Się wypowiedzieli.

Computer Associates wypowiedziało się. O jaju Linuksa. Że za duże i że nie rozwija się w tym kierunku, co trzeba.
Akurat CA w kwestii kierunków rozwojowych zmarnowało doskonałą okazję, żeby siedzieć cicho. Nie dość, że produkując VisualObjects przez długie lata wypuszczali produkt niedopracowany, który przy najlżejszych niedopatrzeniach ze strony programistów wysypywał się jak nieszczęście, to jeszcze, zdobywszy – mimo wszystko – jakąś bazę użytkowników, nagle ogłosili, że im to lata koło pióra i z dnia na dzień zaprzestali rozwoju pakietu programistycznego, na który zdążyło się już przesiąść parę tysięcy firm. Bo im rynek backupów milej zapachniał. Trzeba było dopiero petycji i gróźb bojkotu, żeby poszli po rozum do głowy i sprzedali prawa do produktu innej firmie, która na dzień dobry, po przekompilowaniu pakietu w nowszej wersji MS C znalazła kilka tysięcy warningów. Aktualnie pakiet jest bardzo mocno rozwijany, planowana jest wersja .Net-owa… I chociaż za wczesne wersje Clippera należą im się duże brawa, to jednak od paru lat zdecydowanie tę firmę znielubiłem.

Prezent z refundacją

Jeśliby ktoś chciał sprawić mi niemożebną przyjemność i nieźle zapunktować, może sprawić mi prezent w postaci Malarstwa białego człowieka, tom VIII [ósmy] – z wykluczeniem Allegro, gdzie sępię na bieżąco. Gdyby ktoś miał, widział – proszę o pilne info, oczywiście z refundacją 100%. A nawet 105%.

Back to the…

Jutro znów codzienność. Wróciliśmy z wyjazdu w rodzinne strony, naładowani pozytywnie dystansem do całego dobrodziejstwa inwentarza, niesionego przez mieszkanie w blokowisku. Córa niemalże oszalała, mając do dyspozycji kilkaset m2 powierzchni do biegania swobodnego. Albo trzeba będzie częściej przyjeżdżać, albo… hm, kupno domu pod Krakowem wyjdzie zdecydowanie drożej…
Gugut robi Kukululu!. Tak gwoli zapamiętania.
Odebrałem nowe prawo jazdy. Moje zdjęcie utwierdziło mnie w przekonaniu, że decyzja o plasowaniu się po drugiej stronie obiektywu jest ze wszech miar słuszna.
Przy okazji wycieczek krajoznawczych – kilka fot do wikipedii. Nie wyszły najpiękniej, ale zawsze coś.
Pilipiuk przeczytany. No nie zachwycił. Robię się za stary / za wybredny / zniesmaczony [niepotrzebne skreślić] puszczaniem co raz oka do czytelnika. Że niby w zupełnie innej bajce pojawił się Hans Kloss i tym podobne. Wyszedł mu Jakub Wędrowycz, wyszły Kuzynki [Księżniczka już jakby nieco mniej], ale te opowiadania… Kehm. Czytać się da, ale tak jakoś bez przekonania.
Po raz enty przeczytany Tengu Mastertona. Spośród horrorów klasy Ż [bo nawet nie Z] ten prezentuje się najsensowniej. Na zapchanie niedzielnego popołudnia w sam raz, o ile ktoś nie gardzi tego typu podłą rozrywką.
Zainspirowany zapiskami sztywnego, od jutra w ramach zupgradowanego GTD postaram się sporządzić sobie plan krótkoterminowy. Wyjdzie jak zwykle, ale przynajmniej nie będę miał do siebie pretensji, że nie próbowałem.

