The day after.

Skaner skaziczny działa. Nie działał, ale trzeba było najpierw włączyć skaner, a dopiero potem komputer – i zadziałał, widocznie jestem mentalnie zbytnio w oparach technologii Plug’n’Pray. Kooka jest fenomenalna na pierwszy rzut oka, coraz bardziej przekonuję się [lepiej późno, niż wcale, jak powiedział stary Żyd, spóźniając się na pociąg] do idei przeróżnych galerii, projektów i takich tam – dotychczas byłem zwolennikiem podejścia opartego na bits and pieces, ale zaczyna mi wychodzić to już bokiem. Mr. G. jednak jeszcze się nie zdecydował na podmianę, więc napawam się tym skanerem, póki mogę.

* * *

Poranek z telewizją okazał się zajęciem ze wszech miar fascynującym i brzemiennym w doświadczenia i skutki. Dowiedziałem się, że Dolores nie powiedziała czegoś Pedrowi, poprzez zaniechanie straciłem swoją życiową szansę na wygranie 30 tysięcy kredytów, wysłuchałem wywiadu z biegłym, który wydał opinię zwalniającą z więzienia psychopatkę [która po wyjściu zamordowała dziewięcioletnią dziewczynkę] oraz poznałem tajniki produkcji ementalera.

Orgazm genealogiczny.

Jeśli chcecie już teraz doprowadzić Wasze przyszłe praprawnuki do czarnej rozpaczy, zostawcie w spadku po sobie kilkadziesiąt zdjęć grupowych, najlepiej z Waszą Rodziną. I pod żadnym pozorem ich nie podpisujcie.

* * *

O ile Święta od strony metafizyczno – religijnej spędziłem w granicach odchylenia standardowego, o tyle od strony mojego najnowszego hobby – tytułowo. Wyjąwszy overkill ze wspomnianą kolekcją z lat pięćdziesiątych i wcześniejszych, trafiło się nawet kilka rarytasów z 1903 roku, co z tego, skoro poza jednym z nich [WHOAH!] – wszystkie incognito. Na jednym z późniejszych (1953) – śp. Dziadkowie z sąsiadami na fotografii, jak mniemam, dowodowej, podczas masowej akcji wyłapywania stonki. Dziadek opowiadał, że imperialistom trzeba było dać stanowczy odpór [bo inaczej odpór kułakom dawał ustrój] i wyłapywanie stonek odbywało się na zasadzie podobnej dobrowolności, co dostawy obowiązkowe. Towarzystwo przeszło w poszukiwaniu, zadeptując przy okazji znienawidzonym sąsiadom – kułakom uprawy [ot, praktyczne efekty wdrażania solidaryzmu społecznego, które do dzisiaj nikogo niczego nie nauczyły], nie znalazłszy oczywiście ani jednej stonki. Parę lat później, kiedy rzeczona stonka była się faktycznie zdesantowała, nie obchodziło to już nikogo.

* * *

Doszedłem do pewnego niezręcznego – mówiąc najłagodniej – etapu tworzenia drzewa, natknąwszy się na zadawnioną wróżdę rodową. Zastanawiam się, co robić dalej. Prawda was wyzwoli, ale niespecjalnie uśmiecha mi [i nie tylko mi] się podpinanie do nas co poniektórych… hm… zostanę przy „co poniektórych”. Cóż, meandry genealogii. Wyjście jest salomonowe – podpiąć tylko metryki i nie zajmować się tym więcej – i tak chyba zrobię, sztuki nie ukrzywdziwszy. Wilk będzie syty i z owcy jeszcze dużo zostanie.

* * *

Robienie interesów z Mr. G. to ostatnimi czasy czysta przyjemność. Właśnie wyszedł projekt zamiany mojego parszywego windzianego Microteka na deczko leciwego Musteka. Mr. G. dostanie rzecz w miarę nowoczesną, działającą na USB i oko cieszącą, niżej niepodpisany – kartę skaziczną, a przede wszystkim skaner działający pod susłem, ha!

Cisza w eterze.

