Zapracowany, zakrzyczany, wściekły jak osa, sam jak palec siedzę w robocie. I posiedzę jeszcze pewnie do 22:00. Przy dobrych układach. Przy złych – wyjdę stąd rano. A jutro przede mną 400 kilometrów. Za wcześnie poszedłem do spowiedzi, mogłem to przewidzieć. Niech to wszystko szlag trafi.

Mozilla, Morientes i piekło żarłoków

Czy ja się dorobię wreszcie normalnej przeglądarki pod Linuksem? Mozilla dystrybucyjna ma czcionki do duszy i wiesza się. Firefox dystrybucyjny nie wiesza się, ale gada do mnie po angielsku, a czcionki są do duszy. Firefox niedystrybucyjny ma śliczne czcionki i gada do mnie po polsku, ale się wiesza. Dla ułatwienia dodam, że każda wersja ma ten sam zestaw czcionek i imperatyw wyświetlania własnych czcionek.
Morientes reklamuje nową FIFĘ pod hasłem: „Nawet, jeśli nie zapamiętasz mojej twarzy, zapamiętasz moje bramki”. A pierwsze skojarzenie znajomego spotkanego dziś na GG to: „O, witam sławną osobę!” Nawet, jeśli nie zapamiętał mojej twarzy, zapamiętał – jak się okazało – mój tekst. Moja sława mnie wyprzedza, ha.
Ostatni człon tematu to pytanie akademickie, jakie naszło mnie dzisiaj w kolejce do spowiedzi. Kto będzie się smażył we wspomnianym piekle z czasów aktualnych? Jeśli chodzi o opojów, sprawa jest prosta – aktualny prezydent, piosenkarze rockowi i wieczni studenci. Ale żadnego spaślaka nadającego się na materiał do potępienia wiecznego nie kojarzę. Czyżbyśmy jednak jako gatunek zanotowali od czasów starożytnych jakiś postęp? Nie wierzę, na pewno jestem niedoinformowany.

Canossa

Mandragora wstaje nawet jeśli nie z martwych, to na pewno z mocno wykończonych. Działa update [po długich bojach], działa już generalnie prawie wszystko poza cholernym skanerem, który działać prawdopodobnie nie zamierza. I kij mu w USB, oraz poza sterownikami nVidii, które coś pinkolą za uszami, oraz poza Mozillą, która mi zwisa, niech ją devnull trafi. Linux nadaje się już na biurko, co potwierdzam ze skruchą własnoręcznym podpisem – ale dalej nie jest to propozycja dla kogoś, kto chce zagrać czy nie ma w sąsiedztwie gicza.
Wczoraj obejrzałem sobie wersję reżyserską „Wielkiego błękitu”. Zupełnie inny film, inaczej rozłożone akcenty, Meyol wychodzi nie na człowieka opętanego pasją morza, a na zwykłego świra… zupełnie inny film. Aha: żeby odtworzyć LEGALNIE kupiony film, na LEGALNYM systemie operacyjnym, na LEGALNYM [z prawidłowej strefy] odtwarzaczu DVD, MUSIAŁEM skorzystać z NIELEGALNEGO [przynajmniej w USA] narzędzia [deCSS] – chyba, że o czymś nie wiem. Z NIECIERPLIWOŚCIĄ czekam na opinie akolitów prawa autorskiego i ludzi masowo wyzywających bliźnich od złodziei i odmawiających podania ręki komukolwiek, kto skalał się piractwem czy lewizną software’ową. Meine Damen und Meine Herren, i ty, księże proboszczu… napierajcie, czekam.
Przeczytane: „Zaułek łgarza”, tego pana od „Ulicy marzycieli”. Książka zdecydowanie drastyczniejsza od „Ulicy”, brrrr. Ale wciąga. Aktualnie czytam „Władcę cesarzy” by Guy Gavriel Kay, po dwóch pierwszych rozdziałach podoba się bardzo. Szkoda tylko, że zaczynam czytanie od drugiego tomu, ale pierwszego nie mam 😦
Szlag trafił notebooka. Maxdata wymięka nawet przy wyładowaniach elektrostatycznych z podłogi. Nie lubimy Maxdaty.
Przeżyć najbliższe trzy tygodnie. I byle do wiosny.

