Errata do baśni

Postaram się już nigdy nie opisywać książki przed zakończeniem lektury. Część poprzedniego wpisu wynikała z faktu, że przez pewien czas „Antybaśnie z 1001 dnia” są zwyczajnie słabe, ale na szczęście później to przechodzi i dalej czyta się smakowicie. Nie wycofam się tylko z jednej rzeczy, a mianowicie z tego, że spójność świata wykreowanego przez Wolskiego jest dużo mniejsza, niż np. u Sapkowskiego, mimo podobieństw formalnych – czytając antybaśnie nie miałem poczucia zakotwiczenia w jednym, spójnym świecie, pomimo tej samej galerii bohaterów. Trochę to przeszkadza, aczkolwiek po namyśle jednak Wolski wychodzi na plus. Kontynuację kupię, a antybaśnie przeczytam co najmniej jeszcze raz, chociażby po to, żeby wyłapać wszystkie smaczki, które umknęły mi za pierwszym razem.
Co jeszcze? Aha, zainstalowałem sobie Hitmana Codename 47. Oprawa graficzna robi wrażenie, reszta – nie vim. Zobaczę, czy będzie chciało mi się wyjść poza tutorial. Raczej nie…

Ścinki i ściny

Telewizor, meble i mały fiat jako marzeń szczyt zdecydowanie się przeterminowały. W miejsce malucha wskoczyło w ubiegłym tygodniu stare^Wdoświadczone R19 Bellevue. Koniec zapowiadanych niespodzianek z ubiegłego tygodnia. Teraz już bez żadnych sensacji będę tył na potęgę, zgłupieję [przez nieczytanie pisanego w MPK], zbiednieję, będę na auto wyrzucał swoje [hipotetyczne, rzecz jasna!] zaskórniaczki, codziennie będę trzeźwy jak dzika świnia i doświadczał będę jeszcze na pewno wielu kataklizmów, z których istnienia nie zdaję sobie pewnie jeszcze pojęcia.
Korzystając z zamieszania dokoła rzeczonej renuffki, jeżdżę sobie jeszcze MPK, doczytując „Antybaśnie z 1001 dnia” Wolskiego. Momentami tak głupie, że aż śmieszne, momentami nużące, momentami urzekające pomysłami… summa summarum baśniowy sztafaż dla publicystyki z grubsza przypominającej Polskie ZOO na początku śmieszy, ale później nie wystarcza, żeby być podstawą do napisania było nie było grubawej książki.
Finałowe odliczanie do urlopu trwa…
Olimpiada to odmiana sportowego hipermarketu z wrażeniami. Nie lubimy oglądać olimpiady.

Demografia

Onet drukuje biadolenia Żakowskiego nad katastrofą demograficzną w Polsce.
A ja na to: jasne. Nałóżcie jeszcze większe podatki. Finansujcie z budżetowych pieniędzy „kulturę” wmawiającą na każdym kroku, że wychowanie dzieci to dopust Boży, że lepiej się rozerwać. Drukujcie jeszcze więcej gazet obśmiewających tradycyjny tryb życia [już nawet nie chce mi się pisać tradycyjny model rodziny]. A dopiero potem dziwcie się, że w Polsce niedługo dzieci nie będzie w ogóle.
Wychodzi na to, że mój trzypunktowy system naprawy Rzplitej jest jedyną alternatywą. Przypominam:

  • znaleźć haka na Prymasa, żeby Konferencja Plenarna Episkopatu skasowała przykazanie Nie cudzołóż, przy jednoczesnym stuprocentowym zakazie aborcji i stuprocentowej odpłatności za środki antykoncepcyjne,
  • wprowadzić jeden podatek 10% [no dobrze, jeszcze VAT na poziomie 10%], natychmiast kasując wszystkie ulgi, dopłaty, dotacje, itp.
  • wprowadzić czołgi na ulicę i cenzurę mediów.

