Sto gram, sto gram, niech żyje, żyje nam – wpis patetyczny w formie i treści.

GRAMPS obchodzi piąte urodziny. Czytając przygarść wspominków okolicznościowych stwierdziłem, że rządzi nami przypadek. Don opisuje, że GRAMPS narodził się w gruncie rzeczy przypadkiem – ojciec miał dość Windowsa, on sam dostał do obróbki lelawy plik GEDCOM… dopisał mały parser/viewer… potem go namówili, żeby posłał to na SF… a potem to się rozrosło, ludzie zaczęli podsyłać patche, tłumaczenia, poszło… i jakoś idzie dalej. Studium przypadku – ale nie takiego case study, ile raczej random factor study 😉

Podobnie rzecz ma się ze mną. Mimo, że Linuksem zajmowałem się w jakimś tam zakresie od dłuższego czasu, nigdy nie miałem tyle samozaparcia, żeby na niego się zmigrować w stopniu wykraczającym poza odpalanie na zasadzie bo ja jestem linuksiarz. Dopóki pewnego dnia nie kupiłem LinuxMagazine z artykułem o GRAMPSie. Artykuł był niespecjalny [bo i program do skomplikowanych w obsłudze nie należy], ale dowiedziałem się z niego tyle, że jest program do tworzenia genealogii na GPLu. Wystarczyło, wsiąkłem.

Od dłuższego czasu miałem problemy z koligacjami. Karygodnie wręcz nie kumałem własnej średniodalszej rodziny [co nie byłoby jednakowoż takie tragiczne, jako że nie spotykamy się zbyt często], ale co gorsza, nie kumałem również rodziny mojej Żony [co było już dużo gorsze z racji przeróżnych kuzynek, kuzynów, szwagierek et consortes w wieku ślubno – reprodukcyjnym, co implikowało obecność na weselach i nieodmiennie towarzyszącą temu rozpacz genealogiczną, kto od wujka Bronka, a kto od cioci Heni]. Zacząłem więc robić drzewko, wspomagany odwiecznym umiłowaniem tworzenia tabelek, diagramów, zestawień i takich tam. Drzewko rosło… Niepostrzeżenie zaczęło mnie to wciągać do tego stopnia, że zacząłem się dopytywać i węszyć w górę, na boki…

Teraz prace straciły na intensywności. Ale po jakimś czasie… odechciało mi się przełączać na windę tylko po to, żeby coś tam sprawdzić, coś odczytać. Zacząłem szukać programów mi faktycznie potrzebnych. SUSE nadawał się do tego chyba najlepiej z dystrybucji, z którymi miałem do czynienia [Slackware, Mandrake, RH, Knoppix]. Potem przyszła frustracja, że wiecznie na Windę przełącza mnie Ula. Więc zrobiłem oddzielne konto, poinstalowałem potrzebne programy… I tak dalej.

Aktualnie na małomiękkiego Żona przełącza się tylko półzawodowo [programy do PITów, których jeszcze nie ściągnąłem pod Linuksa i BPH, z którym mam jeszcze małe problemy], ja niemalże w ogóle.

A wszystko przez to, że pewnego dnia nie chciało mi się przełączać na windowsa z SUSE, na którym zainstalowałem sobie GRAMPSa. Bez niego nie chciałoby mi się prawdopodobnie wyrzucić billware’u do tej pory. Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam. Z nadzieją, że uda mi się kiedyś odrobić w polu kredyty zaciągnięte od community.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s