kóhę!…], hyzykujemy pszedfczesny potskok ciecka, thafiająceko – jakszepy inaczej – w naszą khtykę, pszemieszczenie się naszeko japłka adamowego pszebojem na dhugą sthjonę szyjneko otcinka khękosłupa i okólny communication bheakdown, co jak witać skutecznie otbija się nafet na fohmach pisanych.

* * *

Pszeczytany Sihe Haspaila, jestem f thakcie Phatchetta, tytuł safieha coś o kontynencie. Hefelacja.

Ścinki palmowe.

Powoli opada mój entuzjazm względem produktów Samsunga. Kiedyś dałbym się za nie pokroić – rewelacyjne głośniki, bardzo dobry monitor, fajny odtwarzacz… X700 niby ma wszystko, co trzeba, ale mam wrażenie, że zrobili go prawnicy – wszystko, co trzeba, żebyś ich nie pozwał za brak funkcjonalności, i nic więcej. Ot, choćby brak oggtwarzania. I teraz moją całą kolekcję, oggowaną pod oggtwarzacz, mogę wsadzić w miejsce, którego słońce blaskiem swoim szlachetnym nie oblewa. Ot, choćby DRM. Ot, blokada klawiszy – blokując, telefon zostawia aktualny obraz ekranu, nie wraca do głównego menu. Ot, niemożność [chyba] ustawienia jednocześnie dzwonka i wibracji. Itede, itepe. W zasadzie pierdoły – ale pierdoły, które zdarzać się nie powinny. Są do tego jakieś ruskie mody, ale kabel do flashowania kosztuje 50 zeta, a usługa pewnie niewiele mniej, ale za to daleko. Ale i tak pewnie się skuszę, bo muszę, żeby toto się nadawało do pracy.

* * *

Przeglądam reklamówki różne przeróżne. Z dwóch przejrzanych wielkich obaj – HP i Asus – zalecają system operacyjny Windows Vista Business. Ktoś się chyba z głupim przez ścianę macał.

* * *

Wizyta w Lipnicy Murowanej z okazji konkursu palm i poszerzania horyzontów. Jestem autentycznie pod wrażeniem. Palm, jedzenia [pierogi z baraniną i oscypkiem!!!], historii, kościoła św. Leonarda i pozytywu skrzynkowego. Z edycją tego ostatniego hasła na Wikipedii zaczekam do jutra, bo dzisiaj ktoś mógłby to wziąć za żart primaaprilisowy.

* * *

Zaczynam czytać Sire Raspaila. Rekomendowana przez Pospieszalskiego i taka… pospieszalska właśnie. Czarnobiała, trochę naiwna, zbyt idealistyczna NAWET jak na mnie… Historia próby restauracji monarchii w dzisiejszej Francji. A jednak czytam. Bo jednak wciąga. Bo zauważam u siebie ostatnio ucieczkę od teraźniejszości – z jednej strony, na ile tylko mogę, chłonę fantastykę, z drugiej – uciekam w genealogię [czego to objaw?…]. Bo lubię w książkach sytuacje, definiowalne stwierdzeniem, że dżentelmen podejmuje się tylko przegranych spraw. Aczkolwiek z katolicko – literackich prób reanimacji najstarszej córy Kościoła dużo bardziej przemawia do mnie ziemkiewiczowskie Źródło bez wody. Ale przeczytać chyba warto. Z pewnością warto.