Piątek.

Frybzda po długich i ciężkich cierpieniach… nie, nie wstała. Zrekompilowaliśmy jej jajo, a ona w podzięce po reboocie wpadła w panikę, że niezidentyfikowane CPU type or sth. Wygląda na to, że dłubanie przy niej powoli na stałe wchodzi do mojego cotygodniowego planu zajęć. FreeBSD – prawie jak serwer, he he.

* * *

Wczoraj – robocza wizyta na Dolnym Śląsku. Przejazd przez wioski, gdzie nie ma już nikogo do pracy, a prawie nowo wybudowane domy już zaczynają się walić. Jestem przerażony. Dosłownie. Na tle tamtej biedy moje Podkarpacie to El Dorado.

Czary z mleka

Frybzda zaczęła chodzić tak samo psiejsko – czarodziejsko, jak wcześniej przestała. Przynajmniej podpięta bezpośrednio do kabla internetowego. Dzisiaj podpinam swapa, przez brak którego nie poszła wczoraj kompilacja jaja, i obserwuję, co stanie się z frybzdą podpiętą przez huba.

* * *

Nie mam koncepcji na uproszczenie sobie pracy w TotalCommanderze, chodzi o szybkie przełączanie się między katalogami, kopiowanie plików i inne przyległości. Na zdrowy rozum nie da się z tym niczego zrobić, bo wynaciskania klawiszy wymaga zarówno ręczne łażenie po katalogach, jak i poustawianie zakładek i przełączanie się pomiędzy nimi.

* * *

To spadające z nieba białe dziadostwo zaczyna działać mi na nerwy.

Poniedziałek – sucharka kawałek, wtorek – pomidorek.

Od piątku schudłem pięć kilo. Metodą, której zdecydowanie nie ujawnię, a nie ujawniwszy – nie mogę polecić. Nic przyjemnego, anyway.

* * *

Pożyczona panaziemkiewiczowa Viagra mać!. Przyznam szczerze, że nie oczekiwałem, że zrobi na mnie, jako na kimś, kto Ziemkiewicza czyta do poduszki, przed snem, na czczo, po porannym paciorku i w trakcie prowadzenia auta, aż takie wrażenie. Ale cóż – jest to jedna z tych książek, których lewak nigdy nie weźmie do ręki, a prawak wzruszy ramionami i stwierdzi nihil novi. Więc de facto nikomu niepotrzebna. W ogóle na książki ostatnio u mnie niemożebna smuta, nie chce mi się nic czytać, tylko gapię się w telewizor jak ostatni idiota.
Myślę sobie że
ta zima kiedyś musi minąć
zazieleni się
urośnie kilka drzew
niedojedzony chleb
w ustach zdąży się rozpłynąć
a niedopity rum
rozgrzeje jeszcze krew

* * *

Chyba trochę jednak przesadzam z deptaniem gazu do podłogi.

Buzzwords, buzzwords…

Siódmy strażnik zamieszcza felieton honeya. Że jeszcze trochę, i wszystko będzie sieciowe, online, że nasz blaszak skończy jako konsola do gier. Że kończy się czas płacenia za kolejne uaktualnienia, a nadchodzi czas placenia za uslugi online.

Nie sądzę. Po pierwsze dlatego, iż _potencjalnych_ wąskich gardeł przy dostępie do dokumentu online jest więcej [łącze, serwer], niż przy dokumentach trzymanych offline, gdzie zdzierżyć musi tylko sprzęt i OS. W każdym bądź razie ja na pewno nie zdecyduję się na umieszczenie tam rzeczy, które zawsze muszą być pod ręką. Po drugie, na miejsce dyskietki dawno już wskoczyły pendrive’y, dzięki czemu idea „biura pod ręką” nabrała aktualności niezależnie od możliwości oferowanych przez inet. Po trzecie, fascynaci pomysłów Google’a nie nauczyli się niczego ze skompromitowanej dobrych parę lat temu sunowskiej koncepcji komputera sieciowego, Fakt, że infrastruktura jest dziś dużo lepsza, technologia dużo dojrzalsza – ale też przeszkodą na drodze rozwoju netputera nie były warunki technologiczne, tylko czynnik ludzki. Po czwarte – prywatność. To chyba nie wymaga większego komentarza. Po piąte – abonementy są sympatyczne, o ile ktoś nagle nie stwierdzi, że nie potrzebuje więcej aktualizacji. A poza tym – wychodzą na ogół drożej.

Nie przeczę, że pewne dziedziny mają szansę zmigrować ze stacjonarnych pecetów na ten rodzaj outsorcingu. Ale to w dalszym ciągu da nam parę segmentów rynku. Nic więcej.

