Ścinki, po prostu ścinki.

Jogger wczoraj nie działał. Wygląda na to, że podobnie jak Paczor, ja również zaczynam odczuwać coś na kształt fizycznej pamięci blogowania. Nałóg toto chyba jeszcze nie jest, ale już czuję się pozbawiony pewnego kawałka rzeczywistości. Niechby i wirtualnej.

* * *

Przedwczoraj zasnąłem godzinę po rocznicoślubnej kolacji śródziemnomorskiej z jednym kieliszkiem martini, wstyd i niewyobrażalna żenada, wymówka ta sama – przemęczenie. Żona zwlekła mnie z łóżka o 23:00 tylko po to, żeby pościelić łóżko na dwie osoby. Karoshi.

* * *

Podchody uskuteczniane naprzeciw Beenhakera osiągnęły swoje apogeum wczoraj, kiedy to w dniu meczu jak zwykle o wszystko okazało się, że trener reprezentacji narodowej [Kefira przepraszamy za przymiotnik] pracuje w Polsce na czarno. Mazowiecki polskiego futbolu nie widzi w tym niczego złego. Brakuje mi pokładów zgryźliwości na adekwatny komentarz. A poza tym wszystko jest wspaniale, a publikowanie takich informacji w dniu meczu z Serbią jest działaniem ze wszech miar przypadkowym. Ortodoksyjni Żydzi powinni do swojej porannej modlitwy Dziękuję Ci, Panie, żeś nie stworzył mnie kobietą dodawać … i dziennikarzem.

* * *

Przeczytany Inquisitor. Zemsta Azteków Inglota. W zasadzie rozwinięcie opowiadania Inquisitor, nie wnoszące wiele więcej treści w stosunku do oryginału. Ale czyta się lekko, łatwo i przyjemnie.

* * *

Przeglądam porwaną z domu rodzinnego książkę Zaczynam dobrze fotografować, wydaną jeszcze we wczesnych latach siedemdziesiątych. Książka kompletnie już nieprzydatna. W jednej trzeciej – przeczytana i [z grubsza] zastosowana [w części dotyczącej kompozycji z przyległościami], w drugiej trzeciej – nieprzydatna [chemia, wyposażenie ciemni i takie tam], w trzeciej trzeciej – nie do zastosowania [sztuczki z ostrością i z obiektywami, gdzie moją cyfrówką mogę co najwyżej manualnie naostrzyć se ołówek]. Jedna strona w podstawowym zarysie omawia absolutne podstawy aktu, jako ilustracja tematu, nieco z przymrużeniem oka – kąpiąca się na oko w łazience ośmiolatka. Książka według współczesnych kwalifikuje się zapewne jako pornografia dziecęca, bo niespecjalnie sobie wyobrażam dzisiaj jakiekolwiek okoliczności, w których takie zdjęcie mogłoby ujrzeć światło dzienne. A poza tym ze wszystkich stron dobiega mnie jazgot, że to Kościół ma obsesję na punkcie seksu.

Dyskretny urok ignorancji.

U źródeł tego wszystkiego, co działo się wokół teczki Jacka Kuronia, leżał grzech dziennikarski. Napisanie, że wykładanie ubekom prawd oczywistych to „negocjacje o charakterze politycznym”, było tyleż nieprawdziwe, co zabawne. Wiara w to, że podrzędny major SB mógł być partnerem do „negocjacji”, pachnie – delikatnie mówiąc – ignorancją.

Konrad Piasecki, Interia. Link
Czyżby więc Piasecki był bardziej poinformowany w sprawach bezpieki od Wałęsy, który broniąc Kuronia sam mówił o negocjacjach? To, że dziennikarze najmądrzejszą nacją w Polszcze są, wiadomo od dawna… tyle, że o negocjacjach wspominał sam exprezydent. Ten sam, który w chwili zamroczenia po pamiętnej uchwale lustracyjnej stwierdził, że coś tam podpisał. Wersja narodowej prawicy może i nie jest najstrawniejsza, a Giertych jest gupi i ma wszy, jak ruskie czołgi, ale wygląda [wersja, nie Giertych] przynajmniej spójnie i całościowo, w przeciwieństwie do wersji prezentowanej przez ludzi rozumnych.

Ścinki popkulturalne.

Wyszedł był nowy numer Histmaga, a w nim – poza oczywistą porcją artykułów historycznych – m.in. początek cyklu Nauka gineko^Wgenealogii w weekend oraz moje rozumienie polskiej racji stanu. Do lektury zapraszają naczelny dystrybutor Oriflame i pozostali członkowie Redakcji.

* * *

Obejrzane: Constantine, Piła i Bruce Wszechmogący. Żaden z tych filmów nie zasługuje na obejrzenie, poważnie. O Constantine miałem napisać jako o moralitecie, ale na szczęście zdążyłem wytrzeźwieć. Po prostu Adwokat diabła w wersji light, dla grubych nastolatków, na dodatek nieszczególnie zrobiony. Bruce – totalna żenada, w dodatku z rzucającymi się do gardła niekonsekwencjami w fabule; ani to komedia, ani [polubiłem to słowo] moralitet. Piła – naprawdę nie wiem, kto to kręci i kto to ogląda. Lubię obejrzeć dobry thriller / horror / whatever. Ale to musi mieć jakiś sens fabularny, musi być oglądalne od strony wizualnej i wogle. Jeśli filmy pokroju Dobermana, Nieodwracalnego czy Piły właśnie mają pełnić rolę testera smaku filmowego czy twardości charakteru, to tak – jestem pozbawiony wrażliwości na eks(pery|tre)menty sztuki filmowej, a na dodatek jestem mięczakiem.

