Sobota, z dala od ludzi.

Wczora z wieczora, pożegnawszy telefonicznie Żonę jadącą do Małej, wydałem z siebie głośne WHOAH! i zaprosiłem do siebie na weekend Chaos. Chaotycznie wypiłem dwa piwa, chaotycznie poszedłem na nocny TPS do ARSu i równie chaotycznie [bo na głodnego] nabawiłem się dzisiaj umiarkowanego kaca. A dzisiaj na śniadanie – lody algida z trzema plasterkami wędliny, popite ciepłą herbatą. Stwierdzam po raz enty, że jakkolwiek w życiowym RPG jestem raczej lawful, to jednak od czasu do czasu getting chaotic niezbędne jest dla nabrania w miarę dobrego samopoczucia, amen. Witaj, entropio.

* * *

Na TPSie – Salma Hayek i Penelope Cruz w żeńskim wydaniu Wild Wild West, czyli przedpremierowy pokaz Senoritas Bandidas [tak się toto chyba nazywało]. Film w zasadzie głupawy, meksykański western na wesoło – z wesołością obliczoną IMHO na szesnastoletnie siksy oraz na panią w okolicach lat dwudziestu pięciu, rozchichotaną ze swoim konkubinem za moimi plecami w kinie, co doprowadzało mnie do bladej furii. Ale… po odrzuceniu cezury wiekowej film w zasadzie da się oglądać lekko, łatwo i przyjemnie, czyli wieczór w sumie spędziłem tak, jak chciałem, chociaż wolałbym pewnie jakiegoś thrillera holywoodzkiego, gdzie bohater dostaje na końcu dziewczynę. Ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi ser podlaski.

Przespane zniknięcie hitlerowców.

Kaźmirz M. Ujazdowski zgłosił zmianę nazwy KL Auschwitz. I dobrze, chociaż ja na jego miejscu z budżetu ministerstwa opłaciłbym coś na kształt Ligi Antydefamacyjnej i wynajął prawników, którzy za miliony baksów procesowaliby się z ludkami, używającymi sformułowań w rodzaju polskie obozy koncentracyjne, a dzieląc się fifty-fifty odszkodowaniami, wzbogacaliby Skarb Państwa IVRP. Tylko dlaczego zaproponowana nazwa to Były Nazistowski Niemiecki Obóz Koncentracyjny i Zagłady Auschwitz-Birkenau? Dlaczego nazistowski, a nie hitlerowski? Pytanie na wszelki wypadek – retoryczne.

Cytat, czyż nie piękny?

W nawiązaniu do dzisiejszych takich, cytat w swojej adekwatności wprost przecudowny, bo adekwatny podwójnie: raz, że o ambasadorze, dwa, że pokazujący pewien sposób myślenia. Bez dedykacji, bo jeszcze się ktoś obrazi i po co mi to :>

Nie brakowało w owym czasie w Polsce warchołów, lecz ambasador, książę Repnin, żonaty z siostrzenicą Panina, radził sobie i z nimi, i z „woskową kukłą”, jak nazywała [Katarzyna II – przyp. torero] swojego kochanka, którego uczyniła królem Polski. Repnin wydał się jej i Paninowi odpowiednim narzędziem, posiadał głowę na karku. Swój egzamin polityczny zdał, mając 28 lat, w ostatnim roku panowania Elżbiety, gdy pewnego medyka, którego Panin nie lubił, ale który cieszył się łaskami wpływowych kół dworskich, oskarżono donosem o przygotowanie zamachu bombowego na carycę. Repnin udowodnił, że lekarz ten skonstruował „machinę piekielną”, żeby wysadzić w powietrze Pałac Michajłowski. Okazało się wprawdzie, że oskarżony nie zbudował „machiny piekielnej”, ale mógł ją zbudować, ponieważ posiadał wszystkie potrzebne ku temu materiały. Wprawdzie żadnych takich materiałów u niego nie znaleziono, ale mógł je zdobyć, gdyż miał szwagra rusznikarza. Co prawda nie posiadał szwagra, albowiem siostra jego była starą panną, ale w każdej chwili mógł ją wydać za mąż. Lekarza słusznie zesłano na Sybir.

Waldemar Łysiak, Wyspy bezludne, rozdział o Katarzynie II

Let’s kick Materazzi out of football.

A ja bronię Zidane’a. Na mendy społeczne, zachowujące się tak, żeby tylko osłabić przeciwnika, nie dbając o formę, sposób może być tylko jeden, akurat kładzenie na przeciwnej szali dobra drużyny nie jest najszczęśliwszym pomysłem. Boziewicz kombinował dobrze, w sytuacji braku kodeksu honorowego zostaje paranoiczne puszczenie całości płazem lub równie paranoiczne wypłakiwanie się przed sądem, opisując z detalami szczegóły obrazy. A nawet, jeśli obrażanie kogokolwiek to element taktyki futbolu – to ja się z takiej taktyki i takiego futbolu wypisuję. A mali ludzie z małym poczuciem przyzwoitości niech dalej narzekają na Zizou. Gloria victis!

* * *

Dobrze, że popłynęły przynajmniej drobne szachraje Portugalczyki z wiecznie zapłakanym drobnym oszustem bazarowym Krystianem Roladą – inna rzecz, że ostatnie dośrodkowanie Figofago było urody przecudnej.

* * *

Przeczytane Nieprawe łoże Wolskiego. Tego nie da się czytać, korektor w godzinach pracy najwyraźniej zrobił sobie wolne, stopień korekty tekstu w tej książce woła o pomstę do nieba. Natomiast merytorycznie – bez zarzutu.

Znalezione u Nerfa.