Przedstawiony plan gwarantuje gwałtowny wzrost demograficzny i wzrost gospodarczy pozwalający na prześcignięcie usiech w ciągu dwóch dekad [w wariancie pesymistycznym, rzecz jasna], o UE nie wspominam przez delikatność. Za 20 lat – 50 milionów mieszkańców i 15% wzrostu PKB rocznie. Brzmi nieźle?

Madzia, Szymek i Zbyś – sprzedawca idealny

Madzia z Szymkiem postanowili kupić lodówkę. Jako, że w Mix Electronics potraktowali ich po macoszemu, dałem im namiar na mojego znajomego Zbysia. Zbyś zajmuje się byciem na stoisku AGD i z przejęciem potrafi opowiadać na tematy różne, również zawodowe. Kiedyś poszedł do sąsiada i z premedytacją – co należy podkreślić – opierdaczył go od stóp do głów za to, że tamten zalał im mieszkanie. Tamten po krótkiej chwili zdążył zgodzić się na pokrycie wszelkich strat i przepraszał Zbysia niemalże na kolanach… Podkreślenie premedytacji było mi potrzebne do tego, żeby teraz dodać, że sąsiad mieszkał piętro niżej.
No więc Madzia z Szymkiem poszli kupić lodówkę do Zbysia, specjalnie ich zapowiedziałem. Zbysia najpierw trzeba było obudzić, bo drzemał. Po obudzeniu wpadł w panikę, z której szybko się otrząsnął i zaczął im zachwalać jakiś model. Po następnej pół godzinie zachwalania Zbyś odkrył, że tego modelu od trzech tygodni nie ma już na stanie. Zbyś zrażony całą sytuacją podesłał kolegę, który sprzedał Madzi i Szymkowi poszukiwany mebel kuchenny. Po dokonaniu aktu kupna – sprzedaży Zbyś wypisał kartę gwarancyjną na – jak okazało się już u Madzi w domu – zupełnie inną lodówkę.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że Madzia i Szymek są zachwyceni Zbysiem i uważają go za jednego z najlepszych sprzedawców, z jakimi mieli do czynienia. Co jest najlepsze, uważa tak jakieś 95% jego znajomych, nie wyłączając mojej skromnej osoby.

Tygodnia koniec i początek

Aura wreszcie zlitowała się nade mną i spokój z prażeniem daje.
Aktualna lektura: instrukcja obsługi świeżutkiego cyfrowego Canona [czyli jednej z zapowiadanych atrakcji tego tygodnia]. Dwie godziny i klasyczne objawy syndromu cyfrowca: u nas megabajtow mnogo, więc trzaskam, co popadnie i jak popadnie. To zdecydowanie odmóżdża, ale innego wyjścia nie widzę – najpierw żmudne odpracowanie euforii wstępnej, potem lektura i ćwiczenia, a potem wreszcie będzie można w spokoju zacząć tego używać tak, jak Praktiki.

Kącik klasyki adekwatnej do sytuacji bieżącej

Zapytajcie Majdana
– daję słowo, nie kłamię –
lecz przyszło na Reymonta
sześć słów w tym telegramie:

zaczarowana dorożka,
zaczarowany dorożkarz,
zaczarowany Morientes.

Wisełka jest bezpieczna
– mówiłem Ewie i Madzi –
rzecz w tym, żeby obrona
umiała se poradzić

z zaczarowaną dorożką,
z zaczarowanym dorożkarzem,
z zaczarowanym Morientesem.

Lecz cóż, pokonać Real
to zdobyć Anapurnę…
więc dziś, zamiast pracować
wymyślam rymy durne

do zaczarowanej dorożki,
do zaczarowanego dorożkarza,
do zaczarowanego Morientesa.