* * *

Przeczytane: Popiół i krew Grzędowicza i [po raz enty] któraś część Don Camilla Guareschiego. Rewelacja, no. Grzędowicz jest mistrzem w kreowaniu czegoś, co na własny użytek nazwałem przystanią outsidera, polski Chandler. Niepokoi mnie mój podziw dla niego, mogący świadczyć o podświadomej identyfikacij [a kysz, niech żyje nam człowiek sukcesu!] z bohaterami… ale czyta się go fąfastycznie. Don Camillo – nic dodać, nic ująć. Ciepła lektura w sam raz na momenty, kiedy w wyścigu szczurów trzeba przypomnieć sobie niegdysiejsze ministrantowanie, świat, znikający w czasie przejściowym i archetypy ludzi, do których chciałoby się wrócić na przekór czasom i właśnie ludziom wbrew. Piękna rzecz. I pomimo braku takowych ambicji, nieświadomy i budujący moralitet. Czy pisałem już, że lubię to słowo? Grzędowicza polecam z pewną taką nieśmiałością, koniec końców nie każdemu przypadnie do gustu sceneria horroru – ale Guareschi jest dobry na wszystko.

* * *

Na tapecie – Inquisitor. Zemsta Azteków Inglota. Zapowiada się niezgorzej.

Zamęt okołoalternatywny.

Lewactwo się jednoczy. Wczora z wieczora słuchałem mów zjednoczeniowych i układów gimnastycznych ze szczególnym uwzględnieniem szpagatu Onyszkiewicza, który na wyjaśnienie muki zgotowanej wyborcom swoim miał tylko bredzenie o historycznej konieczności [sic!] z durnym w sumie przypuszczeniem, że nikomu się to nie skojarzy. Skojarzyło się, przynajmniej mnie.

* * *

Inni płaczą, że Polska nie doczekała się jeszcze prawdziwej lewicy antykomunistycznej. Ależ doczekała się! Unia Pracy, demokraci.pl… Tyle, że dla lewicy w Polsce [przynajmniej tej nazwanej explicite] istnieje tylko jedno zaplecze targetowe – postpezetpeerowski beton pospołu z socjalistycznym proletariatem – a im lewica komunistyczna gwarantuje w ramach wartości dodanej pochwałę systemu, kiedy wszyscy byli piękni i młodzi [a przynajmniej młodzi, klasa robotnicza nigdy nie niosła szczególnego seksapilu, za wyjątkiem nieletnich zbieraczy kokosów płci żeńskiej na Hawajach] oraz gremialną wyżywkę na Kościele, czego nowej lewicy specjalnie robić nie wypada. Reszta narodu jest z gruntu uczciwa i chcąc głosować na system, gdzie przy kapitalistycznych dochodach człek naobija się jak w socjalizmie, głosują na pożal się Boże prawicę, za co jeszcze jest szansa usłyszeć podziękowanie z ambony w tych parafiach, które nie wiedzieć czemu wzięły sobie do serca ględzenie o wolności słowa w państwie demokratycznym. W sumie chłopy z lewa gonią w piętkę, co mi specjalnie nie przeszkadza, bo następne trzydzieści lat dyktatury prawicowej [niechby i prawicowość tej dyktatury była li tylko definiowana znakiem krzyża] byłoby miłą odmianą. Skoro i tak gospodarczo jesteśmy skazani na socjalizm, to działa stare przysłowie, w myśl którego jak się nie ma, co się lubi, to się lubi ser podlaski.

* * *

Na zakończenie – podśmiechujka. Politycy zjednoczonego lewactwa dawno nie imprezowali, inaczej bowiem z pewnością dotarłaby do nich przepyszna puenta ich bredzeń o konieczności opracowania alternatywy. Jak widać, pojęcie alternatywy jest dobrze i od dawna znane w przyrodzie. Żarcik przeklejony skądkolwiek i tylko dlatego, że nie chciało mi się go przepisywać:

Przychodzi Mojsze do rabina i mówi – Rabe, co to takiego jest „alternatywa”?
– Alternatywa – powiada rabe – to tak, jakbyś kupił cztery kury. Te cztery kury zniosły ci jajka, i z jajek wylęgły się następne cztery kury. Masz już kur osiem. I te osiem kur znosi jajka, z tych jajek wylęga się kolejne osiem kur, i masz już kur szesnaście. I szesnaście kur znosi jajka, z tych jajek wylęga się szesnaście nowych kur. I masz już kur trzydzieści dwie. I wtedy przychodzi straszna powódź, i te wszystkie twoje kury, razem ze wszystkimi jajkami w cholerę się topią!
– No dobrze, rabe – powiada Mojsze – wszystko rozumiem. Ale gdzie jest alternatywa?
– Alternatywą – powiedział rabe – są kaczki.