Jakiś czas temu zrezygnowałem z Onetu jako głównego [no dobrze – jednego z główniejszych] źródła informacji. Bo plastik, bo brakowało ciekawych artykułów, bo tak. Przerzuciłem się na Interię. Bo Hołdys, bo Michalkiewicz, bo RAZ.
Michalkiewicz się był wyraził nieprawomyślnie w RM 27 marca. Cytował nie będę, kto chce i jeszcze się nie dowiedział, wygugla. Ostatni felieton zamieścił na Interii 24.03, następny więc wypadał w okolicach 31.03. Nie wypadł. Bez sądu, w kraju rzekomo wolnych mediów, w medium zupełnie nie powiązanym z RM, ani nawet z GW, czerwone gnojki, tym razem z frakcji RMF znów załatwiły sprawę po swojemu. O ile mi wiadomo, bez dania jakiejkolwiek racji i bez jakiegokolwiek wyjaśnienia dla czytelników, bo i po co. Był i znikł, bo go wezwał NIK. Najwyraźniej wolność słowa kończy się w okolicach Kazimiery Szczuki. Zaraz chyba włączę sobie RM.

Ścinki

Sąsiadom znów ukradli samochód. I kupuj tu nowe auta.

* * *

Po długiej przerwie wyszedł 51 numer Histmaga, a w nim – m.in. mój felieton gastryczno – estetyczny. Zapraszam w imieniu Redakcji i własnym.

* * *

Abstrahując od kwestii estetycznych, Samoobrona w rządzie może nie okazać się taka zła. Nie żebym był za, co to to nie, ale nie musi być najgorzej. Jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, gdzie Lepper i spółka dostają jakieś ochłapy i nie mieszają się do rzeczy poważnych. Gilowska może bije pianę. Może. ATSD dziwią mnie ludzie, którzy dostają womitu na widok Leppera, a nie przeszkadzają im inne postpezetpeerowskie mordy wtłoczone w garnitury. Cóż, estetykę najwyraźniej też można wytresować. A pozostając przy Lepperze, jak dla mnie demokracja ludzi myślących poszła w krzaki nie w momencie, kiedy ma on szanse zostać wicepremierem, tylko znacznie wcześniej, kiedy nie poszedł siedzieć. Teraz, w myśl starego porzekadła, tylko obrywa się dno.

* * *

Od dzisiaj znam pierwszego doktora, do którego mogę zwracać się per „ty”… przynajmniej na razie. Gratulacje, Nocny.

Ryba bez roweru.

Odpuściłem sobie wieczorną lekturę, żeby obejrzeć na TVP wspomnienie o Kaczmarskim.

Wspomnienie się zaczyna. Jakaś gromadka ludzi w jakiejś salce, pan prowadzący próbuje wytłumaczyć, że taka mała salka, bo Kaczmarski lubił występować w takich małych salkach i że jest tak mało ludzi, bo wzięli małą salkę. I nawija, że Kaczmarski zaglądał do kielicha. Przerywa mu facet, który wspomina, jak to Kaczmarski wstał, napisał tekst, wypił, poszedł na trzy godziny na uczelnię, wypił, wrócił, napisał tekst, wypił, poszedł gdzieś, wrócił i wypił. Cięcie. Na scenie zespół wokalno – instrumentalny. Instrumentalnie dają radę. Cięcie. Pan mówi, że Kaczmarski miał rozdźwięk, bo śpiewał o wartościach, a w życiu tych wartości nie miał. Że śpiewał dla Kwaśniewskiego, Oleksego i Millera [Rechot Słowackiego, na przykład – przyp. mój]. Cięcie. Śpiewającą panią na scenie znów przerosła jakaś ballada. Cięcie. Pan mówi, że teledyski będą. Leci Świadectwo. Pierwsza i ostatnia zwrotka, widocznie teksty ze środka o koleżankach się nie nadawały. Cięcie. Pana na scenie, z postury i zachowania przypominającego Grabowskiego w swoich najgorszych (czyli nieustających) latach, przerasta Mistrz Hieronimus van Ayken. Cięcie. Pan wspomina, że Kaczmarski pił. Cięcie. Zespół wokalno – instrumentalny znów coś przerasta. Fadeout.

