Znalazłem aparat cyfrowy!

Konkretnie, to moje Windows2003 znalazło cyfraka HP podpiętego po USB.
Jeszcze konkretniej, to w Komunikacie Systemowym [TM] przeczytałem, że rzeczone Windows znalazło aparat do tworzenia zdjęć obrazów nieruchomych [a może nieruchawych?]. Lub jakoś tak, dokładnie nie widziałem, bo łzy rozrzewnienia pociekły mi z oczu, spłynęły po policzkach i pogalopowały świńskim truchtem między moimi łopatkami.

Boris Akunin – „Śmierć Achillesa”

Z furii spowodowanej zalaniem kompa [w ogóle dalej nie wiem, co i jak, wczoraj kupiłem tylko polimer, niczego nie sprawdzałem] przeczytałem przeznaczoną na urlop kolejną książkę sagi o carskim detektywie, Eraście Fandorinie.
Zupełnie przyjemny cykl. W miarę zręcznie snute intrygi przy nienajgorszej narracji – jak dla mnie, skrzyżowanie Gogola, „Mistrza i Małgorzaty” i kryminałów Agaty Christie. Mnie osobiście drażni wyposażanie Fandorina w nieuczciwe cechy [nieprzeciętne szczęście, perfekcyjne opanowanie sztuk walki] czy nieoczekiwane ‚zmiany kamer’ [szczególnie w tytułowej – w pewnym momencie paręnaście sekund zastanawiałem się, czy na pewno nie podmienili arkuszy w drukarni – tym bardziej, że to wiąże się nie tylko ze zmianą opisywanej postaci, ale również z krojem zastosowanego druku, a nawet sposobem narracji]. Ale poza tym jest bardzo przyjemnie. Idealna lektura, kiedy przy takim upale nie ma się głowy, żeby skończyć książkę pokroju otrzymanej na urodziny „Bóg – niepotrzebna hipoteza?”.
Ubiegły rok [ściślej lato] minął mi pod znakiem Pereza – Reverte. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że ten urlop zdominuje końcówka serii o Fandorinie.
Akunin podobno jest bardzo popularny w Rosji. Pewnie dlatego, że za kulisami sporej większości całego pitawalu stoi jakiś wredny obcokrajowiec [nawet, jeśli nie gra pierwszych skrzypiec, to solidnie mąci]. A to Polak – nożownik, a to Polka – dziwka, a to Niemiec – morderca, a to Francuz – psychopata, o pomniejszych Amerykanach i Anglikach nie wspominając. Miło poczytać o kompleksach innych nacyj.
Polecam.

Hiob kieszonkowy

Wczoraj po wyczerpującej pracy wróciłem do domu. Zjadłem obiad. A potem było już tylko gorzej.
Najpierw w pogoni za Córką rozwaliłem sobie kolano.
Potem urwał mi się guzik od spodni.
Na koniec siadłem podiablić nieco. W środku gry zwis, i głośne PFFFF! Ula zareagowała szybciej [nie miała słuchawek] i zdziwiona: „Co Ty robisz?” Ja [zdziwiony, że to usłyszała, przecież to szło ze słuchawek]: „Ty to słyszałaś? To nie ze słuchawek?”
To nie było ze słuchawek. To był odgłos przepalającego się czegoś-w-środku-kompa, w którym właśnie odpiął się kabelek od chłodzenia wodnego. Cały komputer zalany.
Dzisiaj idę kupić polimer do sklepu i próbować odpalić całość. XHEJN!! XHEJN!! XHEJN!! Nie minął miesiąc, jak musiałem wymienić infrastrukturę sieciową, bo strzelił piorun. Teraz nie wiem, co w ogóle zostało [szczęściem monitor i drukarka tym razem działają], bo woda polała się po płycie, grafice, karcie TV, sieciówce… Bardzo, ale to bardzo ostrożnie poza podejrzeniami są napędy i dysk…
Jestem xhejn tylko skromnym programistą na dorobku. Niespecjalnie stać mnie xhejn na kupowanie co dwa tygodnie części komputerowych po kilka stów. Mam xhejn inne wydatki. I mam xhejn dość.

