Refleksja spóźniona poniekąd

Wtorek. Na Rynku zaczepia mnie jakiś metal, o datek na piwo prosząc. Dałem. Natręt, ale natręt uczciwy.

Wyobraziłem sobie inną sytuację. Też Rynek, ale zaczepia mnie premier Belka: „Proszę pana, nie mógłby nas pan poratować paroma złociszami? Zbieramy z kolegami na kolejną willę, bo sam pan rozumie, że na Malediwach 300 m2 i tylko dwa kabriolety to całkowity obciach. Tyle, że przez te przepisy zapiszemy to na pańskich podatkach. No to jak będzie?” I wcale nie jest powiedziane, żebym mu nie dał.

Problem [mam nadzieję, że nie tylko ze mną] polega na tym, że jakoś niespecjalnie przychodzi mi akceptowanie powyższego w wersji przymusowej. No ale chyba to już tak jest, że wszyscy zdajemy sobie sprawę, o co tak naprawdę chodzi, tylko z bliżej nieokreślonych względów godzimy się na hipokryzję, uciekając w idee dobra wspólnego, solidarności społecznej i podobnych pierdół. I chyba na tym polega ta umowa społeczna, o której bredził dziadek Rosseau.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s