Uśmiechnięty wróg w kusej spódniczce

W zasadzie miałem o tym napisać już dawno, ale ponieważ większość czasu zjada mi wylewanie żółci, więc jakoś mi umknęło.
Kampania społeczna Cała Polska czyta dzieciom.
Wróg, bo to kolejne marnotrawstwo naszej kasy. Bo jestem przeciw zmienianiu postaw za moje pieniądze, bo uważam podobnie jak moja śp. Babcia, że cham chamem – na wieki wieków, amen! i żadne czytanie książek nie pomoże żadnemu dziecku, jeśli po odłożeniu ślicznej bajeczki mama czy tata pojadą łaciną kuchenną i że czytanie dziecku książek w sytuacji, kiedy całą resztę czasu spędza się przed telewizorem, to kompletna paranoja.
A w kusej spódniczce i uśmiechnięty – bo przy całej mojej negatywnej postawie wobec takich wynalazków muszę przyznać, że mój liberalizm chwieje się w posadach, kiedy widzę tę kampanię. Jak dla mnie – bomba. Ekscentryczny lektor, naładowany patosem, ale tak, że to widoczne gołym okiem i że nie drażni, a śmieszy, strona wizualna dopracowana prześlicznie [obrazek billboardowy jest tutaj], a tekst – jakby Słomczyński po pijaku z Barańczakiem tłumaczyli na polski Carrola, który na grzeczny angielski chciał przełożyć z polskiego Stillera przekładającego Burgessa, po prostu mistrzostwo świata. I bądź tu człowieku korwinistą.

Wieczór jak co wieczór.

Wypadł mi następny ząb. Dziecko postawiło sześciokilogramowy stołek z impetem na swoim palcu u prawej nogi i teraz daje o tym znać. Benzyny w baku mam tyle, że nie wiem, czy dojadę do następnej stacji, roboty wprost przeciwnie. Żonę wywiało i przywieje dopiero za czas jakiś. Fantastyczna ciastolina, stokroć lepsza od zwykłej plasteliny przyniesiona przez Żonine psiapsióły, niech je z tejże okazji mór wydusi [psiapsióły bezchłopne i bezdzietne, co widać po idiotycznych pomysłach przynoszenia dziecku w prezencie fantastycznej ciastoliny], wchłania się doskonale w wykładzinę. A niżej podpisany wydłubuje to chrzanione ustrojstwo, próbując odróżnić go od kotów, w obawie przed dalszym, doskonałym wchłanianiem. Serwer jak leżał, tak leży. Ot, zwykły wieczór, jaki powtarza się w różnych natężeniach od ostatnich parunastu tygodni. Argh. Uff. Hrmpf. Wamać.
Nigdy, ale to nigdy nie próbujcie uszczęśliwiać dzieci Waszych znajomych zabawkami wydającymi odgłosy, farbkami, kredkami, plasteliną ani zabawkami dającymi początek jakimś drogim seriom kolekcjonerskim. Bardziej asertywni rodzice znienawidzą Was bardziej otwarcie, ci mniej asertywni – w skrytości ducha.

Żegnaj, Patryku.

FreeBSD sobie stoi, nikogo się nie boi. A powinno, bo jeśli nie będzie kooperować w grupie i udostępniać ssh podpięte do huba, to dostanie z półobrotu. Inet działa jak kierunkowskaz, raz działa, raz nie. A właściwie raz zadziałał i uznał, że chwilowo mu to wystarczy. Wszystko razem przypomina „Krainę Chichów”. Z tym, że chichy coraz częściej wypierane są przez mruczanki, jeszcze kulturalne ze względu na rozpaczliwe próby wytrwania w łasce uświęcającej. Nie wiem, jak długo jeszcze dam radę. No i oczywiście big credits to Y, bez którego nie byłoby nawet tych okazjonalnych chichów.

To BSE or not to BSE?

Nie obędzie się bez wdrapania się z monitorem i klawiaturą na szafę. Zdalne connectivity z komponentami p.o. serwera, przymocowanymi gwoździami do płyty wiórowej w korytarzu diabli wzięli, a ja nie mam pojęcia, czemu. Rozmyślając nad iście okhamowskim sformatowaniem dysków, rozpaczliwie usiłuję sobie przypomnieć, czy nie mam tam przypadkiem czegoś istotnego. Dochodzę do wniosku, że podobne rozmyślania funkcjonują na zasadzie kota Schrodingera, gdyż i tak wyjaśnią się po formacie… Proces instalacji FreeBSE [w przeciwieństwie do procesu jego obczajania, który jednakowoż mogę przeprowadzić siedząc w fotelu, miast na szafie] nie powinien [buahahahahaha!] zająć mi więcej czasu, niż rekompilacja jaja pod Slackiem [buahahahahaha!], więc dalej się waham. Pewne jest tylko to, że nie stanie tam dżętu, bo zanim doszedłbym do jakiegoś normalnego stage’a na pentium200, dostałbym pewnie nieodwracalnych przykurczów mięśni grzbietu. Trochę szkoda.