O krok od innego świata

Nie, nie wpadłem pod samochód, żaden dres nie próbował mnie zabić, nie oglądałem Hausnera, nic z tych rzeczy. Po prostu dzieje się tyle, że nie jestem w stanie tego opanować.
Szkoda tylko, że nie bardzo jest jak o tym tutaj pisać, zanim cokolwiek się stanie. Żeby nie zapeszyć… i z paru innych powodów.
Jest czas planowania i czas realizacji planów.
A Pan Bóg, jak chce kogoś pokarać, to ponoć spełnia jego marzenia. Zobaczymy, czy mnie chce pokarać, zobaczymy, czy to są w ogóle moje marzenia.
Póki co, nie mogę spać przez adrenalinę, a dziecko wyczuwając sprawę, dorzuca swoje 0.03 zł – zazwyczaj budzi się razem z nami, za wyjątkiem poranka dzisiejszego, kiedy to dnia poprzedniego zasnęliśmy ok. 2.00, a córka obudziła nas o 5.30. Jakoś mnie to zupełnie nie dziwi.
Czym bawi się najchętniej roczne dziecko programisty i księgowej? Dla ułatwienia dodam, że zabawka ma ponad setkę klawiszy i napis COMPAQ.

Szewski poniedziałek

Przeczytane przez weekend: „I wstali z martwych” Vargasa, „Walet pikowy” Akunina.
Vargas jest strasznie nierówny. Z jednej strony rewelacyjnie buduje atmosferę a’la Hitchcock, z drugiej – widać czasem brak geniuszu, a jedynie dobre rzemiosło. Z jednej strony nie ma się do czego przyczepić, z drugiej – innej książki tego pana chyba już nie kupię. Nie wiem, czemu, bo nastrój „szarpie”, jak na kryminał przystało. Może dlatego, że jest zbytnio przewidywalny?
Akunin – constans. Trzyma formę. Tyle, że książka objętościowo cienka raczej.
Weekend upłynął mi również pod znakiem debiutu w grze przez net [nie śmiać się!]. Diablo II. Wrażenia generalnie pozytywne.
Poniedziałek zaczął się typowo szewsko. Dziwne maile od klientów, robota, której miałem nie robić, a będę robił, pytania o terminy… Ciepłego żuru na to nie kładę, ale świadomość, że w tym tygodniu ma wydarzyć się wg planu parę ciekawych rzeczy, dodaje mi może niekoniecznie skrzydeł, ale parę kilo ujmuje na pewno.

W oczekiwaniu na linuksiarską dialektykę

Podano do stołu… cojogodom, OSRM podało, że Linux narusza ochnaście patentów [IIRC >200], z czego IIRC > 20 należy do Małego Miękkiego.
Bardzom ciekaw, jaką woltę myślową wykonają teraz ortodoksyjni linuksiarze [co podkreślam, sam jestem linuksiarzem, tyle że bardziej pragmatycznym], którzy mieszali z błotem każdego, kto ośmielił się przyznawać do Kazyy, oglądania DivXów czy piracenia wind. Ciekaw jestem, jak uzasadnią teraz własne złodziejstwo.
Jeśli chcesz, porozmawiaj ze złodziejem.

O audytach i wywrotowych architektach

Zakaz pracy dzieci jest zdecydowanie głupi. Najlepszym audytorem bezpieczeństwa systemów zamkniętych jest moja własna Córka. I nie do końca jesteśmy z tego powodu zadowoleni.
Architekci są jedną z poważniejszych przyczyn zaniku szacunku ludzi do prawa i porządku. Szacunek taki zaczyna się od rzeczy najmniejszych, takich jak niechodzenie na skróty – a jak tu nie chodzić na skróty, skoro Le Curwazje z Kłaja wytyczył akurat dróżkę osiedlową idealnym łukiem, omijającym wszystkie placówki handlowe?
Nowy dzień, nowa stara robota. Autentyczny szacunek, jaki miałem dla ciężkiej pracy sprzedawców telefonicznych, od wczoraj jeszcze się pogłębił. Całe szczęście, że to chwilowa sprawa. A może okażę się skuteczny?