Wieczór

Łażenie po Sieci bez wyraźnego celu… jutro wezmę się za coś mądrzejszego. Może pojedziemy na Targi Książki na kredyt? Generalnie nie będę chyba kupował nic… chyba, żeby cudem udało mi się znaleźć 2 brakujące tomy MBC.
Jednym okiem oglądam komentarze na onecie… Jak grzebanie w szambie, ale jak wspomniałem ten wieczór mam na stracenie. Artykuł o nowej generacji reality-shows, gdzie aranżuje się sytuacje, w których ludzie doznają autentycznego strachu czy wręcz przerażenia, całość ilustrowana zdjęciem kobietki wkładającej za 50 tysięcy baksów głowę do terrarium z robakami. Ktoś przypomniał Polowanie na indyki… ktoś to pamięta? Całkiem mozliwe, że taki kształt przybierze rozrywka klasy średniej za 10-20 lat, o ile wszystko toczyć się będzie w dotychczasowym kierunku. Film widziałem jako jeden z pierwszych na video, ale w pamięć zapadł, zaraz po Rambo i Akademii policyjnej [chociaż oczywiście z zupełnie innych względów]. Tyle, że tego typu filmy ostatnimi czasy gonią w piętkę – swego czasu arcyodkrywczy The Truman Show zacznie już niedługo być powielany na Zachodzie, za jakiś czas – u nas, a 90% populacji i tak po wszystkim przełączy kanał.
Nie pasuję do tego świata. Do krzykliwych reklam, do krzyku w ogólności i do całej masy pomniejszych didaskaliów. I nie jest to fanfaronada ani egzaltacja kogoś, komu chwilowo znudziło się tkwienie w schematach, a raczej w miarę chłodna [i – fakt – takoż zaspana lekko] konstatacja kogoś, kto wciąż zastanawia się, „jakim megafonom uwierzyć”. Inercja i pęd pewnego Układu w sporej części załatawia sprawę, ale na dnie i tak pozostaje zadra. I dobrze – nawet jeśli do końca nie wiem, co z tym wszystkim zrobić, to przynajmniej właśnie to pojawiające się od czasu do czasu poczucie nieokreśloności głaszcze moje ego. Że jeszcze niesprzedany [do końca]. Zupełnie tak, jakby sama zdolność zastanowienia się nad tym wszystkim stanowiła wartość dodaną.
Iść spać?…

Dzięki Bogu już piątek

Ostatnio całokształt w ogóle mnie przymula, ale na ten piątek czekam szczególnie. Wszystko dokoła zaczyna układać się nader parszywie, więc przynajmniej sobie odpocznę.
W drodze do pracy i z pracy upajam się Wojną postu z karnawałem. Na przykładzie tej płyty dochodzę do kilku wniosków. Po pierwsze do tego, że recenzja płyty tego kalibru poza jej subiektywną oceną jest tylko pustosłowiem. Po drugie, muzyka instrumentalna nie jest lepszym [czy gorszym] gatunkiem muzyki z tekstem – jest to po prostu zupełnie inna przestrzeń estetyczna. Po trzecie, Wojna podoba mi się coraz bardziej mimo tego, że znam ją na pamięć już od paru dobrych lat. Sam nie wiem, jak to jeszcze jest możliwe. Po czwarte, jest to najprawdopodobniej moja najulubieńsza płyta w ogóle. Po piąte – Kaczmarski bites the dust, a wszyscy negatywni bohaterowie Jego pieśni chodzą po świecie. To jest, xhejn, bardzo nie w porządku.

Był i znikł, bo go wezwał NIK, czyli wprawka realpoliticzno – schizofreniczna

Przerwa na kaffę. Z ciekawości i poniekąd z nudów zafundowałem sobie googlanie pn. „Rydzyk Maybach”, żeby po kilku tygodniach zobaczyć, co zostało z afery.
W realu afera rozeszła się po kościach – zero zdjęć, zero ciagu dalszego, pozostał tylko smród i tzw. obiegowa opinia. W necie – w serwisie Twojego Miasta znalazłem cytatę z oryginału [Gazeta Pomorska]. Pod artykułem podpisał się „t.” Na Interii – domysły i szczegółowy opis auta [nie dziwi, w końcu to dział „Motoryzacja”]. Jedyna w miarę wypoziomowana dyskusja znalazła się o dziwo na naszym ulubionym serwisie racjonalnym, wszędzie indziej dominują bluzgi i kpiny. Aha, i jeszcze informacja na HotNews, że oryginalne artykuły zostały usunięte z odpowiednich serwisów, ponieważ podobno zawierały nieprawdę.
Zero sprawdzonej informacji [tak, wiem, z dowodami w czasach przejściowych nie jest łatwo], za to mnóstwo informacji o trzaskaniu słuchawkami w redakcjach, ałtorów podpisujacych się jedną literką, morze nienawiści, zazdrości i prozaicznego chamstwa. Czeski film o kiblonurkach, nikt nic nie wie, za to wszyscy ubabrani. ZERO etosu dziennikarza, za to wengi wengi małego, wszawego polactwa portalikowego, zaglądającego każdemu do kieszeni i pod osłoną nicka potrafiącego nabluzgać komuś do immentu, a nad wszystkim – chichot Goebbelsa i Le Bona.
Disclaimer: nadal nie wiem, jak jest naprawdę. I to mnie najbardziej przeraża.
Rzetelność? Dociekliwosć? Sumienność? Odpowiedzialność? A co to znaczy?

„It’s not a bug, it’s a feature”

Szwagier, indagowany na okoliczność silnika samorzutnie wchodzącego na luzie ni stąd ni zowąd na wysokie obroty, stwierdził, że to ssanie automatyczne przy zimnym silniku i że mam się tym nie martwić. Hm. Uczymy się cały czas.
Wysokie obroty mam jak widać z głowy, co jednakowoż nie pozwoli mi uciec od wymiany tłumika. 350. To mi się naprawdę przestaje podobać – pociesza mnie fakt, że fachowcy wkalkulowali to jako naprawy konieczne bezpośrednio po zakupie. I to, że przez jakiś czas [i dłuuugo jeszcze] mam co czytać, więc wydatki czytelnicze odpadają – na horyzoncie zakupowym widzę tylko najnowszy Software.
Dziecko dochodzi do zdrowia.
Obiecanego wpisu obszernego nie będzie – natłok wydarzeń, spraw, zdarzeń i ludzi skutkuje w moim przypadku podobnie, jak ich całkowity brak, blokując kompletnie output na joggera [chociaż rzecz jasna z zupełnie innych powodów].
Czytam [a właściwie próbuję – z braku czasu] Moby Dicka – ksiażkę, którą postanowiłem przeczytać pod wpływem innych książek.

Zaległości przed [może większym] wpisem

Cytat z artykułu „Wieczna pigułka” z ostatniego nru Software: „[…] W tym sezonie modne są na przykład kolory pastelowe i perłowe, oszczędne stosowanie biżuterii, wysokie buty i serwery aplikacyjne, najlepiej .NET lub J2EE. Sprane dżinsy i PHP pozostają domeną ludzi młodych i na dorobku, natomiast Unix, podobnie jak zegarek od Philippe’a Patka. podkreśla wysoki status społeczny i pozostaje mniej lub bardziej ponadczasowy; stanowczo niemodne są spódnice do kolan oraz programowanie strukturalne.”