Kącik seksuologiczny II, miejscami zniesmaczający

Się pojawiła nowa mniejszosć. The Independent o niej nawet napisał. Aseksualiści. Ludzie, którzy nigdy nie tenteges i którym się nie chce tenteges. Domagają się swoich praw, między innymi prawa do ujawnienia swojej zero-orientacji.
Polska na tym tle wypada bardzo tolerancyjnie. NIGDY, kiedy demostracyjnie wręcz obnosiłem się ze swoim aseksualizmem [parugodzinnym / parunastogodzinnym, jestem wszak dopiero aseksualistą – gawędziarzem] po rynku krakowskim, nigdy – powiadam – nie doświadczyłem żadnej formy dyskryminacji. Nikt mnie nie pobił za to, że nie chędożę hic et nunc.
Ponieważ notka ta ma również ambicje edukacyjne, wyciągamy słowniczki i dokonujemy kolejnych stosownych korekt. Skreślamy wyrażenie „mieć ochotę na kogoś” i „baby/chłopa mi trza!” i w to miejsce wpisujemy „odczuwać potrzebę rozładowania napięcia seksualnego”. Pan z ostatniej ławki, proszę nie rozmawiać na wykładach!

Mandrake 10.1 – witajcie w krainie, gdzie obcy zginie

Serwer chodzi na Slacku – i dzięki Bogu. Ale na desktopa zachciało mi się zupgrade’ować Mandrake’a z 9.2. BŁĄD.
Wygląda ślicznie, dużo, dużo ładniej niż 9.2, nie wiesza mi się, szukając hde i hdg i od razu wykryło kodek audio. I tyle dobrego mogę o nim powiedzieć.
Cała reszta jest całkowicie lub prawie całkowicie skopana. NAWET nie sama z siebie, tylko chociażby w porównaniu do 9.2:

  • nie działa update – sprawdziłem chyba wszystkie serwery; albo coś jest popieprzone w URLach, albo coś innego. Nie działa i już. A działało.
  • upgrade dokumentnie rozpieprzył mi X-y, skutkiem czego – jako przeciętny user [nie mam, psiakrew, obowiązku znać wszystkich RPMów wymaganych do reinstalki Xów!!] zamiast upgradu zapodałem reinstalkę. Życzę równej determinacji na systemie, gdzie coś się robi, a nie tylko ściąga pocztę przez www [tak, wiem, oddzielna partycja na /home i te sprawy… ersatz],
  • spotkały się dwa niedorozwoje: jeden niedorozwój [programista] wrzuca do listy trybów graficznych w Xach tryb 1024 x czterysta ileś, a drugi niedorozwój [ja] klika w to jak głupi, bo zobaczył 1024 i nie czytał dalej, a potem dziwi się, że mu się ekran rozjeżdża,
  • polskie tłumaczenie [szczególnie instalatora, do KDE nie mam zastrzeżeń za wyjątkiem nazwy GNU Cash przetłumaczonej jako „GNU Pieniądze”…]… polskie tłumaczenie jest.
  • nie wiem, co jest, ale mc nie uznaje przytrzymania klawisza za jego wciśnięcie. Bardzo sympatycznie przechodzi się na dół długiej listy. Naprawdę.
  • ustawienie polskich czcionek przerosło autorów,

Dam sobie z tym radę. Mam wystarczającą wiedzę i parę godzin. Ale ktoś, kto przesiądzie się z Windowsa, trzaśnie drzwiami i pójdzie na giełdę po nowe XP. Co zostawiam do przemyśleń osobom gardłującym za „desktopowym pingwinem”. Amen i idę spać.