Kącik czytelniczy

Zakupione, przeczytane: Nocarz Magdaleny Kozak i Najgorszy Łysiaka [na ukończeniu].

* * *

Nocarz nie zawiódł, rekomendacje Grzędowicza i Ziemiańskiego okazały się być prawdziwe, a ich entuzjazm – niekoniecznie wynikający z kontraktu czy zawodowej solidarności. Tak naprawdę, ciężko jest Nocarza zakwalifikować do SF. Jeśli już, to raczej do nurtu wywodzącego się ze zmiany jednego czynnika rzeczywistości [w tym przypadku dopuszczenia istnienia wampirów i twórczego rozwinięcia konsekwencji opracowania przez człowieka sztucznej krwi] i opowiadającego na tej podstawie historię. A historia jest opowiedziana niezgorzej. Trochę zalatuje czystym thrillerem, ale i tak podobała się bardzo. Szykuje się druga część, mniam. 9/10.

* * *

ŁysiakNajgorszy to spowiedź umierającego Heldbauma z trylogii łotrzykowsko – heroicznej, zero fabuły, cała książka to coś na kształt wywiadu – rzeki, udzielonego dziennikarce polskiego pochodzenia. To konstrukcyjnie. A treściwie – historia najnowsza [powojenna], coś na kształt Salonu. Dochodzę do końca i jakoś nie mogę sobie wyrobić zdania na temat tej książki. W zasadzie nadaje się ona do oceny przez historyka, i to najwcześniej za parędziesiąt lat, gdyż niektórych teorii nie sposób zweryfikować bez pojęcia o np. realiach tajnych służb. Taki historiozoficzny Daeniken, tyle że dużo wiarygodniejszy od swojego pierwowzoru. Generalnie polecam, choć – jak wspomniałem – pisać o tej książce w sposób „polecam / nie polecam” to trochę tak, jakby oceniać „fajna / niefajna” np. teorię względności. Oczywiście po odrzuceniu panałysiakowych naleciałości typu utyskiwanie na rodzaj ludzki, niezbędna dawka komunałów, upajanie się własnym stylem, itede, itepe. Ale to są tylko didaskalia. Jedno wiem na pewno, do tez postawionych w książce wypadałoby się jakoś odnieść, ale ja jestem na to za cienki [subiektywnie i mało merytorycznie się przychylam, ale to tylko dlatego, że oszołomy spod znaku Łysiaka czy JKMa zbyt często w ostatecznym rozrachunku do tej pory miewały rację]. Może bractwo histmagowe dałoby radę, ktoś chętny?

Kubuś.

Robię się stary i upierdliwy. W Dobranocce lecą jakieś lelawe odcinki Kubusia Puchatka, kasztany przeciw orzechom, że generyczne, o jakichś potworach wylęgłych się z brudu. Nieboszczyk A.A.Milne przewraca się pewnie w grobie.

Kultura

Swego czasu dość sceptycznie – przy całej mojej sympatii dla rozwiązań wolnościowych – podchodziłem do idei całkowitej prywatyzacji kultury. Po coraz częstszych kłótniach z państwowymi teatrami, spektaklami w MDKach, które co rusz komuś się nie podobają, a innym wprost przeciwnie i takich tam dochodzę do wniosku, że całkowite oderwanie od państwowego cycka zadziałoby na zasadzie brzytwy Ockhama, eliminując nieudane eksperymenty za moje pieniądze. „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”. Fakt. Tyle, że mam wrażenie, że niektórych pacykarzy prawda wyzwoliłaby tylko od dolcevity przy pańskim cycku.

ATSD jestem strasznie ciekaw, jak będzie wyglądał np. hiphop, kiedy w końcu doczekamy się jego awansu jako chronionego mecenatem państwowym dobra narodowego. Bo skoro Konopnicka trafiła do narodowego hall of fame jako współczująca, postrzegająca, nakreślająca i walcząca, to taki O.S.T.R. czy Pięć Dwa Dębiec powinni tym bardziej.