Szklarze i pętaki.

Czyli samonapędzający się geszeft. Czyli co szklarzowi by się przydało zrobić, ale nie wypada, tego za drobną opłatą dokona pętak.
GW, pomimo swojego brukowego poziomu, czuje obawę przed drukowaniem pewnych rzeczy. Ale od czego „Nowy Dzień”? Właśnie rzeczony podał [och! ach! baczność! po prostu cover story!] , że Hojarska nazywała się dawniej Hujarska. Buahahahahaha!…
A jeszcze niedawno, chyba nawet w tym tygodniu, przeglądając GW poniekąd z obowiązku, natrafiłem na enuncjacje dziennikarza, podśmiechującego się ze zmutowanego wydania krakowskiego Faktu, który zamieścił był jakąś notkę dla podkuchennych. Tyle, że Fakt nie jest powiązany kapitałowo AFAIK z żadną gazetą roszczącą sobie miano gazety wiarygodnej i odpowiednio wypoziomowanej.
Po tygodniu ciężkich badań,
często brudni i bez śniadań,
trzej fizycy z Budapesztu
uzyskali sok z agresztu.

Kobiety, kobiety…

Ula okazała się być chorobliwą antysemitką. Lekarz zdiagnozował u Niej dzisiaj ostry nieżyt dróg oddechowych.

* * *

Bardziej z obowiązku kronikarskiego, niźli z nadziei na jakąkolwiek zmianę, notuję u bliskich Kobiet, poza wspomnianym wyżej chorobliwym antysemityzmem – chorobliwą złośliwość. Żona pozostawała głucha na moje peany pod adresem Sapkowskiego, ale wystarczyło parę postów na pl.pregierz, żeby całą pentalogię o Geralcie połknęła bez mrugnięcia. S. traktowała moje zachwyty nad Łysiakiem sikiem prostym koherentnym, a wystarczył jeden Jej autorytet zawodowy, żeby momentalnie wypożyczyła sobie ode mnie Salon – Rzeczpospolitą kłamców. I na nic moje stwierdzenia, że zaczyna Łysiaka od de strony, powinna zacząć od np. MW. Kobiet nie przekonasz. I tym optymistycznym akcentem kończę i spać idę.

Ścinki wieczorową porą

Perspektywa monopolu Googli jakoś mnie niespecjalnie przeraża. Poza wyszukiwarką, cała reszta usług, włączając w to gmail, jest dla mnie „popytem wzbudzanym” – bajery i nic więcej, rynek usług, na które bez reklamy popyt nie istnieje. Takie Diablo, za artefakty do którego jesteś w stanie zrujnować się na ebayu, dopóki nie zadasz sobie pytania, po jaką cholerę właściwie ci to całe Diablo. Po prostu.

* * *

Podręcznik GRAMPSA otwiera się w moim KDE z zegarkiem w ręku półtorej minuty. WTF?

* * *

Znany nieznany [mąż mojej Koleżanki] Maciek przesiadł się z awionetek LPRu [nie mylić z LPRem] na Boeinga 767. A mnie – diagnoza ostateczna i nieodwołalna – utrąca nadmiar zainteresowań i – jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi – ciekawości świata. Łapię się za wszystko, a w dłoni nie zostaje nic. I pewnie dlatego jest, jak jest. Chociaż widać pewne symptomy zmian, istnieje niezerowa szansa, że stojąc nad grobem uda mi się skupić moje jednocyfrowe IQ na rzeczach naprawdę wartych uwagi.

* * *

Wreszcie wieści – jeśli nie dobre, to przynajmniej niekoniecznie złe. Był już najwyższy czas. No i święta mają szansę być jeśli nie spokojne, to przynajmniej dużo spokojniejsze.

Mości panowie!…

wielu spomiędzy was… zdziwi… albo zgoła przestraszy ten toast… ale… kto mi ufa i wierzy… kto prawdziwie chce dobra ojczyzny… kto wiernym mojego domu przyjacielem… ten go wzniesie ochotnie… i powtórzy za mną:

Vivat Dan Brown rex… od dziś dnia łaskawie nam panujący!

* * *

No co, no co? Dobra, przesadziłem z tą ojczyzną i przyjacielem domu. Ale przeczytałem w końcu Kod Leonarda da Vinci. Akurat otwarła się opcja na pożyczkę, więc skorzystałem, bo co to, żebym sam kupił, to nie. I, murwa jego kadź, człowiek potrafi pisać, naprawdę. W kategorii thrillerów lekkich, łatwych i przyjemnych człowiek wdarł się na moją listę przebojem do ścisłej czołówki. Co prawda odczuwam lekkie zażenowanie całą sytuacją, ale nie da się ukryć, że facet potrafi budować akcję, klecić trzymające się kupy hipotezy [przynajmniej na pierwszy rzut mózgu], a przede wszystkim – prowadzić narrację w stopniu nieosiągalnym dla wielu tzw. luminarzy. Stephenson odrzuca mnie prowadzeniem narracji w czasie teraźniejszym, a Eco prze[pseudo]intelektualizowaniem, choć ekranizacje dają radę, Imię Róży mimo sączącego się antyklerykalizmu i politpoprawności całkiem całkiem da się oglądać. To tak z najbliższych stylistycznie półek. Brown się broni, pisze piękną stylistycznie polszczyzną, więc jego książkę czytać się da, niezależnie od tego, co się o nim sądzi.

A sądzić można wiele, bo poza talentem pisarskim ma również dyg do tworzenia nieprawdopodobnych hipotez, które nie odrzucają od razu. Wcale a wcale nie dziwię się, że sporo ludzi złapało się na lep, bo gdybym swego czasu nie odbył miniszkółki na lekturach Daenikena, sam bym pewnie łyknął to bezkrytycznie. A tak – przyjemne czytadło. Nawet bardzo przyjemne, naprawdę. Ale żeby od razu budować sobie na tym światopogląd?

Dziennikowi Internautów już dziękujemy

Podali rewelacyjnego niusa, ze następny Sober ma zaatakować 5 stycznia, czyli w rocznicę powstania NSDAP. Podali również, że ktoś tam – przepraszam za słowo – wydedukował, że w sprawę zamieszani są wobec tego faszyści. Superexpress, psiakrew. Czy jeśli jakiś wirus zaatakuje 21 listopada, kiedy to się obchodzi [/moi szerokim łukiem] Dzień Pracownika Socjalnego, panowie redaktorzy z DI podzielą się z nami odkrywczą konstatacją, że w całą sprawę zamieszane są panie z opieki społecznej?
Tak czy siak, RSS z DI leci w niebyt.

Part I – między zębami rozluźnionymi już nieco prawa Murphy’ego z wolna cedząc. Part II – o korzyściach. Part III – ech.

Jeszcze godzinę temu nie działało. Teraz działa. Bez żadnej mojej ingerencji w tak zwanym międzyczasie. Tyle, że godzinę temu to prezentowałem licznie zgromadzonym, a teraz prezentuję to sobie. Jakoś mnie to nie dziwi.

* * *

Manie elokwencji i bycie ogólnie wygadanym, a szczególnie przegadanym ma tę dobrą stronę, że znacznie ładniej brzmi stwierdzenie Jestem w stanie zrozumieć kogoś, kto od wyścigu szczurów i permanentnego stresu ucieka w otchłań alkoholową, niż Jestem ***** w takim ***** nastroju, że gdyby nie Adwent i ****** konieczność jutrzejszej pracy, schlałbym się ***** jak ****** robaczek świętojański.

* * *

I jeszcze tamto… Ech.