Spostrzeżenia socjologiczne i inne

O trzeciej w nocy przyśnił mi się sen. Full color, hi res i wgole. Sen tyczył się mojej klasy podstawówkowej, posiadał bardzo rozbudowaną fabułę, obszerną galerię postaci drugoplanowych i wątek psychologiczny. Obudziłem się o wpół do czwartej, roztrząsając, czy aby na pewno jedyną pozytywną postacią w IVa [poza mną, rzecz jasna] była Ewka K. i co skłoniło Ryśka D. do zabrania mi piórnika [zabrania dodam bezkarnego, bo ze spadochroniarzem wyższym ode mnie pół metra dyskutował nie będę!]. Z powrotem zasnąłem w okolicach czwartej. Jeśli podobne przypadki będą się powtarzać [ten REM to już trzecia noc z rzędu], jak nic założę w mieszkaniu jakiś spaczony DKF i będę zapraszał na kawę i absynt zdegenerowanych studentów filmoznawstwa.
Jak głosi stare powiedzenie, żeby poprawnie oszacować czas potrzebny na wykonanie danej czynności, należy czas przewidywany pomnożyć przez 2 i przyjąć jednostkę o rząd wyższą. Sprawdza się, oj sprawdza się. Chyba nawet w życiu prywatnym zacznę operować deadline’ami, zamiast „jak będzie czas”. Bo deadline’y dziwnym trafem mi wychodzą, a czasu na rzeczy bezterminowe jakoś zawsze mi brak.
Jeśli rzetelność nie poszła na spacer i onet czegoś nie spieprzył, to Kaczyński jest przeciwko podatkowi liniowemu. Nie, żebym uważał, że liniowy okaże się panaceum na wszystkie bolączki [JKM słusznie zauważył, że wysoki liniowy – np. 30% – może przynieść więcej szkody, niż pożytku], ale jeśli to prawda, to kto ma czelność dalej twierdzić, że idący w zawody z bolszewią to prawica?
[głos z offu: torero, jesteś głupi, nie znasz się i masz wszy jak ruskie czołgi]
Poranna telewizornia pieje z zachwytu nad Kielcami. Chyba się starzeję, bo nie tylko nie napiszę nic odpowiednio złośliwego, ale nawet nie myślałem o niczym takim. Albo po prostu trochę polubiłem to miasto 🙂

Ścinki zapracowane

Swędzi mnie, żeby coś zrobić z szablonem jogga i stroną domową. I na tym świądzie pewnie na razie się skończy.
Trzecia część „Obcego” jak do tej pory podobała mi się najbardziej. W sensie selekcji negatywnej – najmniej baboli w fabule.
Pogoda spieprzyła się dokumentnie.

Poniedziałek, ja [już] nie mogę.

Jakoś. leci. Nie, żeby najlepiej – koniec końców ostateczne testy pewnych robótek odbędą się dopiero jutro, zamiast dzisiaj, jak planowałem – ale najgorzej nie jest.
Córka wczoraj mnie lekko przeraziła. Ni stąd, ni zowąd, leżąc na wersalce, nagle zapatrzyła się w sufit i zaczęła gadać ni to do siebie, ni to do nas: „Siśko sie końci… mama sie śkońci, tata sie śkońci… misiu sie końci, lala sie teś śkońci…” I tak przez pięć minut. W pierwszej chwili wykonaliśmy oczy w słup, potem dzikiego rotfla z przytupem, ale po kilkunastu minutach zrobiło mi się lekko nieswojo. Memento mori w wykonaniu dwulatki… Brrrrr!
Wczora z wieczora przyuważyłem w księgarni drugą część Krzyżackiego pokera. Pytanie nie brzmi „czy?”, pytanie brzmi, „Kiedy?” Bo żeby odwieść mnie od kupna drugiej części, trzeba być Arturem Baniewiczem. A i to wcale nie jest pewne, może kiedyś sięgnę po to drugi raz i przestanie być moim nadwornym grafomanem do pastwienia się nad?
Urlop wyparował ze mnie już dawno. Pociesza mnie myśl, że kiedy skończy mi się kierat tymczasowy, przez kilka następnych dni nawet po przepisowych ośmiu godziach będę czuł się, jak nowonarodzony.

.