Wiosennie

Deszczyk pada. Cudowny, ciepły, wiosenny deszczyk. Daje nadzieję na lepsze jutro. Obmywa z brudów zaszłości cały świat. Oraz moje auto, [prawie] świeżo umyte w myjni. No niech to szlag.
Wszystko jakoś dzisiaj leci mi z rąk. Niby normalka, gdyż pisałem już o swoim braku inteligencji ruchowej, ale od wczoraj tak jakoś wyjątkowo intenzywnie. Sprawa się wyjaśniła po rzucie okiem na aktualne biorytmy – fizycznie 80% [skutecznie kompensowane chronicznym niewyspaniem], psychicznie minus 95%, intelektualnie minus 100%. I wszystko jasne.
Idealna pora na dyskusje o lewicowych teoriach społeczno – gospodarczych.

Liczka i Janas

Liczka wypowiedział się podobno, że Frankowski nie jedzie na mecz z Meksykiem, bo Janasowi zależy głównie na zestawieniu obrony. No i dobrze.
Tylko dlaczego w takim razie na mecz, który ma być ponoć sprawdzaniem obrony, z bramkarzy jadą Boruc i Cabaj? Dudka pewnie nie chcą puścić z klubu, ale w takim razie co za testowanie obrony bez stałego bramkarza?
Nic więcej nie mówię, bo się nie znam.

Parszywi spekulanci kontratakują

Właśnie przeczytałem, że podli spekulanci jeżdżą na Ukrainę po tańsze paliwo. UWAGA! W informacjach prasowych należy starannie rozróżniać granice, pomylenie frontów walki grozi całkowitą muką i świadczy o braku znajomości realiów ekonomicznych. Mówiąc o granicy zachodniej, należy zawsze pisać, że „Niemcy przyjeżdżają do nas na zakupy”. Pisząc o granicy wschodniej, należy użyć sformułowania „Gwałtownie rośnie przywóz paliwa z Ukrainy do Polski”.
A gdzie, pytam, reportaż demaskujący w „Dzienniku” i filmowane na żywo transmisje z aresztowania wrogów naszej euroojczyzny?
Swoją drogą, 1.90/litr. Ech, słuchać hadko.

Wylizując rany zaległości

Kolejny system postawiony u klienta, kolejne dane przeniesione, kosztem siedzenia do trzeciej w nocy. Wdrożenia poza godzinami pracy zaczynają stawać się niepokojącą normą.
Zacząłem czytać 2586 kroków Pilipiuka. Ciekawe.
Pozmieniały mi się plany wyjazdowe, porozciągały w czasie rzeczy do zrobienia na przedwczoraj. Jest szansa, że nie będę przez to musiał dokładać z osobistej puli czasowej.
Nie pomogli szpiedzy cesarza, dziewczyna od białego kruka ma już zamknięte konto na Allegro. Książki jak nie miałem, tak nie mam, ale przynajmniej ocaliłem swoją krwawicę.
Na koniec link. Kurde, jak ja bym tak chciał…

Kurtularnie

Dobry wulff z rana jak śmietana. Padłem, jak zwykle. A może dzisiaj nawet bardziej.
Przedwczoraj minęła rocznica. Usłyszałem o tym w TV… i reszty świąt Wielkiej Nocy nie było.
Pamiętajcie wy o mnie co sił, co sił,
choć przemknąłem przed wami jak cień,
palcie w łaźni, aż kamień się zmieni w pył…
przecież wrócę, gdy zacznie się dzień.

Pamiętają.
Wieczorne paręnaście wolnych minut. Opowiadanie Grzędowicza. Jarosława Grzędowicza. Obol dla Lilith. Ten facet jest re-we-la-cyj-ny, czegokolwiek się tknie, przemienia się to w czystą grozę. Należałoby pewnie jeszcze dopisać o wyjątkowo „wchodzącej” mi narracji i paru innych rzeczach – ale zamiast tego po prostu warto przeczytać jakieś jego opowiadanie. Albo całą paczkę, Księgę jesiennych demonów, polecam bez najmniejszych zastrzeżeń. Lovecraft z Kingiem to przy nim pętaki i malutkie bolki.