Wind of Change

Wielkimi krokami nadchodzi ten dzień w życiu żółwia, kiedy trza coś z czymś zrobić. Era mami mnie, że płacę jakieś księżycowe [w świetle obecnych taryf, nie w kwotach bezwzględnych] kwoty za faktury, co pewnie jest prawdą. Nie wiem tylko jeszcze, czy dać się zbajerować i podpisać nowy cyrograf przed terminem, czy na luzie wyczekać do marca i wtedy wybrać coś ciekawego. Trzeba będzie wybrać się do salonu. Poważnym minusem napalania się teraz jest to, że w tej chwili za zerowe pieniądze nie ma telefonu, który by mi się podobał [no, może poza V3, ale po pierwszej – fakt, że plastikowej – Motoroli wysypka została mi do dzisiaj]. Nokia z dizajnem zeszła ostatnio kompletnie na psy, na wygląd i obsługę SE spuszczamy litościwie zasłonę milczenia, dżentelmeni nie używają wulgaryzmów, a Samsung D600E kosztuje pieniądze, których na komórkę nie wydam prawdopodobnie nigdy w życiu. A może przejść do Plusa? W zasadzie należałoby im się to ode mnie za tych wariatów z Mumio.
No i w końcu trzeba zmienić providera, bo jak długo można siedzieć na niedzielonym SDI? Tylko jeszcze zastanowić się, co naprawdę jest potrzebne, ile gniazdek, kupić switcha… dłobiask, zajmie mi to niewyjęte pół roku. Na szczęście w pracy zaczynam łapać oddech, przynajmniej dzisiaj.

Zimny wychów potomstwa, cz.I – w zależności od okoliczności.

Można faszerować malucha dowolnymi mądrościami życiowymi, bajkami z morałem i dobrym przykładem…
… a i tak mało co jest w stanie wywołać większy feedback dziecięcy, niż mimowolne i wymsknięte określenie kierowcy jadącego przed nami mianem przedstawiciela nielicznej, acz bardzo ostatnimi czasy modnej mniejszości seksualnej, uprawiającego w formie biernej czynność kwalifikującą go do tejże mniejszości. No cóż, dziecięca niewinność zginęła już dawno i to nie za moją sprawą, więc przynajmniej po części czuję się rozgrzeszony.

Weekendowo.

Tyle mówi się o walce z popupami w przeglądarkach internetowych, a tymczasem nie znalazłem najmniejszego śladu na temat usuwania popupów w edytorach z pakietów programistycznych. Mało tego. im pakiet bardziej zaawansowany technicznie – Eclipse, MS Visual Studio, borlandowizna – tym rzecz wygląda gorzej. Spróbujcie wpisać linię kodu w edytorze, żeby po kropce nie pojawiło się jakieś wyskakujące okienko. I nikt z tym nic nie robi! A w takim np. wyklinanym Notatniku – ani śladu popupów. Podzieliłem się tą refleksją z naszym korporacyjnym delfiarzem, ale on dziwnie się tylko na mnie popatrzył i wrócił do pracy.

* * *

Czytelniczo – jakiś tydzień literatury rosyjskiej, czy co? Biała gwardia napoczęta, skończony Dzień M, w wucecie podczytuję Złoto dla partii. Chyba muszę zmienić repertuar. A polecanego Domofonu nie ma dalej w Empiku.

* * *

Córka zdecydowanie i nieodwołalnie wzgardziła Shrekiem. I bardzo dobrze, nie wiem, co ludzie widzą w tym filmie – poza paroma gagami i ładnym dubbingiem Stuhra dość sympatycznie wrażenie ogólne [miłe, ale nie powiem, żeby powalało] skutecznie niwelowane jest przez tzw. efekty uboczne – o ile nie chcemy mieć dwulatka jedzącego robaki, bekającego czy w inny sposób wyrażającego swój stosunek do świata. W zamian mała nie pozwala oderwać się od Asteriksa i Obeliksa – misji Kleopatra. Koncert Marka Knopflera odszedł szczęśliwie w niebyt, uff.

* * *

Obejrzałem Ghost in the Shell. I muszę to obejrzeć jeszcze raz, bo mam wrażenie, że coś mi umkło. Obejrzałem Pana i Panią Smith. W sumie niezgorszy film, parę tygodni temu, kiedy oglądałem to pierwszy raz i skończyłem po dziesięciu minutach, musiałem być niewyspany. No i obejrzałem fragment Ślicznotki z Memphis, ściśle rzecz biorąc – ostatni [na]lot „Ślicznotki”. Piorunująca rzecz, muszę kiedyś w spokoju obejrzeć całość.

* * *

A z tą blokadą popupów to żartowałem, gdyby ktoś się nie zorientował. Dżołk taki.

The Day After

Uch. Wyjazdy nie służą. Tzn. mi nie przeszkadzają zbytnio, ale córka odchorowuje 😦 Poprzednią dwudniową nieobecność odreagowała niemalże histerią, teraz – krzykami w środku nocy. Źle, bardzo źle.

* * *

30 lat temu zmarła Agatha Christie.

* * *
Kupiony, dołączony do gazety, Ghost in the Shell. Że kamień milowy, mówią. Że wstyd nie znać, mówią. No to poznamy, może nawet za chwilę.

Kubek zaangażowany.

Wczora z wieczora stwierdziłem z pewną taką nieśmiałością, że poza szklankami marki szklanka istnieją u nas niemalże tylko kubki z przesłaniem. Lipton, Nescafe, Onet, KFC, NGK i mój osobisty, z facetem śpiącym do 14:00 i tekstem Jestem konsekwentny w działaniu. Są jeszcze jakieś dwa, z pieskiem i kotkiem, ale to kupione w prezencie, więc spoza kontekstu. A przedwczoraj doszedł jeszcze Tetley z jakąś amazonką.
Dlaczego kubki, a nie np. talerze?