‚Król Artur’ spod przymkniętych powiek

Widziałem. Ku ogólnemu zaskoczeniu, film [przynajmniej dla mnie] nie okazał się kompletnym niewypałem, a mniej więcej od połowy zaprzestałem puszczania zgryźliwych komentarzy pod jego adresem.
Poniżej znajduje się kilka małych spoilerów, o czym lojalnie ostrzegam.
Czy typowo komercyjną produkcją może być film, gdzie wszystkie sceny erotyczne występują w liczbie jednej i to fatalnej? Czy produkcją typowo wakacyjną może być film, gdzie nie zatrudniono ani jednego znanego [przeze mnie] aktora? Nie będę zaprzeczał, że pewnych naleciałości hollywoodzkich twórcy się nie ustrzegli [tragiczne momentami dialogi, pasemka Ginewry – osobiście ich nie widziałem, ale gdzieś na inecie wyczytałem, że to ponoć zabieg mający przyciągnąć fanów Britney, zdecydowanie zbyt postmodernistyczny jak na mój gust barbarzyński przywódca i takie tam pomniejsze wpadki, dostrzegalne dla kogoś o wzroku analitycznym], ale całościowo film ogląda się [no dobrze, rrrodrigo – mi się oglądało :D] zupełnie przyjemnie. A już na pewno ani razu nie ogarnęło mnie obrzydzenie czy chęć opuszczenia sali, co było leitmotivem podczas nieopatrznego oglądania ‚Gladiatora’. Na filmową wersję angielskiej mitologii film ma zupełnie poważne szanse [UK: „Szkotom gratulujemy Bravehearta.”]. Pozostaje mi tylko przypuszczać, że „KA” jest o klasę lepszy od ‚Troi’, której nie oglądałem i oglądać nie zamierzam.
Po seansie powitała nas w domu zapłakana Córeczka. Całowieczorna absencja starych skończyła się nieprzespaną nocą, płaczem i czterogodzinnym usypianiem.
btw. Ginewra w całym filmie wyglądała najgorzej w scenie ślubu. [btw2: Nic na świecie nie zmusi mnie do siłowego wychwalania kreacji panny młodej, jeśli kreacja jest, jaka jest, nawet jeśli rzeczone niewychwalanie miałoby okazać się szczytem chamstwa i drobnomieszczaństwa.]

Kinowe ToDo

Po pierwsze, „Osada”. Jeśli film chociaż w części jest tak miodny, jak reklamówka, kasy nie stracę.
Po drugie, film o nieznanym mi tytule, traktujący o jaskiniowcach [kto zna tytuł, proszony o podpowiedź]. Wygląda na to, że tłumaczyli go ci sami, którzy zrobili ‚Asteriksa – misję Kleopatry’.
O ‚Królu Arturze’ – jutro.

Reminiscencje poweekendowe

Tylko 200 km, a jakby nowy świat. Tylko 200 km i 2,5 dnia, a pewnie bez specjalnego rozwlekania się mógłbym napisać dużą książkę. Drastycznie inne tempo życia [skoro patrząc z perspektywy bieszczadzkiej krakowskie tempo życia można ocenić jako wariackie, to co na Boga powiedziałbym o Warszawie?…], cudooooownaaaa pogoda, możliwość przejścia parunastu metrów w linii prostej bez natknięcia się na jakąś ścianę, przyjezny turnus oazowy ze znajomym księdzem [rozmawiało się naprawdę miło, mimo że on w ogóle mnie nie pamiętał – niespecjalnie dziwi, w końcu to było circa 13 lat temu, on był jeszcze klerykiem, a ja – uczestnikiem z grupy „one in a million”], utwierdzenie się w swojej wapniakowatości [ech… komputerowo złożone śpiewniki są zdecydowanie bez duszy w porównaniu ze śpiewnikami „hand made” tworzonymi na kolanie na turnusach – o zupełnie nieadekwatnej do miejsca skąpości/skąpstwie??? strojów piękniejszej części oazy nie wspominając], fantastyczna jazda rowerkiem przerzutkowym, senna atmosfera niedzielnego krośnieńskiego dworca… I tak dalej, i tym podobne.
Rzadkie [tym razem naprawdę rzadkie] wyjazdy w rodzinne strony wzbogacają co prawda rodzimą literaturę blogistyczną, ale nie służą ani integracji wewnątrzrodzinnej, ani nie pozostawiają spokojnego sumienia. Dołożymy wszelkich starań, żeby takie lagi wizytowe więcej nie miały miejsca.

Hehe…

Do Husajna w więzieniu przychodzi jego adwokat i mówi :
– Mam dwie wiadomości jedną dobrą a drugą złą , od której mam zacząć?
– Od tej złej.
– Zła to taka że zostanie pan jutro rozstrzelany.
– A dobra ? – pyta Husajn.
– Dobra to taka, że strzelał będzie Beckham.

A może…

…wcale nie potrzebuję całego CMSa? Może wystarczy kilka własnoręcznych skryptów? Muszę się z tym przespać. Z jednej strony dobrze byłoby nauczyć się czegoś nowego i systematycznie podnieść swoją kwalifikację, ale z drugiej strony.. leniwy jestem, a napisanie paru funkcji w php na pewno wyjdzie mnie szybciej, niż wczytywanie się w manuale takiego np. OpenACSa czy innego Zope’a.

Flirt – spice up your life

Gra. Nie grałem w nią, ale z tego, co piąte przez dziesiąte słyszalem, podobna do Simsów, i chodzi w niej o to, żeby pana z panią tenteges. Innymi słowy – gra z bardzo silnym wątkiem erotycznym.
Otóż rzeczona gra kosztuje w Empiku prawie dokładnie 69 zł. Odbieram to osobiście jako podświadomą emanację zboczonego poczucia humoru dystrybutora tejże gry. Mówiąc krótko – rotfl z przytupem.