Często słyszymy o potrzebie wyboru między lewicą i prawicą. Chciałbym jednak zasugerować, że nie istnieje coś takiego, jak lewica i prawica. Jest tylko góra i dół. Możemy podążać w górę, w stronę naszego odwiecznego snu – wolności jednostki, powiązanej jednocześnie z prawem i porządkiem, lub w dół – w stronę totalitaryzmu. Ci, którzy chcą poświęcić naszą wolność w zamian za opiekę społeczną i bezpieczeństwo, wybrali ścieżkę wiodącą w dół. Ronald Reagan.

Ciekawe czasy

Znów zagęszcza mi się przestrzeń zdarzeń tak, że nie ma kiedy załadować. Na szczęście i mundial się kończy, i pewne rzeczy się rozwiązują. Co prawda rzeczy nie rozwiązują się w takim tempie, w jakim bym sobie tego życzył, a i nowe dochodzą nieustannie, ale i tak nie jest najgorzej. Ciekawe czasy, zaiste. I ciekawy rok.

* * *

Wczoraj: zakupy. Z butami jak zwykle problem: na czterdziestce kończy się w większości numeracja dziecięco – młodzieżowa, od 42 zaczyna numeracja męska. A ja mam 41, na szczęście w dobie postępującego uniseksu chodzenie w damskich butach [za wyjątkiem szpilek i espadryli, czy jak to się tam nazywa] nie stanowi już takiej padaki :> Na szczęście kupowałem tylko adidasy 🙂

* * *

Zanabyty najnowszy Wolski, Nieprawe łoże. Wciąga jak cholera. Ten facet zdecydowanie mniej powinien tworzyć kabaretów, zdecydowanie więcej – esef.

* * *

Ciekawy i w zasadzie napawający optymizmem artykuł w Ozonie. Polecam.

* * *

Zanabyta Coma, Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków – zespołu nie znałem, ale stwierdziłem, że kostnienie w swoich gustach muzycznych [jakkolwiek jedynie słusznych] nie jest rzeczą najlepszą. Powodowany ętuzjazmem Klisa chciałem kupić i usłyszeć coś Toola, ale nie mogłem niczego znaleźć.
Sama płyta – magiczna. Uli się nie podoba. A mi… well, gdybym usłyszał ją w piekące południe w radiu [lub gdybym nie zapłacił za nią trzydziestu paru zeta], pewnie ominąłbym ją szerokim łukiem. A tak?… Bardzo ładna książeczka, cisza w bloku przed północą i muzyka, dobiegająca do snu, niczym w starych czasach, kiedy Barony, Kaczkowskie i Niedźwieckie przygrywały po powrotach z tepeesów. Muzyka wymykająca się – przynajmniej jak dla mnie – wszelkim racjonalnym klasyfikacjom, odbierana raczej końcówkami zakończeń nerwowych. Może to ona – a może to deficyt klimatów piątkowych nocy, na które przynajmniej w tym ciekawym roku przestałem liczyć.

* * *

Podczas wczorajszej wizyty agenta – atak kataru, ciągnącego się z mniejszym bądź większym natężeniem od tygodnia. I cholera jedna wie, czy to basen, czy katar generyczny, czy jakaś alergia. Początkowo [i środkowo też] miałem brać to na przeczekanie, ale doprowadzony wczoraj do ostateczności, wziąłem Zyrtec, wymasowałem sobie stopy [receptory zatok czołowych znajdują sie na opuszkach paluchów „na krzyż” – prawa stopa odpowiada za lewe zatoki i vice versa, gdyby ktoś potrzebował] i strzeliłem sobie średnią wódkę. Pomogło momentalnie, nie wiem tylko, co [wódkę wykluczam].

* * *

Dzisiaj piątek, a od poniedziałku dostaję do pomocy pomagierkę. Wszystko zaczyna się jakoś układać. Jest dobrze.

Samoobrona, cudzoobrona.

Hojarska zamierza pozwać Majewskiego do sądu za tendencyjne przedstawienie jej w programie „Szymon Majewski Show”.

I o ile babka mi lata koło pióra, to gdyby tę kloakę, aspirującą do miana programu satyrycznego ktoś wreszcie zdjął z ramówki, nie miałbym nic przeciwko temu. Nie, nie względu na którąś szczególną parodię – istnienie tego czegoś dowodzi czarno na białym, że kształtowanie gustów widzów przez telewizję przekształciło się w swoje zupełne przeciwieństwo. Nie można tego nazwać nawet pośmiechujką, bo byłaby to nobilitacja.

There ain’t no peace in the farmyard since the little brown^Wred roosters’s been gone.

Eurokomuna łapie bulwersa, bo Giertych senior porównał hiszpańskich socjalistów do bolszewików, a o generale Franco wyraził się pochlebnie. I dobrze. A swoją drogą, kiedy jakiś lewak naubliża katolikom albo artysta powiesi genitalia na krzyżu, to ich wypowiedzi są co najwyżej kontrowersyjne. A tu proszę, Interia nazywa wypowiedź Giertycha oburzającą. Co za stanowczość i odwaga dziennikarska, no po prostu nie mam słów.

* * *

Czytam Miecz Orientu Ziemiańskiego. Nędza, prawdę mówiąc. Nie brałem się za alegoryczne traktaty pseudofilozoficzne za młodu, nie podchodzą mi i teraz.

Jak Czubaszek z Poniedzielskim

Wpadły mi w ręce dialogi Marii Czubaszek z przeróżnymi VIPami…
Maria Czubaszek: – Czym jest dla ciebie optymizm?
Andrzej Poniedzielski: – Formą przejściowej utraty kontroli nad organizmem.

Dobre stwierdzenie. Takie… zabijające. Byleby tylko nie stało się mottem tego tygodnia.

* * *

Auto daleko, odpoczywa. Przesiadam się na komunikację miejską, nadrabiam zaległości czytelnicze.