Kończy się niedziela, od dwóch tygodni w ramach czarnej serii nerwowych domysłów, frustracji, zniechęcenia i odrazy przed poniedziałkami.
Jak szewc klnę na Canona, kompakty w ogólności i mój niecodzienny optymizm pospołu z głupotą, które przy kupnie g5 kazały mi wierzyć, że właściwe wyostrzenie planu jest spacerkiem. Może i jest, jeśli ma się masę czasu, sceneria zamierza sobie postać spokojnie przez 10 minut, a dodatkowo dysponuję akurat sprzężonym laptokiem, gdzie mógłbym przejrzeć online efekty swoich działań. Fakt, brakuje mi ogrania, polegającego na pstrykaniu tysięcy zdjęć i ich szczegółowej analizie – tyle, że coś takiego przypomina trochę pisanie obsługi bazy danych w asemblerze. W zasadzie można, tylko po cholerę?
Przez najbliższe dwa tygodnie będzie wengi wengi nerwowo i wengi wengi pracowicie. No nic, zaciskamy zęby, nabieramy powietrza i nurkujemy.

Mysz

Córka unicestwiła nam poprzednią, więc musiałem iść i kupić. A4Tech, optyczna, przewodowa. W zasadzie za relatywnie niewielkie pieniądze [55] dostałem rzecz niezależną od podkładki [czyli jeden element bajzlu mniej], markową i na dokładkę dużo bardziej estetyczną od poprzedniej. W Tesco. Zobaczymy, jak sprawi się przy silnym świetle.

Jak…

…czuć się Polakiem, skoro ludzie, którzy powinni czuć się elitami, robią wszystko, żeby za nich się wstydzić?
Jak kibicować klubowi, który sprzedaje za granicę najlepszych zawodników, publicznie oświadczających, że marzą o polskim obywatelstwie, deklarujących od zawsze przywiązanie do klubu, a w dodatku będących w doskonałej formie? Właśnie przeczytałem, że Wisła wystawia na sprzedaż Cantoro. A jeśli im bilans nie funguje, to może od razu sprzedać całą drużynę?

Czytanie na własną odpowiedzialność, naprawdę.

Przyszła do mnie. Stanęła i powiedziała po prostu „Bierz mnie!”. Wziąłem ją. „Nie zapomnij o mnie” – powiedziała po wszystkim. Nie zapomniałem.
Poniżej cokolwiek freestyle’owy owoc miłości mojej i mojej Weny, która nawiedziła mnie dzisiaj w okolicach śniadania. Podziękowania dla Tych, co zwykle, przeprosiny dla zmasakrowanego L.J.Kerna, którego wierszyk „Mistrz” [‚Jeśli chodzi o gumę do żucia, nie ma mistrza większego od Gucia’] stał się niewątpliwą inspiracją, o czym rodzice małych dzieci w zasadzie powinni wiedzieć, a reszta właśnie się dowiedziała. A jeśli kiedyś spotkacie Wenę, nie narzekajcie na tematy, które Wam podrzuci. Bo więcej Was nie odwiedzi. I jeszcze raz: zostaliście formalnie ostrzeżeni. Żeby nie było.

Mistrz

Jeśli chodzi o puszczanie gazów,
każdy wskaże wam Jasia od razu.
I choć Jasiu co innego twierdzi,
to wciąż pierdzi, i pierdzi, i pierdzi.

Kiedy bąka wypuści w bohemie,
to udaje, że nie on – on drzemie!
Mały bączek wzlatuje i śmierdzi,
a Jaś pierdzi, i pierdzi, i pierdzi…

Na spotkaniu Młodych Demokratów
puścił bąka z mocą trzystu watów.
Mówca krzyczy: Do wyborów – RAZEM!,
a Jaś puszcza bąki gaz za gazem.

Gdy na poczcie dziś odbierał paczkę,
zabił pierdem przechodzącą kaczkę.
Ty się zdziwisz, skąd na poczcie ptak ten –
Jaś odpierdzi z przytupem i taktem.

W końcu Jasiem zajęła się NASA,
chcąc w zespole mieć takiego asa.
W wahadłowcu, pierdząc nam na głowy,
Jaś za silnik robi odrzutowy.

Gdzieś w kosmiczną pustkę mknie rakieta,
za planetą niknie w dal planeta.
W napędowym module, na żerdzi,
Nasz Jaś pierdzi, i pierdzi, i pierdzi…